Był i jest taki Plech

Czy to pech? Ha, ha, ha… Fonetycznie wspak Plech, to „help”, czyli pomoc… Ha, ha, ha…

zple

O Edwardzie Jancarzu popełniłem tekst, jako gościu z żużlowych aren, który nie był anielskim zawodnikiem ale zawojował świat. Tak, zawojował i taka jest moja  skromna wersja zdarzeń. A kto jeszcze? A właśnie Zenon Plech, także gorzowianin, który jednak nie pozostał na rodzinnym gruncie, lecz pod pretekstem studiów na Uniwersytecie Gdańskim i oczywiście startów w Wybrzeżu wyemigrował nad Bałtyk i tam już pozostał. Tam łowi ryby do dziś. I oddycha morskim powietrzem. Tak chciał, tak ma. Zawsze tak z nim było.

Ostatni epizod  kariery Zenka to awans w 2008 roku z Polonią Bydgoszcz do Ekstraligi, w roli trenera, no może raczej coacha. O Plechu można pisać różnie, ale należy przede wszystkim podkreślać jego duszę wojownika, charakter zawodnika, któremu nie straszne kontuzje a celem nadrzędnym jest jazda i wynik. Zeno Super Star. Nie będzie statystyk ani chronologicznych zapisów kariery rok po roku, nie przepadam za takimi tekstami, chciałbym oddać, może mi się uda, jaki ten Plech jest, tak na serio i z przymrużeniem oka. Wicemistrz świata, kawalarz, trener, komentator telewizyjny, nie obciachowy gość, luzak, mąż i tata. Jaki jest ten Plech? Pokutuje od lat takie powiedzenie, że lepiej z mądrym stracić aniżeli zyskać z głupim.
Wolę zatem stracić. Zaczynamy.

1973 rok. W Chorzowie na Stadionie Śląskim indywidualny finał mistrzostw świata. Wielki szpan, speedway na takim stadionie, śląskie władze chcą mieć swoje Wembley. Nie ma miejsc, prawie 100 tysięcy na obiekcie a może ciut więcej. Z polskiej strony silny skład: Edward Jancarz, Paweł Waloszek, Jan Mucha, Zenon Plech wielka nadzieja młodości, no i niewiadoma w postaci Jerzego Szczakiela. W rezerwie Andrzej Wyglenda. Rybniczanin Wyglenda z opolaninem Szczakielem w 1971 roku na rybnickim stadionie zdobyli z kompletem punktów mistrzostwo świata par. Katowice żyją imprezą, ba cały region, wszystko podporządkowane imprezie, w TVP komentuje redaktor Jan Ciszewski. Dyrektor stadionu Tadeusz Ślusarek, postać nienaganna sportowo ma wszystko organizacyjnie przygotowane na ażur. Nawet pogodę. Goście zagraniczni nie mogą uwierzyć w taki tłum widzów, ale zakłady pracy Śląska i Zagłębia nie zawiodły. Jest dobrze, będzie medal.

I są  i to dwa, złoty po barażu ze słynnym Nowozelandczykiem Ivanem Maugerem zdobywa szybko w tym dniu Jerzy Szczakiel, trzeci jest 20 – letni Zenon Plech, wschodząca gwiazda polskiego speedway’a, przypominający raczej kolarza po morderczym wieloetapowym wyścigu, niż żużlowca. W katowickim studio TV po zawodach  wszyscy biadolą dlaczego nie wygrał Jancarz, a jak już to Plech, natomiast niechciane jakby dziecko Szczakiel jest w pełni  zaskoczenia złotym medalistą. I to do dziś. Tyle lat samotnik jako Polak.

z4565884n

W 1976 roku  znów w finale IMS na Stadionie Śląskim Zenon Plech jest piąty tuż za Maugerem. Wygrywa w kapitalnym stylu Anglik Peter Collins jeżdżący z nogą do tyłu, wyłożony jak zając na motocyklu. Plech bywał już w innych finałach i na różnych stadionach, przejechał się na kultowych stadionach Ullevi w Goeteborgu i na Wembley w Londynie. Nie wychodziło. Jak w Norden. Bywało z nim różnie. Najczęściej  z Edkiem Jancarzem uczestniczył w MŚ par. Stawali na podium, uzupełniali się zgrabnie.
Pamiętam ten finał solowy, znów w Chorzowie. W Katowicach, w hotelu o tej samej nazwie robię wywiad ze słynnym szwedzkim żużlowcem, który wtedy był rezerwowym Andersem Michankiem. Ten mówi wprost, Plech będzie mistrzem świata jeśli się nie zabije. Ostro, prawdziwie, dystyngowany Szwed komentuje jazdy Polaka, który fruwa po torach, wjeżdża tam, gdzie inni nie mają odwagi się zbliżyć. Ma szczęście, a ono podobno sprzyja lepszym. W parkingu przyglądam się Plechowi, wyjątkowo skupiony, przygotowane motocykle, wszystko lśni. Mówi „ jutro będę mistrzem świata”. Rozdaje autografy i efektowne naklejki, znaczki, koszulki, czapki wyprodukowane w Anglii, bo tam startuje na co dzień. Uwierzyć wtedy Plechowi było trudno, bo fakt, że jeździł jak wariat ale przy tym był jeszcze trzpiotem jakich mało. Kawalarz przyjemny dla każdego. Romanowi Jankowskiemu kazał kiedyś zatkać dziurawy bak auta gumą do żucia. Z Romkiem miał niebezpieczny incydent w finale indywidualnych mistrzostw Polski w Gdańsku, po którym życie Romka zawisło na włosku. O tym może kiedy indziej. Jesteśmy jednak na „śląskim stutysięczniku”, 30 lat temu… No i co mamy w niedzielę? Mamy srebrny medal! W wyścigu z Maugerem  Plech spojrzał raz w stronę lewą, potem w prawo a taśma poszła w górę i nowozelandzki lis już był kilka metrów przed nim, a dogonić na tym stadionie było ciężko, oj bardzo ciężko. O jeden ruch głowy za dużo i nie mamy takiego podium jakie zapowiadał Zeno. Jest „tylko” wicemistrzem świata. Mamy jednak bal, potem odjazd do Hackney i atmosferę cudownych wieczorów angielskich. Mecze na wyspie mają urok dyskotekowo – barowy.

PLECH, zawodnik z kufrem medali z różnych imprez światowych, europejskich i rodzimych. Jednego nie ma, tego srebrnego z mistrzostw świata par/ z Jancarzem/ z Krska w 1980 roku, bo mi wtedy niespodziewanie podarował. Ma na koncie kilka solowych mistrzostw Polski, tylko Tomasz Gollob go przebił, turniejowe „ kaski” i memoriały. Po prostu nadbagaż. Kariera bogata, malownicza, uznana w Polsce i na świecie. Koleżeński, podziwiany. 

Uwielbiał i chyba nadal tak jest Anglię. Tam miał fanów, którzy kochali go za polską fantazję, za towarzyskość bez granic. Czasem było jej w nadmiarze, nie panował nad sytuacjami ze stratami dla siebie. W Hackney Len Silver promotor głaskał go po głowie. Plech potrafił być filuterny i zasadniczy. Drapieżny na torze. Zmieniał się z biegiem lat, nie raz prosiło się by dać mu klapsa, nawalał w finałach przez młodzieńczą niefrasobliwość. Nie bardzo wierzyłem w małżeństwo, kiedy zakochał się w młodej dziewczynie z Grudziądza. Przeminęło z wiatrem, choć wszystko było tak na serio przez jakiś czas.

Vojens. Brązowy medal mistrzostw świata par w jaskini Ole Olsena. Ole startował z Hansem Nielsenem, Plech z Jancarzem. Przekładane zawody ze względu na fatalną pogodę. Zenek przyjaźni się z Ole do dziś. Czasami robił na jego prośbę tory na polskie edycje Grand Prix.

Plech gdy opuszczał rodzinny Gorzów była medialna i pezetmotowska zawierucha rzadkiej urody, tłumaczył transfer potrzebą studiów i lepszym powietrzem, wylądował wreszcie w Wybrzeżu. Jod był do łykania. Ryby brały lepiej niż w Warcie. Gorzej ze studiami.

Wracał kiedyś z Anglii Mercedesem via Dover – Ostenda i zmęczony podróżą zasnął nad kierownicą, miał szczęście znaleziono go w kaszubskim rowie żywego.

Potrafił ukończyć turniej z kontuzja nogi, po zdjęciu buta wylewał  szklankę krwi. Nigdy nie był mięczakiem. Taki niepozorny a taki twardy jak dąb. Odważny piekielnie. Poza torem już nie ten, ale speedway miał w żyłach i sport zakręcony na fest.

W czeskich Slanach dla draki schował kierownikowi ekipy teczkę z paszportami i funtami, bo jechali dalej na tournee do Anglii.- Musi pan kierowniku bardziej pilnować majątku, powiedział. Innych drak nie wspominam, bo niecenzuralne i wiąże mnie obligo towarzyskie na takie momenty. Bywało wesoło, ale nie goło.

Towarzyski, toteż wielbili go w lidze angielskiej wszyscy. Umiał pogadać, wypić piwo i uszczypnąć dziewczynę gdzie trzeba. Zenon Plech, marka żużlowego ułana. 

Czy dziś są tacy?  Otóż nie. Plech jest jeden.

Lubi ubrać dobry ciuch, zawsze tak było. Pogawędzić. Nie dospać, potem nadrobić. Komentował w TV i komentuje, bo zna się na rzeczy. Był trenerem w Atlasie Wrocław i ostatnio w Polonii Bydgoszcz. Dwa duże kluby. Szanuje czas i siebie, nie da się zapędzić w kozi róg przez byle jakiego nuworysza. Majątku wielkiego nie zdobył, bo czasy były takie a nie inne. Ma rodzinę, dzieci i to jest ten majątek nie do podważenia. Szczenięce lata w Gorzowie i dorastanie w Gdańsku. Trójmiasto hartuje, ćwiczy każdego. Byliśmy kiedyś razem u Lecha Wałęsy na Polanki, kiedy jeszcze nie był prezydentem. A Lech Wałęsa wie co to speedway i wyścigi. I wie, że Plech to znaczy żużel forever.

Urodził się w 1953 roku 1 stycznia. Ile ma dziś lat łatwo zliczyć. Startował w Europie wszędzie, ponadto w Australii, Nowej Zelandii i USA.

2zenon_plech_130

W 1973 roku wjechał na podium mistrzostw świata niespodziewanie  w wieku lat 20, tułał się po stadionach i kręcił kółka ile wlezie. Zapomina o tym kiedy łowi ryby, Plech potrafi wyłączyć się z amoku żużlowego. Nie każdy potrafi, a on tak. Kawalarz z urodzenia, oj przepraszam żużlowiec z urodzenia i fantazją niczym polski kawalerzysta w bitewnych szarżach na frontach, gdzie nie liczy się ofiar a jedynie zwycięstwo i orzełek biały jak śnieg. Wcale nie przesadzam i dmucham w trąbę, Zenon Plech jest postacią jakich mało w tym żużlu bywało i jakich jest. Nie piszę peanu na jego cześć, staram się tylko przybliżyć sylwetkę gościa, który  w tym czarnym sporcie, w trudnych latach odegrał rolę niebagatelną. Był guru przez wiele lat. Gdyby stworzyć żużlową biblię, miałby tam swoje rozdziały. Ale święty to on nigdy nie był. Stop. Już ciszej…

No to koniec na dziś, a zatem finał tekstu. Idę obejrzeć film z dawnych lat, takie żużlowe lawendowe wzgórza, w roli głównej przyjaciel Plecha Amerykanin aktor, żużlowy stylista Bruce Penhall. Po czymś takim nie można zasnąć. Szaleńcza jazda jest piękna, porywająca i bezgranicznie uwodząca przez lata. Jak na przykład słynna modelka Kate Moss kiedy lansuje obojętnie co, bo i tak wygląda nieprzemijająco. 

Reklamy

One Comment Add yours

  1. tomzel pisze:

    Trenerem Wybrzeża też był przez jakiś czas jak mnie pamięć nie myli. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s