Kawałek nieba dla Erika

erik gundersen

Dla jednych to duże niebo, dla drugich tylko kawałek. Strzępy dla innych. Wspomnienia, przeżycia. Richard Clark, szef londyńskiej Speedway Star, przyjaciel od lat mojej rodziny przypomina na łamach tygodnika o tragedii Erika Gundersena. Zdarzyła się ona 17 września 20 lat temu, a 8 października tego roku mały Duńczyk, trzykrotny mistrz świata w indywidualnych wyścigach i wielokrotny mistrz globu w drużynowych oraz parowych jazdach skończy 50 lat. Jak ten czas zleciał! Niemal tak, jak pokonywał wiraże niezapomniany Gunder albo Gundo…

Erika poznawałem od pierwszych startów na różnych stadionach Europy, w tym oczywiście na polskich torach. Wtedy jeszcze nie był otwarty nasz rynek ligowy dla zagranicznych zawodników. Kiedy ojciec chrzestny duńskich żużlowców wywindował ich na szczyty i gdy rozstawał się z torem, też z trzema złotymi medalami MŚ, na horyzoncie już było widać armadę jego rodaków, którzy jechali po mistrzostwa świata. Kiedy na londyńskim Wembley w 1978 roku Mary Stavin, niebieskooka miss świata w tiulowej sukience pocałowała na podium za mistrzostwo świata Olsena jego następcy zostali już namaszczeni, nie tylko Erik ale i Hans Nielsen, Tommy  Knudsen, Jan O. Pedersen oraz pozostali, którzy stworzyli grupę wygrywającą różne zawody. Olsen był spokojny, budował w Vojens swój stadionowy pomnik. Tam za dziesięć lat, w 1988 roku Erik zdobył trzeci tytuł mistrza świata i wydawało się, że końca nie będzie. Vojens i Ole, i „złoty ptaszek” Erik. Było cudnie jak w kinie.

erik gundersen

Jesteśmy w Goeteborgu, 1984 rok. To na Ullevi jak beton, Olsen faworyzuje, zawsze tak było Erika, wydaje się, że kocha go jak syna. Hans  Nielsen nie czuje się komfortowo w takiej sytuacji. Tor jak beton, szybki start decyduje o zwycięstwie, robi się nudno, krytyka po zawodach takiego finału jest ogromna, Erik jest oczywiście najszybszy. Powtarza ten sukces w angielskim Bradford, na Odsal gdzie tor jest koloru wiśniowego a łuki jak w cyrkowej beczce. I znów za plecami Erika plasuje się jak cień Nielsen. Stoją na podium i nie patrzą na siebie. Dziwna sytuacja  duńskich rodaków, rywalizacja rośnie w siłę, która przeistacza się w niechęć. 1986 rok i Stadion Śląski, Chorzów. Kilkanaście tygodni wcześniej wpadają tam na trening z Olsenem Erik i Jan O. Pedersen, kompani Hansa nie zabierają. No i co się dzieje potem… Nielsen ze stoickim spokojem kontrowersyjnie wywozi w bandę Tommy Knudsena, jest szybki jak rakieta, natomiast bezradny robi się w turnieju Erik. Daleko w tyle, jest dopiero dziesiąty i nie wie co się stało, więc kiedy go pytam w parkingu o przyczynę porażki, dotkliwej, bolesnej dla takiego faworyta, odpowiada mocno zszokowany: „ A kto to jest Nielsen?”.

Autentycznie. Nieco wcześniejsze zawody, mistrzostwa świata par w Rybniku, rok 1985, wygrywają razem Erik z Tommym Knudsenem są świetni a na trybunie podekscytowana na maksa Helle, narzeczona Erika piszczy z radości w szale uniesienia. Żywiołowa dziewczyna, miła.

Filigranowy Erik Gundersen urodził się w Esbjergu w 1959 roku na zachodnim wybrzeżu Danii, w miejscowości ładnej i turystycznej. Nieco niedbałego chodu, z wąsikiem małym, przypominał posturą… Charlie Chaplina, toteż czasami go na imprezach naśladował. Miał wyczucie motocykla, był przyczepiony do niego jak koliber i fruwał na torze w efektownej pozie, zmienianej ile trzeba było. Nieraz zastanawiałem się jak taki człowieczek może panować nad motorem i panować nad nim, bo zwykle Erik prowadził motocykl do celu a nie motocykl jego. I jak się zwijał na tym siodełku, nieprawdopodobnie cyrkowo. Widowiskowo.

I nikt chyba nie przeczuwał, że kiedyś jego kariera skończy się w koszmarnym incydencie na tym samym Odsal, gdzie został pierwszy raz mistrzem świata. Co za ironia życia na wirażu.

Mamy niedzielę 17 września 1989 roku i finał drużynowych mistrzostw świata. Wcześniej w  mistrzostwach świata par w Lesznie Erik wygrywa z Hansem Nielsenem mistrzostwo świata. Finał wielki dla Duńczyków, ze świetną organizacją miejscowych i atmosferą niepowtarzalnego pikniku, choć nasza para niestety zajęła dopiero ostatnie miejsce. Roman Jankowski i Piotr Świst zajęli dziewiąte miejsce, bo „motory nie jechały”. A motory Duńczyków były niedoścignione. W pałacu  w Rydzynie z szampana mokre były wykładziny.

Potem mieliśmy debiut w MŚ olimpijskiego stadionu w Monachium i wielki triumf Hansa, Erik był dopiero czwarty. Tam Hans pilnował startów, wjeżdżał w swoją erę.
No i trzeci finał w Bradford, drużynowa potyczka, jest niedziela i nikt nie przeczuwa tragedii jaka wydarzy się już w pierwszym wyścigu. Prasa pisze potem o czarnej niedzieli, krwawej nawet… USA, Szwecja, Anglia i Dania. Potęgi. Nie ma Ole Olsena, który zostaje w domu w Haderslev z żoną Ullą ze względu na urodziny swojego jedynego syna Jakoba.
Na starcie Erik z czwartego pola, Amerykanin Lance King, Szwed Jimmy Nilsen i Anglik Simon Cross. Erik odjeżdża ale na wirażu reszta wali się jak domino i kraksa jest koszmarna. Erik wyleciał w górę jak jaskółka, wszyscy upadki, rozrzuceni na torze jak po samolotowym wypadku, powiało grozą na stadionie. Dr Roger Brown, przypominający niemieckiego zawodnika Egona Muellera, w jednej chwili znalazł się przy Gundersenie i to on szybką reakcją ratował jego szyjny kręgosłup. To właśnie dr Brown jak twierdzą wtajemniczeni uratował życie małemu Duńczykowi. Od razu była na torze Helle, natychmiast brat Erika Preben, mechanik Michael Hansen. W świat poleciały błyskawicznie depesze z tragiczną wiadomością o wypadku. Zrobiło się smutno, bo życie zostało zagrożone. Przerażenie i szok.

Erik Gundersen 88 B

Erik znalazł się w pod czułą opieką w szpitalu Pinderfields. Żużlowy świat zamarł w milczeniu, choć słowa otuchy zostały od razu uruchomione zewsząd i znalazł się tysiące kartek. Helle czuwała jak najwierniejsza istota w szpitalu, byłem też wtedy w kontakcie na łamach katowickiego Sportu z Pinderfields i Speedway Star.

Przeglądam skromnie wydaną książkę „Moje dwa życia” autorstwa trzykrotnego mistrza świata z toru solowego, Erik Gundersen w pełni chwały i po wypadku, po którym już w dwa tygodnie było lepiej, choć nie tak jakby oczekiwał Erik. Musiał zrozumieć, że jego miłość z aktywnym żużlem będzie miała kres. Wcześnie, zanim jeszcze rozbujała się ta miłość, musiała przejść rozstanie. Druga miłość z… Helle jeszcze bardziej się  zacieśniła, urodziła się córka Nana. Erik wstał na własne nogi, co było niemal cudem, został na jakiś czas coachem duńskiej reprezentacji, teraz komentuje speedway w TV. Szkoli młodzież, wie, że bez angielskiej ligi, która jest słaba nie będzie rozwoju tego sportu. Od żużla nie uciekł.

Erika Gundersena pokiereszowało życie okrutnie. Miał wielką przyjemność startować w super angielskim klubie Cradley Heat, tam gdzie sławę zdobył Amerykanin Bruce Penhall, tam gdzie inni Jankesi uczyli się jazd z Billym Hamillem i Gregiem Hancockiem.
Ole Olsen uważa Erika za talent, którego kariera trwała by długo w owocnym dla tego sportu znaczeniu. No cóż lecz przykry los wybrał inaczej, 20 lat temu zdarzyło się w niedzielę coś fatalnego w skutkach dla duńskiego sportowca.

danish speedway team

Erik był nieziemskim zawodnikiem, wspomniany mechanik Hansen i brat Preben byli zawsze czujni obok, ale „majstrem” był słynny tunner Eddie Bull, który przygotowywał mu motocykle jak szwajcarskie zegarki. Nie zawsze wprawdzie były dokładne, ale przecież żużel ma też swoje widzimisię. Silnik jest atutem, człowiek potrzebnym dodatkiem.
Wspomniany Richard Clark z Londynu pobudził moje wspomnienia o filigranowym chłopcu z Esbjergu, którego pamiętam z tamtych lat jako skromnego, a potem poszkodowanego przez los acz zawsze blisko drepczącego w parkingu i spoglądającego na tor, na zawodników ujeżdżających w euforii jakby z pewnym w oczach żalem dlaczego go spotkała taka boska kara. Za co?! „My two lives”… Nie dla każdego żużlowe wypadki kończą się happy endem.

Nie mamy więc wpływu żadnego na los i kiedy czytam niektóre teksty depesz do Gundersena, kiedy życie Erika wisiało na cienkim włosku w Pinderfields Hospital, to mam przekonanie, że ten los przychylił mu jednak kawałek szczęśliwego nieba na resztę życia razem z Helle i Naną, no i żużlem, który czasami diabelsko zdradliwie sypie po oczach.

ps. Teraz czasami gra w minigolfa, no prosze!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s