Piekło raju

on

Niczego nie żałuję mówią zwykle sportowcy poszkodowani w karambolach, w dramatycznych wypadkach, które albo pozbawiają ich kariery albo okradają w ostatniej chwili z medali albo co najgorsze eliminują z życia sportowego na amen. Nie wspominam o tragicznych przypadkach, gdzie los reżyseruje darem życia i wykonuje egzekucję. Sport nie jest wolny od kontuzji, od wypadków w dyscyplinach ekstremalnych. Wiraże torów różnych sportów mają swoje historie, mają medale chwały i tablice pamięci. Radości i żale.

Euforia tłumów, podniecenie fanów i zawodnicy ścigający się z życiem, z czasem, w ogłupiającym szumie medialnego szukania sensacji.Za wszelką cenę? Pośpiech czy rozum?

Piszę ten felieton na progu kolejnego sezonu żużlowego, a sport ten znaczony jest kontuzjami tak częstymi jak piłkarskie faule. Jest granica bezpieczeństwa? Nie ma. Kiedy wytracimy  impet, stracimy rywalizację i sens walki. Brutalna rzeczywistość rządzi światem i nie ma rady na takie układy, toteż widzimy karkołomne upadki na torach, widzimy zawodnika z nienawiścią tłukącego rywala w ringu aż do utraty sił. Mamy faule okrutnych ataków na nogi przeciwnika i łamanie kości. Potworna czasem rzeź.

Wyczynowi towarzyszy potężny stres, pogoń za wynikiem zabija często zdrowy rozsadek, nie dostrzega się rywala kolegi, tylko przeciwnika do zniszczenia. Warto czasem zastanowić się nad sensem rywalizacji o wszystko, bo po każdych zawodach, walce, wyścigu trzeba jeszcze wrócić do rodziny, do bliskich i wcale nie musi to być szpitalne łóżko.

Stres jest potężny, presja. Przygotowanie toru, dziury, zła pogoda, przedłużanie prostej, skok na rywala i karambol nie tyle efektowny, co zgubny w skutkach.

Nie zawsze szczęście sprzyja i nie zawsze jest pod ręką w … szufladzie.

Speedway. Gigantycznie podniecający fanów sport  na polskim gruncie. Tak, niszowy sport poza Polską, lecz u nas na zasadzie niemal afrodyzjakowego deseru wywołującego dreszcze rozkoszy, uwielbienia i nienasycenia przez lata. Cud w polskim krajobrazie od zawsze.

I tak to jest, i nie przewiduję ochłodzenia stosunków na stadionach, mimo medialnego wtłaczania obrazów oraz informacji na domowe kanapy.

A teraz wprost, co nas tak podnieca?

Co was tak rajcuje?

Dlaczego rodzi się potężny stres i adrenalina wychodzi uszami?

Trochę może historii.

Wypadek Edwarda Jancarza sprzed lat i walka o życie w klinice ograniczyła mu potem w dużym stopniu ocenę sytuacji życiowych. W dramatycznej sytuacji rodzinnej pchnięty nożem traci życie, o które tak uporczywie walczyli lekarze w poznańskiej klinice. Co się udało tam, nie udało w jego gorzowskim mieszkaniu. Styczniowy dramat sprzed kilkunastu lat wstrząsnął światem sportowym, żużlowym dogłębnie.

Co było z Anglikiem Kenny Carterem, wielka nadzieją wyspiarzy na medale mistrzostw świata, charyzmatycznym, miłym chłopakiem, który po sukcesach Amerykanina Bruce Penhalla miał realne szanse być na tronie żużlowym zanim opanowali go skandynawscy sukcesorzy. Carter na farmie wziął strzelbę i zabił swoją żonę, siebie „ przy okazji”. Skończyła się idylla. Nie każdy jest tak poukładany jak wielu przecież polskich i zagranicznych żużlowców z różnych półek, gdzie żona, dzieci, flora i fauna żyją  w symbiozie niemal filmowej, gdzie tylko wystarczy kręcić kolejne odcinki „Prawdziwej Rodziny Sportowej”.

Inny wymiar tragedii. Łukasz Romanek, Rafał Kurmański i Robert Dados. Obiecujący, z nadziejami swoich fanów, bliskich, sami wymierzyli sobie okrutne wyroki o odjechali tam, gdzie nie powinni być w tym wieku, w żadnym przypadku Los tak chciał? Zmusili do głębokich refleksji. Znacznie wcześniej zrobił to Australijczyk Billy Sanders, medalista mistrzostw świata, częsty gość na polskich torach gdy jeszcze zagraniczni zawodnicy nie startowali w naszej lidze. Nie wspominam dalszych ofiar.

Ulica wiodąca na toruńską  Motoarenę nosi imię Szweda Pera Jonssona, byłego mistrza świata, który startował w Toruniu, miał koszmarny wypadek i od tej pory jest na inwalidzkim wózku. Podobnie jak i kilku polskich żużlowców, którym nie udało się wyjść z opresji, mimo walki poza torem o powrót do zdrowia. Los chciał inaczej? Tak musiało być? Bogusław Nowak, Eugeniusz Błaszak, Dariusz Michalak, Rafał Wilk, Krzysztof Cegielski…

Anglia, Dania, Szwecja, Czechy, Niemcy… federacje tych państw mają swoich bohaterów z żużlowych torów, którym nie dopisało szczęście, bo nagle schowało się okrutnie i nie wyciągnęło ręki, choć chyba powinno. Bóg tak chciał?

Wypadki, raczej wszystkie mają swoje nieracjonalne rodowody, ile nieszczęścia przynosiły przez lata „ parkietowe” bandy na torach. Dechy i blacha unieszkodliwiały skutecznie zdrowych i młodych. Ambicje zostawały na tych bandach, oblane łzami, przeklęte na wieki.

I nie zapomni się wypadku czeskiego młodzieńca na krośnieńskim stadionie, gdzie dopiero tragedia przywołała do rozumu działaczy. Dmuchane bandy ratują zdrowie i życie.

Sport jest w swoim gatunku zawsze nośnikiem czegoś niebezpiecznego, bo czy można zapomnieć tragedię Kamili Skolimowskiej, złotej medalistki olimpijskiej w rzucie młotem, która wskutek zatoru nogi na zgrupowaniu w Portugalii straciła życie w wieku 26 lat!

Żużel w Polsce znaczony jest memoriałami, turniejami pamięci. Jest ich kilkanaście. Każdy sport ma swoje daty na pomnikach do uczczenia. Dobre i złe. Pędzimy, szkolimy następców idoli, ważne by nie zapominać o szanowaniu przeciwnika w rywalizacji o medale. Każdy toczy swój los, tak jak charakterna i niesamowita Słowenka  Petra Majdić, konkurentka Justyny Kowalczyk, która tuż przed biegiem wpadła na zakręcie do górskiej dziury i potłukła się boleśnie, złamała żebra. Nie dała za wygraną, cztery lata pracowała na olimpijski start w Vancouver i w finale z obrażeniami zdobyła w Parku Świstaków brązowy medal, mdlejąc z bólu za metą. Przykład pomnikowego męstwa. To nie jest show na „ desce” halfpipe. Petra dobiegła medal znaczony cierpieniem i pokazała serce piękne jak Słowenia. Historia zna przykłady sportowej niezłomności, walki z kontuzjami na przekór wszystkiemu.

Heroizm sportowców kaleczonych walkami zawsze budzi szacunek, podziw i pokorę.

Żużlowcy też ze złamanymi żebrami, palcami, obojczykami jadą po zwycięstwo, walczą oszukując zdrowie. Czasem cudne chwile, choć refleksyjnie chore. Jak tak można?! Można.

Niektórzy żużlowcy mają kości pogruchotane, pośpiesznie poskładane i kiedy są młodzi zapominają o szanowaniu zdrowia. A co będzie, kiedy już nie wyjadą z parkingu tylko z rodziną zasiądą na trybunie. Co wtedy ich zaboli? Jaka tabletka pomoże nocą zasnąć?

Cudowny jest w tym niejako maskaradowym, niepowtarzalnym nastroju, w ogłuszającym podnieceniu i uwielbieniu SPEEDWAY. Słońce i błoto, medale i klęska ostatnich miejsc. Wyścigi z czasem, z sobą, oranie dla rodziny, dokazywanie dla dziewczyny, udowadnianie sobie, wielbiącym kibicom, którzy swoim dopingiem pieszczą serca i podnoszą adrenalinę. Oszołomienie w stylu filmowej produkcji Jamesa Camerona, taki sportowy „Avator” i w głowie powstaje coś w rodzaju… piekła w raju. Tak kochanego niezmiennie jak diabli.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s