Dygnitarska zgaga

Zazdrośnicy nie dostrzegają, że w Polsce żużel ma dużą, raczej ustabilizowaną widownię i frekwencja nadal jest  „bogata”. Bo czy średnia na meczach Ekstraligi w przedziale 10 – 12 tysięcy jest mała? Prestiżowe mecze gromadzą publiczność dwudziestotysięczną i większą, tłum fanów w obsadzie rodzinnej bez burd i chamskich dokonań takich, jakie są na meczach piłkarskich a reklamowane derby na Stadionie Śląskim przyniosły znów przykre potwierdzenie, że służby  porządkowe muszą drastycznie reagować. Trudno wyplenić zadymy, mundurowi są często bezradni podobnie, jak w przypadku pijanych kierowców na naszych drogach. Radzę przyjrzeć się jak to inni w Europie robią, ot choćby w Skandynawii. Zostawiam jednak ten problem ludziom ministra Grzegorza Schetyny. Skoro wspominam prominenta, to właśnie o nich chciałem przypomnieć, ponieważ żużel był zawsze łakomym teatrem do którego chodzili po chwałę i sławę przedwyborczą różnego rodzaju wysoko postawione osoby w naszym państwie. Pomijam fakt honorowych protektorów imprez na których zjawiali się osobiście prezydenckie głowy albo premierzy a w ślad za nimi grupa wiernych towarzyszy takich mityngów. Wprawdzie niektórzy z takich wybrańców losu po raz pierwszy widzieli żużel i pytali gdzie jest start i meta ale podniecali się zawodami, tak jak ich przełożeni i byli pod wyskokowym wrażeniem organizacyjnym oraz sportowym. Dla gold VIP – ów wszystko jest na tacy. Takie polskie obyczaje i wątpię czy straszący kryzys jest w stanie ograniczyć wydatki i rozsądnie gospodarować. Ludzie zapłacą za fanabarie, wszak szastanie forsą było, jest i będzie. Szlachecka tradycja zobowiązuje klubowe klany.

Odświeżam pamięć…

Gdzie Henryk Stokłosa spod Piły i jego firma Farmutil? Senatora można było na kameralnej trybunie w Pile zawsze dostrzec. Dziś speedway w Pile ma inne oblicze, bardzo kryzysowe i były minister, marszałek Marek Borowski już nie dociera na stadion. A były takie czasy, kiedy zawodnicy ścigali się o opony wręczane przez marszałka pod czujnym okiem prezesa Wiesława Wilczyńskiego. Gdzie te czasy; Hans Nielsen był tam królem, a Jarosław Hampel dojrzewał do serialu Grand Prix. Z pobliskiego Śmiłowa Henrykowi Stokłosie (miał więzienny epizod) nie po drodze i ma grube kłopoty prokuratorskie. Markowi Borowskiemu chyba też Piła już nie po drodze. Było tam bizantyjsko, lecz „ptaki” odleciały do swoich gniazd.


speedway2

 

Jedźmy zatem dalej, choć nie tak daleko… Bydgoszcz. Licytowała się zawsze w gościach z Wrocławiem. I tu, i tam bywali ludzie z pierwszych stron gazet i telewizyjnych wiadomości. W Bydgoszczy po wybudowaniu nowej trybuny sprytnie zaprojektowano miejsca honorowe, mamy trzy podziały i nie ma problemu z tymi co rządzili, rządzą i będą rządzili. A wokół inni wierni towarzysze sztuki żużlowej. Bankietowo też nie ma problemu, bo kiedy jest prezydent  czy premier mają swój salonik, pomniejsi dygnitarze obok a pozostali też swoje i tylko można się zetknąć niespodziewanie w przejściu pod nadzorem barczystych borowców. Monitor TV w restauracji pozwala na wygodne śledzenie stołu i toru, więc komfort szczególnie dla osób towarzyszącym prominentom, piękne panie mają wszystko na widelcu. Gorzej z toaletami, tam jest ścisk i ciżba, pisuary i kolejka bratają higieniczną potrzebą ludzi zmęczonych serialem Grand Prix. Jak się coś pije, to WC jest konieczne niczym głos spikerowi.

Poturniejowe podsumowanie wypada też nie najgorzej, choć niektórzy mają dość wyścigowych szaleństw. Bydgoszcz jest zaprawiona w przyjmowaniu nie byle jakich gości. Prezydent, premier, senatorowie, posłowie etc. etc. Pamiętam taki moment kiedy miał być a nie był prezydent Lech Wałęsa, żałowano bardzo i zacny apartament Rubinsteina w hotelu „Pod orłem” został niewykorzystany. W Bydgoszczy goszczą ludzi wszystkich opcji politycznych, choć mówiono, że jest różowo. Bydgoszcz to miasto ministra stanu Mieczysława Wachowskiego, odwiedzany stadion przez Jana Kulczyka. Bywali na imprezach a czy będą? Zadzwońcie do Leszka Tillingera, on wszystko wie od lat i trzyma rękę na pulsie. Wrocław ma inną specyfikę, bardziej skumulowaną towarzysko. Wszyscy w kupie. Tam się rozgrywa część w namiocie i w barze owianym tradycją kilkudziesięciu lat spotkań pokoleniowych grup rozmaitych politycznie. Europoseł wrocławski Ryszard Czarnecki, smakosz kuchni nie przepuści żadnego smakołyku nawet gdyby zadzwonili z kilku partii naraz. Chyba, że z telewizji. Bywał ale czy może być kiedy jest np. w Afryce? To jest problem logistyczny. Wrocław owiany legendą żużlowych finałów światowych z lat 60 – tych i późniejszych ma znakomitego prezydenta miasta i ma ministra kultury, i ma ministra spraw wewnętrznych, tylko że teraz tam nie ma światowego żużla. W tym problem, ale sądzę, iż tylko euroczasowy, kiedy dokopiemy się futbolowego EURO – 2012, przyjdzie może pora na speedway w mieście, do którego chętnie zjeżdża żużlowa Europa.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski był na GP w Bydgoszczy, gościł w Pile i był na Stadionie Śląskim na GP w Chorzowie. Aleksander Kwaśniewski był kiedyś szefem polskiego sportu, Stadion Śląski zna jak prezydencki pałac. Ten obiekt ma na swoim koncie tyle wizyt dygnitarzy, głównie z piłkarskich meczów, że nikt na razie nie pobije jego pamiątkowej księgi. Czy kiedyś speedway wróci na  „Śląski”? Mam marne wieści na ten temat. Lobby futbolowo – piechniczkowe jest silne a żużlowe jest kruche jak wafelek. Leszno wkroczyło po latach na forum światowe, tam jednak z wizytami prominentów jest faza porodowa. Górna półka otwarta, mamy wybory do europarlamentu i być może będzie zlot kandydatów by sfotografować się z Tomaszem Gollobem albo na tle figurki Alfreda Smoczyka. Stadion kiedyś został namaszczony przez sekretarza Edwarda Gierka na tradycyjne dożynki, więc ma żyzne podłoże. Na nobilitację czeka przebierając nogami Gorzów Wlkp., może zjawi się dla uciechy odmłodzony londyńczyk były premier K. Marcinkiewicz? Albo XYZ… Zgadnijcie? Odmalowany Falubaz Zielona Góra marzy o huszczowskich czasach. Sny na jawie. Toruń rośnie w siłę nie tylko rydzykowym radiem. Mistrzowie, pierniki i wody termalne. Wszystko przed  nami. Wszak mamy innych celebrytów, idoli żądnych każdej sławy. Tarnów miał swoje piętnaście minut pod wodzą Grzegorza  Ślaka, a kiedy zmarł charyzmatyczny Szczepan Bukowski, zostało czekanie na sanację. Daty nie widać. A było tak bogato i tak mistrzowsko. Zawodowcy gotują sukces a nie przypadki i amatorszczyzna. 

Odświeżam znów pamięć…

Przypominam sobie finał mistrzostw świata w Pocking, gdzie wygrał Amerykanin Sam Ermolenko a Tomasz Gollob był siódmy. Rok 1993. Polski zawodnik przykuwał wtedy mocno uwagę polskich salonów politycznych i sfer gospodarczych. Tam w Bawarii spotkałem wspomnianych Mieczysława Wachowskiego i Jana Kulczyka. Wspierali polskiego asa na różne sposoby. Zagranica powszechnie mówiła o Wachowskim jako sympatycznym ministrze od żużla. Duńskie Vojens też było odwiedzane przez notabli, co wzmacniało prestiż żużla, który bezdyskusyjnie w tzw. oglądalności jest ciągle w czołówce. Tego nie da się ukryć pod dywanem, a zazdrośnicy mają zgryz. Zaklęte koło zawiści po polsku. Lepsi, gorsi, ważniejsi, „buraki”, kompleksy nieudaczników.

Co nam zatem zostało z wizyt „ koronowanych głów”? Sponsorowanie? Lobbing? Pusta kasa? Pomyślcie. Na pewno sute i barwne wspomnienia; cóż  elita może jeszcze wróci a euronowi zjawią się nie tylko bankietowo. Tylko jest pewien problem: jak się ułożyć w tym kryzysie i pokazać nowostarą twarz.Brr.

PS. Ten felieton można przeczytać w bieżącym wydaniu Tygodnika Żużlowego. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s