Czas rzeźbi charaktery

on

Wakacje. Nie dla wszystkich, choć zasłużyli. Jedni mają teraz, inni kiedy indziej a słońce bywa odnalezione w różnych miejscach świata. Jadę autem, słucham w wykonaniu Macieja Kosowskiego piosenki „Wakacje z blondynką“, dobra, na luzie, nieźle też ją śpiewa Maciej Maleńczuk z którym nie tak dawno widziałem się w Krakowie. Prawie moje pokolenie. Jest w dobrej formie, jak ten barman z jego piosenki, który dla każdego jest jak matka. Wakacje, blondynki, barmani, morze, słońce i speedway. Futbol na końcu Afryki i mecze wspaniałe nie tylko wtedy gdy miga między nogami rywali Argentyńczyk Messi. Poezja może mieć różny wymiar także na boisku, na trawie, torze kiedy ucieka jak szalony do przodu Tomasz Gollob, nieco wychudzony jak nigdy.Wspaniałe chwile i wzruszenia są dziełem asów sportu. Zawsze tak było, zmieniały się czasy, ludzie i otoczenie, ale przeżyć nie rusza czas, one zawsze jednakowo wyciskają łzy, one tak samo wprawiają w obroty serca i dają rozkosz duchową. Znowu mnie poniosło. Mam takie momenty. Czasami.

Czasami również oglądam się za siebie, nie palę żółtych kalendarzy. Historia drużynowych mistrzostw świata sięga Szwecji i roku 1960, odbył się tam oficjalny turniej i wygraną gospodarzy z Ove Fundinem i Olle Nygrenem na czele, Polacy zajęli czwarte miejsce, bez walki. Ale, ale… Rok później finał odbył się we Wrocławiu, bo nie tylko Szwedzi, także Polacy byli propagatorami tego rodzaju rozgrywek; turnieje atrakcyjne w formule, dobra zabawa w kwartecie. No i co w tym Wrocławiu? Ano  wygrała Polska jednym punktem ze Szwecją. W 1965 roku w bawarskim Kempten, gdzie już nie ma toru dziś, pobiliśmy w kapitalnym stylu Szwedów pięcioma punktami. W zespole „ Trzech Koron“ jeździł tradycyjnie Ove Fundin, a w polskim teamie Andrzej Pogorzelski i Andrzej Wyglenda zdobyli po 11 punktów, Antoni Woryna 9, Zbigniew Podlecki 7, rezerwowy Paweł Waloszek nie wystartował. Nowe rybnickie twarze Wyglenda i Woryna, inny styl. Świetny gorzowianin Pogorzelski. Złote medale zatem dwa w finałach DMŚ, za dwa lata srebrny, wcześniej w 1962 brązowy. Brytyjczycy bez złota, wzbogacni przez nowozelandzki duet: Barry Briggs i Ivan Mauger. Sukces na obcym torze w Kempten był w polskim wykonaniu wyczynem, brylowali silni jak do tej pory przecież Szwedzi. Mamy rok 1969 i finał w Rybniku, wzorowo zorganizowany turniej przez górniczy sponsoring, na poziomie do uczenia się przez niektórych dziesiejszych odkrywców i mędrców rzeczywistości. W Rybniku Polacy zdeklasowali Brytyjczyków, jechali w tym finale Andrzej Wyglenda, Edward Jancarz, Stanisław Tkocz, Henryk Gluecklich i Andrzej Pogorzelski. Szwedzi ostatni, Fundin zaliczył tylko dwa punkty. Przed „Trzema Koronami“ znaleźli się radzieccy zawodnicy. Za rok na londyńskim Wembley Szwecja odbudowała się po złoto, trzecie miejsce dla Polaków, za Brytyjczykami, co uważam za niebywały sukces, wywalczony przecież na  zaczarowanym stadionie. Tam pierwszy wiraż był „ gardłem“, przez które trzeba było się przecisnąć w tłoku postartowym żeby pognać do mety i nie być ostatnim. Jan Mucha, Antoni Woryna, Edmund Migoś, Henryk Gluecklich i Paweł Waloszek przetarli magiczne Wembley, wielki wyczyn w tamtych czasach. Za nami zostali Czesi z braćmi Vernerami, Stanclem… Potem przez dwa lata „pielęgnowaliśmy“ brązowe medale, we Wrocławiu i bawarskim Olching, w ekipie pojawił się talent Zenona Plecha.

Nie mam zamiaru przelatywać historii drużynowych mistrzostw świata, wielokrotnie znaczonych polskimi wyczynami, czy to w Chorzowie, na londyńskim White City /gdzie już nie ma stadionu i żużla/ albo w bawarskim, zabytkowym Landshut z wzorowym torem poza miastem. Wtedy narodziła się hegemonia Duńczyków, zaś w polskim  „brązowym“ teamie startował już nie pierwszy raz Marek Cieślak. I tak oto dojechałem do obecnego coacha polskiej reprezentacji, instynktownie wyczuwajacego sytuacje na chłopski rozum, bez wydziwiania, mającego przy tym szczęście, bodaj większe niż miał jako zawodnik. Dlaczego? Bo jako mikry zawodnik był niewątpliwie olbrzymim talentem, lecz mocno stresującym się rangą turnieju.Tak odbierałem jego starty w światowych potyczkach, komentując turnieje dla „ Sportu“. A co jest dziś? Mamy inne realcje, inne sytuacje, nieubłaganie czas rzeźbi charaktery, jak woda skały.

„Kapela“ Marka Cieślaka szykuje się na podbój Vojens, gdzie 30 lipca rozegrany zostanie finał drużynowych mistrzostw świata a Polacy bronią złotego medalu wywalczonego w dramatycznym turnieju na torze Leszna. Było tam błoto i zostało ostatecznie złoto, pogoda prolongowała zawody, było nerwowo lecz skończyło się pięknym sukcesem. Jak będzie tym razem na nie łatwym torze, gdzie pogoda też może być niespodziewanym reżyserem turnieju. Nad Vojens zwykle raz po raz nadciągają ciemne chmury i Ole Olsen nie ma wpływu na żywioły a niestety lubią one w żużlu mieszać jak diabeł w tyglu.

Historia drużynowych mistrzostw świata jest znaczona polskimi akcentami, mamy teraz zespół najrówniejszy na świecie, mamy równą siłę i na koncie wyglancowane złoto. Nie pierwsze i nie ostatnie, obojętnie gdzie startujemy. W światowej elicie brakuje niewątpliwie charyzmatycznych, cyrkowych w stylu Amerykanów; grupa wiodąca jest inna, także inny panuje czas ale medale oraz ich wartość zawsze jest taka sama. Złoto jest złotem choćby wybranym z błota.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s