Szczęście nie liczy porażek

XXI Igrzyska Zimowe ulokowane w przepięknym miejscu kanadyjskiej ziemi na pewno przejdą do historii, nie tylko naszej, innych nacji. Vancouver jest miejscem bajkowo filmowym, gdzie dużo zdjęć do interesujących produkcji kręci się właśnie tu, niektóre fragmenty miasta przypominają nowojorskie apartamentowce. Ocean, góry i nieskażona zieleń. Piekielnie zdrowo. Adam Małysz znający wszystkie zimowe miejsca, atrakcyjne w skali światowej, powiedział Tomaszowi Zimochowi z polskiego Radia, że tu musi być wyjątkowo czysto, bo śnieg jest tak biały, że aż… fioletowy. Bardzo interesujące skojarzenie, metaforyczne. Przypominam sobie z dzieciństwa, że aby uzyskać biel pranej bielizny dodawało się ultramarynę. Są takie miejsca na ziemi, gdzie śnieg pachnie, ma swój smak.

Whistler Olimpic Park cudowny, inspirujący przyrodą, wodą i zielenią, zdrowy do bólu, może każdego żyjącego w zużytych europejskich aglomeracjach przyprawić o życiowe kompleksy. I tak jak oświadczył prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski ogromna życzliwość w Kanadzie setek woluntariuszy, w wieku bardzo dojrzałym, uśmiechniętych i usatysfakcjonowanych ze swojej pracy zniewala, pozyskuje serdecznością przyjezdnych. Potwierdzeniem są różne opinie zawodniczek, mówiących, iż każdy tam chce coś pomóc, ponieść sprzęt, okazać gościowi serce. Jakże ważna, nie wymuszona kurtuazja, dająca ukojenie dla zestresowanych uczestników olimpijskich zmagań. Tak było również w Calgary, w 1988 roku, wspominałem o tym już kiedyś, tam gospodarze stworzyli swoisty spektakl życzliwości i zabawy wciągając swoim wigorem w lepszy świat wszystkich przyjezdnych.

Są takie miejsca na świecie, takie miasta, rejony, których nie sposób po wizycie zapomnieć, o których się myśli, wraca wspomnieniami, gdyż tęsknie przyciągają do siebie.

Vancouver w tej swojej atmosferze już na progu przeżyło dramat w postaci tragicznego wypadku gruzińskiego, młodego saneczkarza, który wypadł z toru, uderzył w słup i zginął. Tragedia i dowód, że wszystko może się w życiu wydarzyć nawet w najlepszych miejscach i nie ma żadnej siły na przeznaczenie.

Igrzyska obojętnie w jakim miejscu mają swoją dramaturgię, mają swoją historię, swoich wygranych i przegranych faworytów i niespodziewanych zwycięzców, jakim był w japońskim Sapporo w 1972 roku Wojciech Fortuna. Zakopiańczyk poleciał w ostatniej chwili na XI ZIO i poszybował/111m/ na Okurayamie najdalej. Byłem wtedy w Zakopanem i pamiętam co się działo na Krupówkach. Fortuna był nieopierzony, zaliczył sukces niebywały i nie zawsze potrafił zapanować nad otoczeniem, mówił mi to szczerze, wydaliśmy w „Sporcie” jego wspomnienia, gdzie wyznawał prawdę po latach. Miał też katowicki epizod. Życie go doświadczyło skutecznie. Dziś jest dojrzałym facetem, potrafi rzeczowo ocenić sportowe sytuacje i Adama Małysza uważa z szacunkiem, bez przesady polskim królem nart.

Wspominam Fortunę/taki żużlowy Jerzy Szczakiel/, wszak to pierwszy, polski złoty medalista zimowych igrzysk, bo przysłowiowo kołem toczy się życiowa fortuna i olimpiady pokazują ile szczęścia potrzeba przy olbrzymiej, czteroletniej pracy i oczywiście przy wsadzie talentu, by ziściło się marzenie o medalu. Ten złoty nie zawsze trafia do najlepszych. Niestety.

Można sobie zaplanować wszystko drobiazgowo, harować, ułożyć logistykę treningową jak w zegarku i nagle przyroda włącza swój scenariusz. Reżyseruje, łamie, prostuje.

Czy tak jest i w żużlu ? A jakże! Jest! Obojętnie czy na naturalnym torze czy w hali, bo nie ma siły na przyrodę. Na ułomność ludzi. Źle przygotowany tor na sztucznej nawierzchni torpeduje wysiłek, deszcz na naturalnym zamienia miejsce walki w błoto. Dosłownie.

Prawdy oczywiste, lecz są one także jakby pewnym usprawiedliwieniem dla faworytów i promocją dla spragnionych sukcesu niespodziewanych kandydatów na podium.

Rutyna odgrywa wielką rolę, cechy wojownika, charakter. Szczęście nie lubi porażek.

Adam Małysz / 32 l./ pobił wszelkie rekordy  w swojej karierze, urodzony w Wiśle – Głębcach, tam blisko Kubalonki, pamiętam kiedy jeszcze starym Golfem podróżował na zawody i był pretendentem do… dobrych miejsc. Jego niezwykła skromność i hart ducha w wątłym w sumie ciele udowodniły o wielkości. Dziś Wisła jest małyszową miejscowością a syndrom małyszomani nie jest ani na jotę przesadzony. Pogadajcie w pubie „U Bociana”.

Z jednej strony Wojtek Fortuna i z drugiej Adam Małysz. Fart i heroiczna praca przez lata.

Kochamy sport, gdyż nie jest w swojej strukturze do przewidzenia wynikiem. Gremialne starcia, najwyższe, olimpijskie mają w sobie dla rutyniarzy zawsze jeszcze odrobinę stresu, nie debiutanckiego lecz presji otoczenia. Jak pokonać takie obciążenie, jak nie zaprzepaścić czterech lat katorżniczej pracy. Biathlonista Tomasz Sikora biegacz z karabinkiem przeżył w swoim pierwszym starcie bodaj trzy fazy pogody, która ostatecznie wygrała z nim. Gęsty śnieg wyhamował narty, zatarł widzenie tarczy, gdzie celnie trzeba trafiać. Inni mieli więcej szczęścia, ominęła ich zawierucha. Dla jednych niebo, dla drugich piekło.

A jak ocenić fenomenalnego szwajcarskiego skoczka Simona Ammanna, który w 2002  zdobył niespodziewanie dwa złote medale olimpijskie w Salt Lake Placid, na amerykańskiej ziemi, a teraz na kanadyjskiej, w premierze nie dał szans nikomu, leciał jak ptak i sam Adam Małysz, który obdarzony srebrem, powiedział wprost, że Simon jest w niebywałym gazie. Austriacka szkoła była bezradna wobec takiego ataku.

Adam Małysz. Bogata księga polskiego i światowego narciarstwa, skoków. Leci, fruwa i wygrywa. Ile można? Byli tacy, co w niego wątpili, dziś więc mają zafrasowane miny.

Odnajduję w tym rozdziale sportu, który pisze Mistrz Adam pewne analogie z Tomaszem Gollobem, bo czyż tak nie jest? Mistrzowie bez złota!

Obaj niosą na sobie bagaż odpowiedzialności za swoje dyscypliny, tyle lat presji, tyle lat pracy, nadziei, spełnionych wyścigów, udanych skoków, imprez wywołujących dreszcze rozkoszy kibicowskich dusz. Tragarze wielkiej odpowiedzialności za swoje sporty, bo niby mamy młodych i utalentowanych zawodników, czy widzimy już wkrótce ich następców w prestiżowych imprezach? Potrzebna dobra luneta. Wiara i wyobraźnia. Cierpliwość.

Zacząłem ten felieton od uroku Vancouver, Parku Świstaków i okolicy. Arkady Fiedler jest autorem książki „Kanada pachnąca żywicą”. Ona nadal tak pachnie, mimo cywilizacyjnego ataku, mimo wrzynania się w przyrodę projektów nie tylko urbanistycznych. Broni się skutecznie i priorytetem jest ciągle dar natury. Symbolem narodowym Kanady jest liść klonowy.

O igrzyska olimpijskie trwa bezpardonowa walka na świecie, nie brakuje kapitału, ludzi i miejsc, które chcą pokazać się światu, a świat poznaje wtedy nowe, atrakcyjne wersje aren.

W żużlu mamy od 1995 roku fatalną stagnację lokalizacji wydarzeń, w zasadzie nic nowego, toteż wygrywa w tym stetryczałym konkursie miejsc w Europie sztampa, uczestnicy mają od lat to samo, kibice także i dlatego nie dziwię się, że króluje organizacyjny „ kotlet raz”.

I jak to dobrze, że odżywamy czasami atmosferą i powietrzem na odległość, jak w przypadku kanadyjskiej urody i olimpijskiej życzliwości; mając mimo wszystko odrobinę nadziei, że i speedway wreszcie zaproponuje światu oferty/ były kiedyś jednorazówki Monachium, Amsterdam, Sydney/ niezapomniane atrakcjami, urokiem. Pachnące może i żywicą.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s