Hans jak to robiłeś?

hans

Motto: Nikt nie miał konia o nazwie „Śląski”.

Małomówny, podpatrujący mistrza Ole Olsena z którym w parze był zagrożeniem dla wszystkich, toteż szybko wyrósł na pretendenta do najwyższych tytułów. Ole po jakimś czasie nie przepadał za nim, do dziś nie wiadomo dlaczego, lecz bywają nieodgadnione sympatie i antypatie choć interes łączy wszystko w całość. Cel jest numerem jeden, serca inne, dusza śpiewa inaczej, zachowania bywają jednak niekontrolowane i dziwne dla otoczenia. Hans Hollen Nielsen, postać historyczna w światowym żużlu, Duńczyk z Brovst i polski ligowiec o nienagannym obliczu w Lublinie i Pile. Mało brakowało a wystawiono by mu pomnik na polskiej ziemi. Profesor żużlowy z Oxford, koncertmistrz wszystkich torów, kolekcjoner tytułów wszelakich, wyrachowany zawodnik, nieprzeciętny w walce i jeździe po bandzie i wapnie. Hans, człowiek do wszystkiego dobrego w żużlu. Hipnotyzer i czarodziej, spychający faworytów na margines walki. A gdzie tak bywało opowiem nie po kolei.


 
NIELSEN skończy w tym roku 50 lat! Urodził się w Brovst i tam mieszka. W środku Danii. Miałem przyjemność oglądać go w różnych sytuacjach na wielu torach i zawsze był dla mnie wzorem postaw nienagannych, aczkolwiek wzbudzał kontrowersje swoją jazdą, kiedy bezceremonialnie ale fair wjeżdżał tam, gdzie było miejsce tylko dla wynędzniałego gościa bez motocykla. Hans nie omijał okazji trudnych, czuł się na motocyklu nader swobodnie.


Skreślić portret takiej postaci sztuka ogromna, skroić go na miarę dokonań potrzeba miejsca na duży dodatek w gazecie. Hans był wielki ale zaczynał skromnie i nie od razu wjechał na szczyt gdzie panowali wtedy jego duński mentor Hans Nielsen czy nowozelandzki mistrz wszech torów i sytuacji Ivan Mauger. Albo taki wyrachowany elegant ze Szwecji jakim był Anders Michanek albo błyskotliwi kowboye z Kalifornii w stylu Sama Ermolenki czy angielska wtedy szkoła panujących dżentelmenów z Kelvinem Tatumem, Simonem Wiggiem, Malcolmem Simmonsem byli jeszcze inni, nie tak jak dziś. Otoczenie było solidne i aura dawała dużo, przede wszystkim był w gromadzie rodaków wojujących o medale najwyższe i Hans miał za plecami, a często przed sobą raczej Erika Gundersena czy Jana O. Pedersena i Tommy Knudsena.

STWORZYŁ przebogaty rozdział, ba księgę, w której widnieje kilkadziesiąt tytułów mistrza świata w różnych kategoriach. Dystyngowany zawodnik z żądłem waleczności. Kiedy przeglądam koniec lat siedemdziesiątych, dekadę osiemdziesiątych i początek dziewięćdziesiątych lat w żużlowych kronikach świata wszędzie napotyka się na Hansa Nielsena. Nie ma bez niego imprezy. Mistrzostwa świata, turnieje towarzyskie, liga angielska, duńska no polska, to mamy  Hansa na podium, ze zdobyczami punktowymi budzącymi respekt kibiców, zadowolenie prezesów i kłopot księgowych.

Kariera piękna, bez malowniczych obrazków, surowo konkretna, bo takim był as z Brovst. Długo był sam, aż w końcu założył rodzinę z Suzanne, sympatyczną blond Dunką, która często bywała w Polsce. Skromna para. Bezpretensjonalna.
 
1979 rok, trzydzieści lat temu w Vojens na  nowym torze Ole Olsena Hans zdobył złoto w mistrzostwach świata par. Miał wtedy 20 lat, wschodziła jego gwiazda, mentor zdobył 15 punktów, a on 10. Brązowy medal przypadł wtedy w udziale Edwardowi Jancarzowi i Zenonowi Plechowi, srebrny Anglikom Michaelowi Lee i Simmonsowi. Filmowy Amerykanin Bruce Penhall nadaremnie czekał na swojego partnera Bobby Schwartza i nie doczekał się, mimo, że finał był przełożony z powodu ulewnego deszczu.

hansnielsen  
DZIESIĘĆ lat później. Skrawek polskiego lata, dobra pogoda i sprzęt wożony dla Polaków  z Niemiec od niejakiego Hansa Zierka. Efektowny „złom” za duże pieniądze. 1989 rok, Leszno. Znów arena mistrzostw świata par, jest sierpień i pachnie wielkopolskim sianem. Polska para to Piotr Świst i Roman Jankowski. Nadzieja i rutyna. Ten drugi nie chce startować, wmawiają mu szkoleniowcy oraz inni domowy sukces, „bo ściany pomogą”. Kombajn marki „ Bizon” na drodze do Leszna taranuje jednemu Niemcowi nowe BMW, wszak żniwa w pełni. W gościnnym pałacu w Rydzynie nie brakuje nawet szampana do jajecznicy, zaś piwo bojanowskie w knajpie przy rynku podnosi adrenalinę kibiców i nadzieje na sukces. Taki odnoszą Duńczycy: Hans Nielsen z Erikiem Gundersenem/ ten sam rocznik co Hans/ za nimi Szwedzi, Anglicy. Nie ma Amerykanów, Australijczyków, Nowozelandczyków, są  przed nami Niemcy, Finowie, Węgrzy, Czesi i Włosi. Na dziewiątym miejscu, niestety ostatnim Jankowski z zerem, Świst  z 11 punktami. Pogrom na własne życzenie.Za rok w bawarskim Landshut znów para duńska zbiera złoto z Hansem, a w 1991 roku w Poznaniu dalej trzyma się złota, zaś Hans jest gwiazdą z Pedersenem na urokliwym Golęcinie. Jeżdżono wtedy trzema parami, horror. Nie było rady w tym wieczornym spektaklu na duński duet, który zaprezentował skuteczny styl do naśladowania. Profesorowie!

INDYWIDUALNE mistrzostwa świata. 1989 rok, dobry czas dla żużla, areną walki jest z pięknym dachem stadion olimpijski w Monachium. Niemcy się starają, w organizacji pomagają Bawarczycy z Abensberga, Pocking, Landshut, Olching. Jest atmosfera wielkiego finału lecz za sprawą Hansa jest nudno, bo Duńczyk wygrywa każdy wyścig, za nim lokuje się specjalista od długich torów Wigg, trzeci jest też Anglik przystojny Jeremy Doncaster. Za nimi Gundersen, Tatum, Nowozelandczyk Mitch Shirra, Anglik Andy Smith. Polaków nie ma w tym finale, wszak był taki czas bez biało – czerwonych w decydujących próbach MŚ. Chude lata dla nas, tłuste dla Duńczyków. Bawaria i 1989 rok, Nielsen miał już trzydzieści lat i medalowe konto bogate, no i bankowe. Trzymał równo gaz.


 
Cofam się do roku 1986. Stadion Śląski ma ostatni w swojej historii finał mistrzostw świata. Na trening latem przyjeżdża Olsen z Gundersenem i Pedersenem, nie zabiera Ole z sobą ani Hansa ani Knudsena. Konflikt już był, określam go jako charakterologiczny. Duńskie „ kolibry” trenują, mieszkają w hotelu „ Katowice”, szykują się na podium. No i mamy finał, faworytów kilku. Wygrywa niespodziewanie Nielsen, który wywozi zaraz po starcie desperacko w „ płot” Knudsena; kontrowersyjną decyzję podejmuje szwedzki arbiter Christer Bergstroem wykluczając Tommy’ego. Gdzie jest Pedersen? Ano ratuje honor Olsena i jest drugi, dopiero… dziesiąty Gundersen, zszokowany w hotelu pytany o zwycięzcę nieporadnie odpowiada: „ A kto to jest”?! Knudsen piąty, natomiast polski jedynak Ryszard Dołomisiewicz plasuje się z Gundersenem z 6 punktami, choć miało być lepiej, bo bydgoska Polonia ze swoimi mundurowymi zrobiła wszystko a nawet więcej. „ Dołek” w takiej konstelacji gwiazd nie dał rady. Nie ten napęd. A co robi zwycięzca? Hans Nielsen ułożony już z Suzanne na cześć zwycięstwa w Chorzowie, funduje sobie na  angielskiej farmie konia i nazywa go „ Śląski”. Ładny czarny koń nazwany niecodziennie. 

W 1987 roku mamy pierwszy i ostatni dwudniowy finał na olimpijskim stadionie w Amsterdamie, sędziuje torunianin Roman Cheładze. Miasto rzadkiej urody dodaje splendoru imprezie, jest więc zabawa i jest sport. Epoka duńskiego panowania trwa, Hans nr 1, nr 2 Erik, nr 3 Sam Ermolenko. Roman Jankowski ma 8 punktów, tylko za drugi dzień, gdyż w pierwszym tylko zero.

W 1988 roku Olsen dopina wszystko jak chce i wygrywa Erik, drugi jest Hans, trzeci Jan Osvald. Hegemonia „Hamletów”. Stadion w Vojens zarabia, ale Olsen nie dopiął wszystkiego, bo wybucha sprawa niejasności z biletami i Ole rozstaje się ze swoim wspólnikiem Aage Sondergaardem, który zarządza potem muzeum blisko Haderslev.

LATA KARIERY Nielsena wymieniem nie po kolei, tak mi się jakoś układa. Kiedy jestem w Goeteborgu w 1984 roku, na betonie Ullevi  po bezbarwnym finale, bez żadnej walki wygrywa Gundersen, za nim jest Hans. Trzeci, trzeci taki Amerykanin Lance King. Biały kołnierzyk z Nevady. Już wtedy rodził się konflikt Olsena i jego” kolibrów” z Hansem. Byłem świadkiem postponowania Nielsena przez Ole. Wyraźna niechęć, lekceważenie.

Za rok w 1985 roku w angielskim Bradford, na torze czerwonym i łukach wyniesionych jak w beczce, triumfuje po barażu Erik, za nim Hans, trzeci jest Ermolenko. Na podium dwaj Duńczycy stoją do siebie plecami, to historycznie antagonistyczny wizerunek, także i przykre odniesienie do późniejszego tragicznego wypadku na tym torze w finale drużynowych mistrzostw świata, gdzie mały Gundersen po starcie wylatuje do góry, pada na tor i w klinice lekarze walczą  przez kilkanaście dni o jego życie. Trwa cisza żużlowego świata a żona Hella waruje przy nim niczym niezmordowana samarytanka. Stał się cud ale Erik już nie wrócił czynnie do jazdy, przykry wypadek w 1989 roku spłatał Duńczykowi z Esbjergu życiowy, fatalny los. Pisze książkę  „Moje dwa życia”. „My two lives”, ilu zawodników z żużla może pisać takie przeżycia…

Wracam do Nielsena. Porządkuje swoje sprawy sportowe i życiowe. Polska liga daje mu profit pozwalający na komfort. Nieba mu przychylił Motor Lublin a potem dopieściła pilska Polonia. Wygrywa pierwszy serial Grand Prix, zostaje po raz czwarty mistrzem świata. Lecą lata jak kartki w kalendarzu,  Hans ma szczęście w tym sportowym życiu, ogólne też dopisuje, kończy karierę w chwale i sławie. Polski prezydent Aleksander Kwaśniewski nadaje mu Krzyż Kawalerski, rodacy Hansa są zdziwieni, bohater nieco zażenowany. Gdyby żył Jan Matejko namalowałby może… hołd duński z pilskim pejzażem.


Maestro odjeżdża ze speedway’a w swoje interesy na Półwyspie Jutlandzkim. Odreagowuje od żużla i cieszy się czasem rodzinnym. Rzadki przypadek, jednak nie odosobniony. Lata pięknej kariery, bycie w ciągłej podróży zamieniają się w inny byt, rzeczywistość mocno osadzoną w rodzinnych realiach. I bez tułaczki, i bez tłumów. Duński landszaft warto mieć.

JAKI był Hans?

Nienagannym jak wspomniałem sportowcem,  bez nałogów, regularnym akwizytorem punktów, solidnym pracownikiem klubowym, zdobywcą fury medali mistrzostw świata i trofeów najrozmaitszych, dysponentem sprzętu rzadko zawodzącym mistrza, technicznym i myślącym żużlowcem, bez patrzenia na zegarek rozumiejącym potrzeby mediów. Spokojnym na pozór Skandynawem poza torem, lecz kiedy „wyskakiwał” spod taśmy z nie duńskim temperamentem a raczej  południowo – amerykańskim, nie lubił przegrywać a nawet gdy tak było, to błyskawicznie zamieniał się w upartego wojownika przez cztery okrążenia, choć nie za cenę życia. Mierzył zawsze w prestiżowe zdobycze. Na każdym torze i w każdych warunkach meteo. WYGRAĆ wyścig ligowy z Hansem było wielką rzeczą, nie odpuszczał ale i przegrywał w polskiej lidze z zawodnikami o których w większości już dziś cicho. WYGRAĆ z Hansem było marzeniem niczym kolacja ze śniadaniem ze znaną aktorką, jednak te marzenia się spełniały i było fajnie jak w filmie „Pretty woman”. Hans był marką bez wątpienia emanującą zaufaniem. Odszedł z torów na sportową emeryturę w pełni sił i chwały, co jest sztuką i również wielką sztuką zdrowo dyskontować tak bogatą karierę. Z kuflem szczęśliwości dojechał na pięćdziesięciolecie! Mistrz z trzema „s”, bo skuteczny, stylowy i stateczny dziś…

maindane

Hans Nielsen swoisty Terminator, aktor scen żużlowych niezapomnianych, dramatycznych i bezkonkurencyjnych, jakże często wybitnych i w sumie szczęśliwych ról od Brovst przez Oxford po Lublin i Piłę, wymieniając w depeszowym skrócie. Duńczycy mówią zwykle „mange tak”, dziękuję bardzo. Ach Hans, milion razy mange tak. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s