Drzazgi pamięci i wyobraźnia

Po pierwsze…

Oglądam akcje poznańskiego Lecha w meczu z Jagiellonią. Chłopcy Franciszka Smudy grają swoje, potrafią uprawiać radosny futbol. I nagle przychodzi do mnie smutna wiadomość o śmierci ministra, profesora Zbigniewa Religi. Wspaniałego kardiochirurga, którego miałem przyjemność znać i czasami bywać w Jego otoczeniu kiedy jeszcze nie powrócił do stolicy a jego miejscem pracy i domem było Zabrze. Jego wielkość polegała na normalności, zwyczajności, wiedzy i budzeniu wyobraźni w uczniach. Stworzył szkołę kardiochirurgów, dokonał pierwszego przeszczepu serca w Polsce w 1986 roku.

Był kibicem zabrzańskiego Górnika, nie tylko moim gościem na imprezie sumującej sezon żużlowy i piłkarski w hotelu „Katowice” pod egidą Sportu i Dziennika Śląskiego, gdzie trofea odebrali Tomasz Gollob i Andrzej Juskowiak. Był prof. Zbigniew Religa i trener Kazimierz Górski, byli inni. Tam w Katowicach poznał profesora wielokrotny laureat „Złotych Pater”, sędziowskiego rankingu torunianin Roman Cheładze, świetny żużlowy arbiter mający kłopoty z sercem. Wiem, że kontakt pomiędzy Profesorem a Romanem był podtrzymywany na gruncie warszawskim, niestety do przeszczepu serca nie doszło z powodów niezależnych na tej ziemi. Smutno się robi człowiekowi gdy odchodzą ludzie, którzy w swoim życiorysie mają na koncie uratowanie setki istnień. Profesor Zbigniew Religa dawał innym ogromnie dużo serca. Spadają łzy żalu. Niedobry czas. Wcześniej mocno mnie zasmuciła śmierć Jana Bachledy znakomitego alpejczyka ze słynnego rodu zakopiańczyków. Kiedy o śmierci syna dowiedział się ojciec Andrzej Bachleda senior jego sterane serce nie wytrzymało. Bachleda tata był tenorem i występował na wielu scenach. Starszy syn Andrzej/ napisał kiedyś „Taki szary śnieg”/ to przecież olimpijczyk, udany alpejczyk. Cała rodzina narciarzy i artystów. Znakomita zakopiańska generacja. Lawina żalu spada spod Giewontu i wiatr smętnie zawodzi. Złota medalistka z Sydney 26 – letnia w rzucie młotem Kamila Skolimowska nagle umiera w Portugalii na zator płucny. Tragedia. Jej ojciec Robert olimpijski sztangista. Cios w serce rodziny.26 lat, Kamila kiedy zdobyła złoty medal była najmłodszą polska olimpijką. Tragedie nie wybierają, zdarzają się niespodziewanie i ranią serca. Odchodzą ludzie, którzy zrobili dla innych bardzo dużo i mogli zrobić jeszcze więcej.

Po drugie…

W kontekście tragedii olimpijki Kamilii Skolimowskiej rodzi się pytanie w rodzinie sportowej o rzetelne badania, o proces przygotowywania młodych ludzi do uprawiania sportu. Czy na fali panoszącego się kryzysu nie zostanie zaniedbana pod pretekstem hasła oszczędności troska o zdrowie. Pomyślcie. Żużel nie jest sportem oszczędzającym zdrowie na każdym etapie kariery. To sport zawsze niebezpieczny i ułamek sekundy decyduje o życiu. Z jednej strony mamy obiektywne warunki, o choćby pogodowe, ale i warunki torowe, które nie zawsze przygotowywane są w trosce o wszystkich, zarówno gospodarzy jak i gości. I właściwe przygotowanie motoryczne, psychiczne do walki fair.

W trosce o zdrowie swoje i rywali. Speedway ma w swojej rodzinie na koncie dużo dramatów i czasami niepotrzebnych konsekwencji, jakże tragicznych dla losów zawodników oraz ich rodzin. Piszę te słowa w przededniu sezonu, jak zawsze oczekiwanego w napięciu i tendencjami zwycięstwa jednak często za każdą cenę. Tak. Presja otoczenia jest ogromna, kult wygrania noszony w prezesowskich teczkach jest niezmiennie ten sam. Gotowanie się szkoleniowców na bitwy jest zrozumiałe, choć przekaz do zawodników powinien być rozsądny i z wyobraźnią ojcowską. Czy tak jest? Czy pielęgnowany jest pierwiastek, obok normalnej rywalizacji sportowej i ambicji, szanowania zdrowia?! Pytania rodzą się na pewno, choć kiedy rusza sezonowy zawrót głowy kruszą się w tym kołowrocie, cenne wartości życiowych rad. Prezesi klubów jak nigdy pospieszyli się po sezonie z podpisywaniem kontraktów jakby nie analizowali i śledzili ekonomicznych, światowych przesłanek. Prezesi mający swoje firmy jakby nie dostrzegali zagrożenia w sferze sportowej. I przyszło widmo krachu. Wpierw zobaczyli ile kosztuje euro. Cios. Bankructwo?

Po trzecie…

Życie to umiejętność przewidywania, mawiał mój pierwszy życiowy mentor. Wyobraźnia. Zaczęło się straszenie po kątach. Teraz nagle w obliczu widma utraty finansowej płynności podjęto skandaliczną moim zdaniem decyzję o zawieszeniu zapowiadanej ligi juniorów. Jasne, jak ciąć to po maluczkich. I prezes Pezetomtu daje przyzwolenie na taką decyzję? A szef Giekażetu nie widzi w tym nic złego? Już odezwały się głosy rozpaczy, tak rozpaczy, bo dla młodych była szansa. Dla polskiego żużla zdominowanego przez zagranicznych starych i młodych zawodników, którzy ratują swoje konta i uczą się za darmo w tonie hasła tak chętnie i wszędzie lansowanego „ przecież jesteśmy w Europie”. Ano… Pamiętam z przeszłości starania Józefa Olejniczaka, byłego mistrza Polski z Leszna, trenera i działacza o ligę juniorów/ lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte/ na wzór niegdyś ligi angielskiej. Opracował na tip – top wszystko, lecz natrafiał na oponentów nie mających wyobraźni. Teraz kiedy zajaśniało zielone światełko w tunelu, ojcowie polskiej ligi zaświecili natychmiast czerwone. Trzeba szukać samemu rozwiązań, słyszę glos Jana Ząbika. Słusznie, pojechać do Skandynawii czy jeszcze gdzieś indziej i szkolić tych, którzy zastąpią swoich starszych kolegów. Z ta ligą juniorów, inwestycją perspektywiczną to zły znak, wielka drzazga wbita w pion szkolenia i zaćma w widzeniu świata żużlowego w Polsce w przyszłych latach. Z jednej strony mamy imperialistyczne zapędy, na hurra podpisywanie umów nawet ze szkoleniowcami w świetle telewizyjnych kamer jakby to były olimpijskie wydarzenia. Trochę skromności chyba nie zaszkodziłoby ale poprzednie lata wbiły w pychę zarządzających naszym żużlem. Jesienią 2008 zabrakło im jednak wyobraźni. Teraz są tratwy, renegocjacje umów, obniżenie stawek przez jednych dla drugich. Zawsze biznes jest biznes, mówił ongiś taki zawodnik, który zapowiadał się na super żużlowca, Marek Kępa z Lublina. Wykolegowani na pewno mogą się czuć adepci speedway’a i na tym kończę niestety tę kwestię. Włos winnym nie spadnie z głowy, gdyż bezbarwny w działaniach Giekażet czuwa nad…. rozwojem.

Refleksje przed sezonem mam ambiwalentne. Z jednej strony mamy premierę sezonu, który zawsze wyzwala adrenalinę niepojętą, syci ogromne oczekiwania spragnionych rzesz fanów ale i budzi mieszane uczucia nad tym co się dzieje i co może się wydarzyć. I obok sportu mamy jeszcze codzienność, która swoimi faktami, jak drzazgami wbija się w wyobraźnię i mąci zmęczoną rzeczywistość. Taki szary real.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s