Stolyce, wiochy i salony

Duńska żużlowa armada pod wodzą Ole Olsena wjeżdżała na światowe salony pod koniec lat siedemdziesiątych. W Bawarii, kilkanaście kilometrów od ślicznego, historycznego miasta, znaczonego polskim akcentem królewskim, LANDSHUT zbudowano tor. Ekologiczny, z dala od miasta, od jego starówki, zamku i rzeki czystej jak łza Izary, blisko sportowego lotniska. To był szok, gdyż wobec Londynu, Goeteborga, Chorzowa takie miejsce było zaskakującym rozwiązaniem. Mogło tylko straszyć ptaki, acz  chyba i to Niemcy zbadali. Spania na miejscu nie było, można dobrze było się wyspać w okolicy z wiejskim powietrzem, na wygodnym łóżku i śniadaniem bawarskim. Rok 1978. Duńczycy zdobyli pierwsze swoje złoto w drużynowych mistrzostwach świata pod wodzą Olsena, brylował Hans Nielsen a Polacy wywalczyli brązowy medal. Pięknie. W czasie zawodów zgasło na moment światło. Niektórzy mówili o zawodach na wsi. Niemcy w 1983 roku zorganizowali w ńorden, blisko granicy z Holandią finał indywidualny mistrzostw świata, stadion w pobliżu małego miasteczka zbudowany niemal na ściernisku. Pisałem tak o nim na łamach „ Sportu“. Kiedy Piotr Rolnicki zbudował tor pod Tarnowem w Machowej mówiło się o wsi, bo tak było, ale obiekt był przedni taki na wzór skandynawski. Bo w Szwecji, Danii takie stadiony funkcjonują powszechnie, wjeżdża się autami niemal na wały i piknikowe ogląda zawody. Ile takich miejsc w Niemczech, przez długie lata obdzielany był prestiżowymi turniejami stadionik w małych czeskich Slanach. Speedway jest kameralnym sportem, najlepiej „ nosem“ dotykanym… Co innego finały światowe, co innego ligowe zmagania, inny wymiar mają incydentalne zawody. Pojawiło się na mapie włoskie Lonigo i wszyscy piali z zachwytu. W zestawieniu z dużymi stadionami arena Lonigo była ciasteczkiem a nie tortem. A stadion w Pradze, tej stolicy budzącej wrażliwość nawet tępych ludzi? No i dojeżdżamy do Vojens, duńskiego miasteczka, gdzie w połowie lat siedemdziesiątych Ole Olsen zbudował stadion, w pobliżu Haderslev gdzie urodził się na chwałę światowgo żużla. Obok lotnisko, hoteli i pensjonatów nie brakuje, wystarczy zarezerwować w swoim czasie urokliwe miejsca.

W życiu jest tak, że wszystko zależy czego od niego się oczekuje. Nie będę opiewał zalet skandynawskich obszarów. Pamiętam kiedy tam zorganizowano pierwszy finał światowy niektórzy polscy prominenci przyzwyczajeni do bankietów na lux nie byli zadowoleni z takiego traktowania na luzie i bez czołobitności. Wtedy już padło określenie wsi, choć niektórzy mimo, że mieszkają w różnych stolicach zapominają gdzie się urodzili i na jakich wsiach. VOJENS jest specyficznym miejscem, sygnowanym przez autorytet Ole Olsena i jego konotacje na rynku międzynarodwym. Ma swoje lobby, bo przecież siłą nie przyznaje sobie imprez tak prestiżowych, bo ma w tym sezonie aż cztery topowe turnieje i zgadzam się z Grzegorzem Milko z Canal+, iż to kumoterstwo. Nie zapominajmy, że szefem światowego żużla jest Norweg Roy Otto, a jak przebiega głosowanie w CCP, czyli Komisji Wyścigów Torowych, nad przydziałem imprez trudno dociec, choć jednym z głosujących jest Andrzej Grodzki. Od lat twierdzę, że działa pewien układ, lecz w sporcie tak jest i nie tylko w żużlu; możni mają zawsze rację. Polska jest silna od lat na rynku organizacyjnym, mamy wiele imprez, gdyż wolimy stracić niż postawić na swoim. Kiedy Kompania Lech ratowała angielski pomysł serialu Grand Prix w jego początkach nie byliśmy w stanie postawić warunków zagranicznym kontrahentom, toteż dziejowo winię polskich prominentów, że nie zadbali o nasze interesy, tylko o swoje. Były szanse jak w biznesie wynegocjonować warunki korzystne dla polskiej strony, bo nie Anglicy, Niemcy, Włosi czy Norwegowie nie podnosili z kolan serialu firmowanego przez BSI. Dziś były szef tej firmy zbił kasę i ma odzieżowy interes, sprzedając udziały Amerykanom. Gdy wchodził do żużlowego interesu nie wiedział nic o jego urokach. Zrobił swoje za naszym przyzwoleniem, bo wykorzystywał podaż na turnieje, a oferenci nie byli w stanie dogadać się wzajemnie i ustalić warunki, tylko podcinali sobie gałęzie na których siedzieli i siedzą. Gałęzie lubią się łamać nie tylko na takich drzewach a ponadto schną! Zastaw się a postaw się… taką mamy dewizę, chyba obarczoną historycznym kompleksem wobec zachodnich przybyszów.

Vojens jest na tapecie w tym sezonie. Mamy dwa turnieje, przed dwa. Mówiło się wiocha. Ładna mi wiocha. Daleko do hoteli… Można być na imprezie w Lesznie czy Gorzowie a mieszkać w ładnym miejscu daleko, co kto woli, trudno spać na stadionie.

Mamy w Polsce stadiony duże i małe, daleko nam do skandynawskiej czystości, kiedyś Tony Rickardsson powiedział, że kiedy u nas na stadionie ma wejść do WC, to mu się …zwraca. Wstyd. Kiedy widzę w Częstochowie jak mężczyźni załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne pod żywopłotami na tyłach trybuny dziwię się, iż nie rusza to bossów klubowych.

Małe Vojens jest dla niektórych moich rodaków wiochą. Niech tak będzie, a mimo wszystko tam wygrać jest prestiżem większym, niż na wielu polskich stadionach miejskich z toaletami niestety takimi, które trudno spotkać nawet na najmniejszej wsi skandynawskiej. Brudne „toie“ nie załatwią problemu, który jest typowym wstydem od lat. A słowo „wiocha“ ostre, jak szpile Moniki Olejnik, wychodzi czasem komuś nie tam, gdzie trzeba. Liczy się tylko „stolyca“ i salony goldvipowskie? Chyba jednak nie. Dodam, jestem z miasta.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s