Foliowanie toru

Dzwoni do mnie znajomy po 19. wyścigu finału drużynowych mistrzostw świata w Lesznie i pyta jaki jest aktualny wynik, bo rozleniwieni na działce zapomnieli o bożym świecie. Takim to dobrze, podaję więc wyniki i marudzą ,że szkoda złota, a brązowy medal nie jest wyczynem. Zerwałem połączenie, gdyż po przerwie uczestnicy tej pięciogodzinnej bitwy byli już na starcie. Zaczęła się jakby nowa odsłona. Zestresowany Marek Cieślak trzyma nerwy na wodzy, jak szaman i zmaga się z sobą. Machnie ręką kiedy Jarosław Hampel nie przywiezie pełnych punktów jako joker. Australijczycy jadą po złoto ale coś wisi w powietrzu, jakiś obłok nadziei. Dla Polaków.

Wszyscy już mają dość. W sobotę lało, turniej przeniesiono na niedzielę. Nie wszyscy mogli zostać z kibiców w Lesznie, gdzie zostać na noc Niektórzy przebalowali, lało w nocy i lało się do gardła. Nie ma gorszej rzeczy od kaca. Wytrzymali. Czy pojadą przed południem, skoro tor wygląda nie najlepiej.


I tu mam przypomnienie z turnieju sprzed lat. Otóż w Rybniku 15 czerwca 1985 roku rozegrano finał mistrzostw świata par. Wygrali wtedy Duńczycy, znakomita para Erik Gundersen i Tommy Knudsen. Andrzej Huszcza z Grzegorzem Dzikowskim byli ostatnimi do kasy. Nie to jest istotne, ważne to, iż lało i rybniczanie znaleźli sposób na przykrycie toru folią. Dziś rzeszowska Marma miałaby pewnie satysfakcję, ale wtedy były inne czasy, inne folie, inne ceny i liczyło się zaangażowanie gospodarzy w organizację turnieju. Nieżyjący ówczesny szef klubu Mieczysław Korbasiewicz skonsultował z kim trzeba pomysł zafoliowania na noc toru i nie było odmowy; Brunon Sobel dał z górnictwa akceptację i zadanie zostało wykonane. Zagraniczne ekipy były zaskoczone, choć już od dawna rybniczanie słynęli z dobrej organizacji imprez. Ten ośrodek mający wylęgarnię talentów, braci Tkoczów, Maja, Worynę, Wyglendę oraz innych artystów żużlowego toru, dwunastokrotny drużynowy mistrz Polski, arena zwycięskiego w 1969 roku finału drużynowych mistrzostw świata, złoto dla Polski, a potem w 1971 roku złoty medal w MŚ par z Andrzejem Wyglendą i Jerzym Szczakielem i zdruzgotani „ci wielcy” Nowozelandczycy Ivan Mauger i Barry Briggs. Finał marzeń. Ale wracam do 1985 roku, w nocy lało a tor zafoliowany jak pomidory i ogórki. Kibice nie odpuścili mimo deszczu, kilkanaście tysięcy parasoli, prasę obiegło fantastyczne zdjęcie tych kibiców z parasolami. Brytyjczycy piali z zachwytu. Tor namakał w czasie zawodów, lecz wcześniej był suchy, zawody odjechano. Sztuczka z folią się udała i była to pierwszy taki pomysł na żużlowym torze. Potem próbowali inni, na świecie także, ale zawsze liczono się z kosztami i nadzieją ,że jakoś to będzie. Otóż nie będzie i nie ma rady na wodę z niebios i cud.


To przypomnienie dedykuję nie tylko Unii Leszno ale wszystkim, którzy organizując zawody żużlowe nie chcą strat. Firma Marty Półtorak rzeszowska Marma Folie na pewno wykombinuje dobrą jakość na tym rynku.


Wracam do Leszna. Dali radę. Pojechali, tor nie był zły  i gdyby nie w trakcie deszcz byłoby po robocie szybciej. Dla zwycięzców zaświeciło słońce. Polacy w tym tasiemcu i dreszczowcu a raczej deszczowcu także wykazali wytrzymałość i rutynę bywalców kasyna. I ten marek Cieślak jak Napoleon, również mały jak historyczny Francuz, bitewny strateg i myśliciel aren żużlowych dojechał do złota tylko i aż jednym punktem mijając na finiszu zespół Craiga Boyca. A CB and company już witał się z gąską acz ostatni wyścig i pożyczka motocykla przez Tomasza Golloba od Krzysztofa Kasprzaka i ojca Zenona oraz wspaniały odlot  zaspokoiły wszelkie niedostatki pogody i zdrowotne upadłości nocnych deliberacji kibiców oraz pewne spustoszenie portfeli. A co tam; złoto jest złotem i straty przy jego „kopaniu” nie liczą się w rejestrze.


Polacy już trzy razy zdobyli Puchar Świata i zatrzymali go regulaminowo w Polsce, pewnie ozdobi siedzibę Polskiego Związku Motorowego w stolicy. Jak to się mówi „Polski Związek Motorowy pożyteczny jest i zdrowy”…Puchar Świata czyli drużynowe mistrzostwa świata mają sygnaturę Szweda Ove Fundina.Bo to Szwedzi wymyślili takie rozgrywki w 1959 roku, oficjalnie w 1960, przypominam, i zarazem raz jeszcze dziwię się nad tym tworem czyli Pucharem Świata. Po jakiego diabła takie udziwnienia, nie ma to jak prostota i tradycja przejrzysta jak kryształ.


Byliśmy znów najlepsi, wygraliśmy bitwę w angielskim Peterborough w stylu przyszłych mistrzów, tam oto wykroiła się drużyna z napoleońskim Cieślakiem, jego instynktem i tylko perturbacje pogodowe wyczyniły hece i dramatyczny przebieg dwudniowych zawodów w Lesznie.
Mówi się, że łatwo z historii się wychodzi, trudno wchodzi. Święta prawda, Polacy piszą osobny rozdział w tych rozgrywkach i potwierdzają, iż mieć zespół to wielka rzecz. Do ostatniego tchu.
I czyż rozgrywki drużynowe nie są pasjonującym widowiskiem, choć skróciłbym te bitwy do czterech serii. Byłoby lepiej, trochę za dużo tego jeżdżenia. I raz jeszcze nawołuję do organizacji meczów międzypaństwowych, które wyginęły bezpowrotnie a kiedyś były atrakcją. Dziś tylko solowe popisy są w cenie i wszyscy ćwiczą jak nie memoriały, to puchary, jak nie GP, to utrwalanie singli za duże pieniądze. Czy pamięć o kimś wielkim nie może być memoriałowo uczczona meczem międzypaństwowym albo super czwórmeczem?! Proszę się zastanowić i dojść do słusznych wniosków, a ten dezyderat ślę w stronę prezesów klubowych poczynań często już organizacyjnie wypalonych pomysłami.


Dzwoni do mnie znajomy, ten z działki przed ostatnim wyścigiem w Lesznie. Kiedy mówię co jest nie wierzy i kiedy dzwoni raz jeszcze gdy kapitan polskiej reprezentacji wygrywa wyścig też nie wierzy, choć musi i musi zapamiętać historyczny wyczyn w dramie wyjątkowej urody, gdzie deszcz reżyserował raz po raz; kiedy słońce walczyło z deszczem, organizatorzy z błotem na torze a zawodnicy ciasno/ kto skazywał Rosjan na pożarcie srogo się pomylił, kto nie liczył na Szwedów też się pomylił/ ścigali się i raz chcieli, raz nie chcieli, jednak  wytrwali i dojechali do końca bitwy, dwudniowej, dramatycznego, pięciogodzinnego turnieju z glorią Polaków.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy, w tym przypadku dla gospodarzy i dla cieślakowej reprezentacji. Złoto nie jest dla mięczaków.


I co teraz? Ano powrót do Grand Powtórek i skok na Łotwę, gdzie wszyscy znów będą gonić się wokół Jasona Crumpa, przegranego „kangura” z Leszna. Jednak teraz będą już inne bitwy, solowe grand wyczyny i bez pożyczek motocykli.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s