Gdzie ten polish

Trudny temat, niewdzięczny. Wiem. Dla jednych jakby niemożliwy do zrealizowania, dla drugich, takich jak ja, trochę wstydliwie bolesny.

Wstrzelił mi ten temat jeden z czarnoskórych piłkarzy Korony Kielce Hernani, kiedy w niedzielny wieczór reporterowi telewizji wyłuszczył komentarz do meczu całkiem poprawną polszczyzną.

Więc od razu odniosłem sytuację do żużlowych zagranicznych zawodników, którzy od lat startują w Polsce ale ani jeden nie może pokusić się o taką znajomość naszego języka, ba języka pracodawcy, najczęściej głównego płatnika, zabezpieczającego starty, karierę. Sami rozumiecie, iż dziwna sytuacja. Już kiedyś sygnalizowałem jakby lekceważenie tego zjawiska przez elitę żużlową, młodych wjeżdżających pod  polski dom i uczących się kręcenia kółek za niemałe pieniądze. Nawet zawodnik mający polski paszport zna zaledwie kilkanaście słów. Wstyd. Obowiązuje wszechobecny język angielski. Zgoda. Coraz więcej naszych zawodników potrafi komunikować się tym językiem. Nowa generacja, europejska, choć nie można powiedzieć, że jest tak jak w innych dyscyplinach sportu takich jak futbol, siatkówka, koszykówka. Speedway polski ma swoje miejsce w szeregu i ewolucja intelektualna postępuje. Postępuje… Tak to spuentuję.

No więc jak to jest w praktyce? Z tą nauką naszego ojczystego języka przez idoli europejskich torów? Otóż nijako.

Jedna przyczyna jest taka, iż nie wymaga się i nie stawia warunków nauki przez pracodawców. Tłumacze są wszędzie, poza tym ręce też czynią cuda, choć czasami z machania bolą.

Jakoś nikt z Ekstraligowej spółki ani z Giekażetu nie wpadł na taki pomysł, który niniejszym felietonem upowszechniam i daję placet na wdrożenie, aby zorganizować w przerwie zimowej kurs naszego ojczystego. Takie kursy organizowane są na studenckim gruncie latem, dla przykładu, dla różnych specjalistów zagranicznych też. No bo jak funkcjonować w praktycznym życiu codziennym?

Nieśmiertelne wyświechtane „ dżen dobry” czy  „dżenkuję bardzo” przez asów żużlowych już nikogo nie bierze, to było zaskakujące i dobre kilkadziesiąt lat temu. Dziś inny czas i taki mistrz Polski/ dwa razy/, reprezentant Polski Norweg z polskim paszportem Rune Holta nie potrafi się po polsku dogadać, a startuje u nas od dawna. Wygodnictwo bierze górę, acz nie dziwię się aż tak bardzo, gdyż nikt od niego nie wymaga posługiwania się  polskim, a sam widocznie uznał, że po co się wysilać. Rune na Boga, uczta się choć trochę, bo masz polskie obywatelstwo, coś może tobie zostanie na pamiątkę po skończeniu kariery. Pogadasz po polsku nad fiordami.

Zorganizowanie kursów dla młodych i pal licho już tych wyjadaczy nawet przez jakiś klub z namaszczeniem przez Pezetmot, czy wspomniane władze naszego żużla wzbudziłoby na pewno potrzebny respekt a mówienie, że jesteśmy w Europie jest już tak ograne jak wiraże w Lesznie.

Językoznawczy temat nie jest banałem wbrew pozorom, bo czarnoskórzy i nie tylko, bo np. Serbowie piłkarze opanowali nasz język nie tylko w celach towarzyskich męsko – damskich.

Zjawisko znajomości niemal płynnej wymowy przez futbolistów jest godne uwagi i jest mi wstyd, że nie mogę pochwalić się w żużlowym środowisku takimi przykładami, nawet taki as jak australijski Leigh Adams wprawdzie opanował podstawowe zwroty, lecz nie na tyle żeby udzielić wywiadu Włodzimierzowi Szaranowiczowi. Albo taki mocarz Duńczyk Nicki Pedersen. Inni zatrudnieni z górnej i dolnej półki przez polskie kluby umowami gwarantującymi im wysoki standard utrzymania. Chwalę zatem Jarosława Hampela czy Sebastiana Ułamka, którzy z polskiej strony nie potrzebują tłumaczek o które zabiegają inni.

A co do kursów, zapisów zmuszających albo inaczej dających możliwości nauki polskiego to temat jest do urodzenia od zaraz. W imię patriotycznej godności, by taki zawodnik zagraniczny z polskim paszportem, kiedy stanie na najwyższym stopniu podium znał słowa naszego hymnu. Stop irytującej ignorancji.

Zawstydzam więc prezesów klubowego Eldorado, którzy parafując kwity umów nie stawiają wymagań  również jakże praktycznych i przy okazji propagują rodzimy język. Dlaczego? Po prostu nikt nie wpadł na taki motyw, a władza motorowo – żużlowa widzi inne problemy ważniejsze od tego, który poruszam nie pierwszy raz. Czarnoskóry futbolista Kolportera namieszał mi w  niedzielny wieczór w głowie znajomością polskiego, co w kontekście żużlowych asów pokazuje gdzie tamci, a gdzie oni.

Polscy mechanicy pracują we wszystkich praktycznie stajniach żużlowych, imponuje mi jak oni ruszyli do przodu i wyskoczyli z nieśmiertelnej znajomości tylko „boxu”. Ogarnęli się szybko i wystartowali po awanse na europejskim rynku. Angielski niezbędnym narzędziem pracy stał się obligatoryjny.

A więc w tym całym językowym kręgu nasi majstrowie znaleźli się jak Europejczycy, znajdą na pewno młodzi zawodnicy, bo życie do tego zmusza nawet tumana. I z drugiej strony mamy tę abnegację przez kontrahentów ze świata naszego polish.

Co więc robimy Piotrze Szymański, liderze Giekażetu, co wespół – zespół  Ekstraligowa Spółka wyznaczająca coraz to nowe standardy na rozgrywkowym placu od Torunia po Tarnów?! Nic. Po prostu…

Pewnie dostanę reprymendę  dlaczego czepiam się asów i nie tylko ich, bo wszak jest plejada młodzieży, która swoją przyszłość wiąże z polskim rynkiem ligowym. No właśnie i dlatego warto ich zmobilizować do nauki w martwym okresie, sami potem poczują się lepiej w kontaktach  nie tylko w dyskotece, w parkingu gdzie decydują sekundy o zmianie tego czy owego.

Nudny temat, prawda? Taki szkolny, w stylu disce puer… nie szkodzi, uwierzcie, jestem przekonany iż mam rację, że warto inwestować w niektórych także przez naukę polskiego.

A przy okazji proponowanych kursów warto także naszą młodzież zmuszać do nauki angielskiego, co się przyda wcześniej, niż myślą abnegaci.

Mam jeszcze dalej o nauce? Już widzę te miny, już widzę minę Holty, którego może uczyć Emil Sajfutdinow, który jako Rosjanin z polskim paszportem przy tej sympatycznej  duszy słowiańskiej chętnie wypowiada się w naszym języku, bo nam dużo przecież zawdzięcza. Ale to nie był powód, a jedynie konieczność porozumiewania się na przyzwoitym poziomie tam, gdzie jest powszedni chleb.

Egon śpiewał po niemiecku… 🙂


Advertisements

One Comment Add yours

  1. Helena pisze:

    Mieszkalam w Tokio (mowie po japonsku) uczylam szesc Japonek ,pianistek.ktore wyjezdzaly do Polski na dalsze studia i przygotowania do kolejnego konkursu Szopenowskiego,bylam z nich dumna !!!!! Pieknie mowily po polsku,uczylam polskiej kuchni,tanca,polskich piosenek,Wszedzie gdzie byly mowily z duma,ze Helena Sensei je uczyla i wszystko pokazala,Razem gotowalysmy w moim domu,tanczylysmy.spiewalysmy polskie piosemki.Mialam rowniez Japonskiego pianiste,ktory jechal do Moskwy na dalsze studia ,Rozmawialismy po rosyjsku.sluchalismy pieknej rosyjskiej muzyki,byly proste rosyjskie potrawy.Wszyscy szczesliwi,ze spotkali Polke mowiaca po japonsku i roznych jezykach obcych(znam siedem i ciagle ucze sie czegos nowego) Zycze Wszystkim serdeczne.cieple ALOHA z Hawajow,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s