Centrum Żużlowej Rozrywki czyli „We are the world”?

Taki Disneyland wokół żużlowej areny? Taki Legoland z atmosferą zapachu metanolu? A może po prostu  zwykłe centrum żużlowej rozrywki dla światowej elity raz na dwa lata o jakim nie śniło się Alfredowi Smoczykowi legendzie z Leszna, który na żużlowej maszynie  wyprawiał cuda i stworzył podwaliny pod sport w mieście, które miłuje speedway jak rolnik swoją ziemię. Wdzięczne Smoczykowi Leszno ufundowało mu figurkę przed stadionem, która ma przypominać jakim gościem był  mistrz Alfred, czym dla niego było ściganie na motocyklu, które tragicznie przerwało jego karierę. LESZNO. Miasto tradycji żużlowych, światowych imprez, znanych zawodników, którzy razem ze smoczkiem zasysają żużlowego bakcyla. Jednym przechodzi, drugim zostaje do końca życia. Tym co przechodzi aktywność, śledzą żużel byle gdzie, bo nie mogą o nim zapomnieć. A ci, którzy mają w sercu ten zaraźliwy bakcyl nie mogą wydostać się z nałogu, nie chcą słyszeć o terapii i rodzinnie tracą czas bez końca. Znani zawodnicy urodzeni w kaskach żużlowych mają krew zmieszaną z metanolem i są dozgonnymi fanami szaleństw jazd w lewo. Co to za choroba ten żużel, powiedział kiedyś jeden z profesorów humanistyki zasypany dziewiczo okruchami żużla w swoim debiucie stadionowym, który przerodził się niemal w fanatyzm oglądania wyścigów, ku rozpaczy swoich nobliwych kolegów.

Jesteśmy znów w Lesznie, bo w maju była runda Grand Prix a teraz po rocznej przerwie ponownie Polacy goszczą najlepsze drużyny wydzierające sobie Puchar Świata, czytaj raczej drużynowe mistrzostwa świata, a puchar nosi imię legendarnego Szweda Ove Fundina. Tenże był pięciokrotnym mistrzem świata i pobił go dopiero Nowozelandczyk Ivan Mauger a nie tak dawno jeszcze jego rodak Tony Rickardsson. Historia żużla ma szwedzkie rozdziały, gdyż Trzy Korony były inicjatorami choćby drużynowych mistrzostw świata z premierowym turniejem w Malmoe. Był rok 1960.Dawne dzieje ale pamiętane, bo Polacy w drużynowych mistrzostwach świata wyłuskali  trochę złota, nie tak dużo ale w tych pierwszych chwilach było one radosne i w stylu odprawiającym faworytów bez litości, znanych mistrzów z Zachodu, których prześcigali odważni Polacy. W historii DMŚ bywało różnie, raz na wozie raz pod wozem i przyszło po wielu latach odrodzenie, i miłość do złota na swojej ziemi, piękna victoria na torach Wrocławia i  Leszna.
Rozgrywki drużynowe o mistrzostwo świata  przeżywały rekonstrukcje, i nawet był taki czas kiedy team stanowiło trzech zawodników, w tym jeden rezerwowy, czyli jakby ściganie się parami ale z nazwą „drużynowo”. Dziwoląg do kwadratu, co motywowano brakiem skompletowania przez niektóre federacje 4 – 5 zawodników. Na szczęście głupota znikła wraz z niektórymi działaczami, choć niektórzy jeszcze balansują na krawędzi swojego uczestnictwa w tym rynku.

Czasy wielkich finałów drużynowych były epoką oświecenia w tym sporcie. „Złotym wiekiem”, który wywoływał dreszcze. Strefa tzw. interkontynentalna była silna jak tur. Anglicy byli wielcy jak Imperium Brytyjskie w okresie władzy nad światem. Roześmiani i uwielbiani fighterzy Peter Collins, Malcolm Simmons, Dave Jessup, John Louis, Mike Lee, Ray Wilson, Kelvin Tatum, Simon Wigg, Jeremy Doncaster, Gary Havelock /oj było ich wielu/ uprawiali żużel radosny i zwycięski. Zaczęła Wielka Brytania, potem była  już Anglia. I w tej sytuacji osamotniony został nowozelandzki as Ivan Mauger, także Mitch Shirra.

Kiedy Szwedzi pozbierali się po kryzysie/ śmierci Tommy Janssona/ byli straszakiem z Bo Wirebrandem w tle, cochem, który pchał Trzy Korony na podium, Anders Michanek był motorem nr 1.Per Jonsson, Tony Rickardsson, Jimmy Nilsen, Henrik Gustafsson, Jan Andersson ścigali się tak, jak kiedyś Fundin.

No i Amerykanie zabłysnęli niczym gwiazdy śliczną nocą, a taki Bruce Penhall z Bobbym Schwartzem, przystojny Rick Miller, wysoki Dennis Sigalos, człowiek guma John Cook, niepokorni bracia Moranowie i niezniszczalny Sam Ermolenko mieli ambicje zawładnięcia światem. Zrobili super skok na złoto. Western speedway! Potem cuda wyczyniali Greg Hancock, Billy Hamill, Ronnie Correy, dziś zostało już tylko kalifornijskie echo.

Osobny rozdział zajmują Duńczycy, którzy kompletowani przez Ole Olsena wykonali robotę na miarę pomnika niezwyciężonych, który powinien stanąć przed wjazdem do Vojens albo Haderslev gdzie urodził się Olsen. Właśnie finały interkontynentalne na torze Ole czy na gruncie angielskim wywoływały długotrwałe dreszcze emocji i dyskusji czy sędzia miał rację. Miał przyjemność sędziować w Vojens polski sędzia, nieżyjący Roman Cheładze z Torunia i chwała mu za opanowanie szczytów światowych w ekstremalnie napiętych sytuacjach. Olsen, Hans Nielsen, Tommy Knudsen, Finn Thomsen, Peter Ravn, John Jorgensen, Bo Petersen, Brian Karger, Jan Staechmann a potem Erik Gundersen i Jan O. Pedersen jechali tak, jak gra słynna orkiestra z Odense. Chytrość na złoto pozostała w sercu nie tylko Nickiego Pedersena.

Do finałów ze strefy interkontynentalnej dołączały zespoły kontynentalne, właśnie Polska albo Czechy /Jirzi Stancl, Ales Dryml, Petr Ondrasik, Roman Matousek, Zdenek Kudrna /, czy Niemcy/ Egon Mueller, Karl Maier, Georg Hack/ lub ówczesny Kraj Rad z Chłynowskim, Gordiejewami, Kuźniecowem, Trofimowem, Kuźminem.

Ze strefy kontynentalnej trudno było z topornym sprzętem wbić się na podium, a marzyć o zwycięstwie? Polak jednak potrafi.

Wrocław w 1961 roku był znaczony złotem, pierwszym takiego koloru medalem dla Polski w DMŚ za sprawą Mariana Kaisera, Henryka Żyto, Floriana Kapały, Mieczysława Połukarda, Stanisława Tkocza.W 1965 znów złoto w bawarskim Kempten, a udziałowcami triumfu zostali Andrzej Wyglenda i Antoni Woryna, Andrzej Pogorzelski, Paweł Waloszek i Zbigniew Podlecki.
40 lat temu w Rybniku Polska śmigała po złoto jak gazela. Chłopy do wszystkiego czyli rybniczanie Andrzej Wyglenda i Stanisław Tkocz, wschodząca gwiazda Edward Jancarz, Andrzej Pogorzelski i Henryk Gluecklich. Uff, za nimi w plastronach Wielkiej Brytanii Ivan Mauger i Barry Briggs, trzeci ZSRR, za nimi dopiero Szwedzi a był wśród nich Ove Fundin.

I czy nie warto zrobić „repliki” takiego czwórmeczu z okazji 40- lecia zwycięstwa Polaków na rybnickim torze? Polska, Anglia, Rosja, Szwecja…Koniec sezonu i przypomnienie tamtego roku. Co na to rybnickie żużlowe ambicje i tamtejszy biznes, a władza panująca rzekomo nad wszystkim? Niech kibice nie zapomną o cudnym fakcie sprzed lat.

W historii DMŚ były też epizody australijskie, bo kraj kangurów i misiów coala stał się odnowicielem z apetytem na mistrzowskie granie. I tak się stało… Phil Crump, Billy Sanders, Jason Crump,Craig Boyce, Leigh Adams są tylko wspomnieniem chwil niezwykle przyjemnych dla Antypodów. Australijczycy mają teraz odważną młodzież.

Dość jednak już przypominania; o Wrocławiu, Lesznie z lat ostatnich wspomniałem, czasów złotych medali i jazd niezapomnianych. Leszno wygórowało się w tym biznesie organizacyjnym na czoło i znów jest areną dla polskiej reprezentacji. Bronimy srebrnego medalu, dwa lata temu w Lesznie  strumieniami lał się szampan z okazji polskiej glorii. Wańka – wstańka; jak finał poza Polska jest ciężko, jak na rodzimej ziemi duch wojowników odżywa na potęgę i wara od złota. Ani brąz, ani srebro nie zastąpią złotka.

Mam nadzieję, że tradycja zostanie utrzymana, że nic przykrego się nie wydarzy i festiwal turniejowy, baraż i finał, będzie potwierdzeniem, że jak w Lesznie turniej, to dla nas pula. I kto wie czy Puchar Fundina na zawsze nie zostanie tam, gdzie Alfred Smoczyk gnał jak szalony i pokazał jak zwyciężać trzeba. Obok jego figurki nie można przejść obojętnie.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s