Złoty finał finałów

Nic dwa razy się nie zdarza, tak? Obfity weekend na polskich torach. Finał finałów; w Bydgoszczy ostatnia Grand Prix, turniej powinien być w obliczu wyczynu Tomasza Golloba przeniesiony na większy stadion, lecz gdzie? Nie ma takiej opcji w tej chwili, może kiedy futbolowe  EURO – 2012 zamknie podwoje otworzą się ekskluzywne możliwości oglądania żużla komfortowo i nietuzinkowo jak na europejskie warunki w tym sporcie. Czas pokaże. Mamy mistrza świata, ciąża trwała długo, poród jeden sezon I radość ogromna. Sportowy świat złożył hołd mistrzowi, który wszystko potrafi w parkingu przy silnikach, motocyklach, na torze od startu do mety na każdej szerokości toru. TOMASZ GOLLOB, polska marka w światowym wydaniu, mistrz do podziwiania, ilu takich się rodzi? Popatrzcie w statystyki. Jerzy Szczakiel skromny mistrz świata z 1973 roku już nie jest sam, ma obok siebie na szczycie Golloba. Mówi, że nie umiał tyle, co obecny mistrz. Inne czasy to były Jurku, ale dałeś łupnia nie byle komu, bo elicie z legendarnym Ivanem Mugerem I kiedy w barażu on leżał na torze a ty gnałeś przed siebie po złoto, on nie podnosił się na wirażu i już wiedział, że nie będzie mistrzem. Mistrz był z podopolskich Grudzic. Jerzy Szczakiel zawsze był wobec innych jakby z innej epoki, odmieniec, marzyciel i romantyk skowronkowy. Lubił sluchać w polu przed domem tych ptaszków. Ale sam nie był “ ptaszkiem” do ogrywania, szybki na starcie i potrafił uwijać się na torze jak mało kto; wszak już w 1971 roku na rybnickim torze razem z Andrzejem Wyglendą z kompletem punktów ograł nowozelandzki duet Barry Briggs/ Mauger i zdobył mistrzostwo świata par. Super gibki. Wspominam Szczakiela, gdyż długo czekał na drugie złoto w singlu, 37 lat, doczekał i ja doczekałem, i byłem blisko sukcesu wtedy na Stadionie Śląskim i teraz. Mam fart.

Jerzy Szczakiel nie powtórzył sukcesu, patrzono na niego jak na mistrza, on skromny, jego sukces przyjęto z niedowierzaniem, elita chciała zwyciestwa Zenona Plecha, który miał brąz, Jurek stał z boku, nawet kiedyw katowickiej TV komentowano po turnieju wyczyn Polaka. Były zatem konsekwencje służbowe w TV. Młody Plech rozwijał się i robił karierę. Szczakiel jeździł, miał na koncie dwa złote medale jak nikt w tamtym czasie. Heros.

Teraz mamy innego, w innym czasie sportowym, technicznym. Gdyby porównać motocykle, silniki, ubiory zawodników, to niebo i ziemia. Dziś motocykle jak zegarki szwajcarskie, duch ludzi ten sam, ambicje też i medale mają taką samą wartość. Innes ą nagrody, honoraria to  niebo i ziemia, lecz statystyki tego nie ujmują, tam są medale i nazwiska. Tak to jest.

Słucham Rolling Stonsów, jadę autem i porównuję tamte finały, tamte czasy, przemiany.

100 tysięcy widzów na Stadionie Śląskim oglądało wyczyn Szczakiela, prapremierę sukcesu Golloba we włoskim Terenzano ponad 3 tysiące, w Bydgoszczy siedem razy więcej niż w Italii. Coś zmienia się na lepsze, coś na gorsze kiedy brakuje wyobraźni. Organizatorom. Speedway potrzebuje wyobraźni i promocji. Tomasz Golllob krok po kroku wyciągał polski speedway na wyżyny, swoimi jazdami na wszystkich torach, stworzył markę, za którą jechały tłumy kibiców, jak za Adamem Małyszem. Organizatorzy imprez wPolsce i Europie  zabiegali o jego starty, zacierali ręce, bo kibice dostarczali bujną frekwencją kasy do budżetu. To nie był i nie jest tani klubowy zawodnik, ceni swoje umiejętności i kłaniają mu się w pas. Zna swoją cenę. Ponad 20 lat startów spowodowało, że polski żużel kojarzył się i nadal tak jest, z Tomaszem Gollobem. Gollobomania utrwalała się raz mocniej, raz słabła, acz zawsze miała wysoki poziom. Profesor wyniósł polski sport żużlowy na szczyt, utrwalił swoją markę solo i w drużynie. Patrzą na niego z szacunkiem w parkingu i poza, na torze mają respekt, jeśli można  mówić o czymś takim w ogniu walki o punkty. Nie był bojaźliwy nigdy, uczył się  “fechtunku” na torze, uczestniczył w bojach, dostał  za swoje i oddawał. Bojownik potrafiący wycisnąć z motocykle tajemne moce na prostej jak indiańska strzała. Tomasz Gollob… sportowiec o wykwintnym bycie, nie lubiącym blichtru nuworyszy, choć ci uwielbiają go pod dachy swoich wysokich i wysyblimowanych aut. Znać Golloba, dotknąć i pogadać, mieć fotę byle jaką ale mieć. Tłum. Klakierzy i nieklakierzy, skromni kibice jeżdżący za nim po Europie z kanapkami w plecakach. Różni. Którzy ważniejsi? Wierny kibic jest na dobre i złe. Mistrz zawsze mówi, robię to dla Was, dla Polski.

Biało – czerwone flagi, plansze z nazwami miast wcale nieżużlowych. Piękne i wzruszające, kiedy rozbudzony jest sportowy patriotyzm i emocje podkręcane. Hymn “Z ziemi włoskiej…” wyciskał łzy. Łagodził trudy i wydatki, zmuszał niejako do dalszych planów wyjazdowych za Gollobem. Bo warto! No więc warto było panie i panowie, czy nie?!

Zmieniam płytę w aucie, “ Budka Suflera” i do tanga trzeba dwojga… A potem jeszcze coś innego… Kilka dni temu Leonard Cohen oczarował katowicki “Spodek” nie tylko “Suzanne”, ale klęcząc powiedział do oczarowanej publiczności, że  “to przywilej grać dla was”. Mistrz z owacjami na stojąco. Przyjemnie oglądać mistrzów, prawda? Podziwiać, szanować i trwać z nadzieją, by wszystko trwało jak najdłużej. A przecież wiecie, że nic nie trwa wiecznie, taka życiowa bariera, aby przypadkiem na ziemi nie było bosko, choć czasami mamy niezapomniane chwile. I to jest piękne, więc dla Tomasza Golloba cohenowskie “Hallelujah”.

No cóż… “I’m Your Man”! Cudowny finał wszystkich finałów.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s