Popularność na centymetry i kilometry

Elitarna w uprawianiu i gigantyczna w oglądalności. Dama sportu nazywa się F – 1. Doczekaliśmy się asa w wyścigach samochodowych, który terminował jako brzdąc w kartingowych gonitwach. As nazywa się Robert Kubica, wprawdzie „ cudem” nie zdobył  medalu mistrzostw świata, ale wygrał  plebiscyt na najpopularniejszego polskiego sportowca organizowany po raz 74 przez Przegląd Sportowy. Można rzec, tak wybrał naród i kropka. Ale czy do widzenia? Lobby olimpijczyków zaczęło kręcić nosami; drugi był gimnastyk Leszek Blanik, trzeci niekonwencjonalny Tomasz Majewski, kulomiot z charyzmą.
Na jednej szali zostawiono medalistów z letnich igrzysk w Pekinie, na drugiej niezwykle popularny acz wysublimowany sport, jakim jest szaleńcza jazda w bolidach F1. I jak tu dogodzić wszystkim?

Przez długi czas miałem w jednej ze sportowych redakcji problem z obroną żużla w stosownym wymiarze. Popularność tego sportu ogromna, ale lobby opozycyjne działało skutecznie wykorzystując karambole jako tezę, iż to sport brutalny, chodzą na niego chamy i chamki. Tylko co zrobić z dziećmi, które bezpiecznie jak w żadnym innym sporcie oglądają wyścigi na trybunach? Sporty motorowe mają sporo przeciwników, choć dziś większość społeczeństwa nie wyobraża sobie codzienności bez aut. Ile trzeba było czasu by speedway zaistniał we właściwych proporcjach w mediach elektronicznych. Kilkadziesiąt lat. Nawet błyskotliwe sukcesy Tomasza Golloba już na początku kariery nie były w stanie realnie ocenić atrakcyjności żużla w polskiej sieci telewizyjnej. Korupcyjny futbol nie podlegał dyskusji. I tak mijały lata. Nie było promotorów żużla, a czy są dziś? Owszem tak. Plebiscyty na najpopularniejszych sportowców czy osobowości naszego życia rządzą się wyjątkowymi prawami wyborców. Blanik nie przeskoczy Kubicy, ani Majewski nie wypchnie bodaj najlepszego, jak oceniają fachowcy, kierowcy wyścigowego świata. Robert wygrał i basta. Jak zmierzyć popularność? Tylko takimi sondami? Jednemu wydaje się, że jest szalenie popularny, choć ten aplauz jest chwilowy i szybko mija po sukcesie, choćby był olimpijski.

Wszystko zależy od dyscypliny sportu, jej nośności i szachy nie przebiją żużla. Trudno. W sportowej rodzinie nie dziwię się zazdrości i poczuciu zawodu, gdyż wiem ile trzeba spędzić czasu w wodzie na basenie, ile przebiec kilometrów czy trenować w łódkach aby wskoczyć na podium igrzysk raz na cztery lata. A tu nagle Robert mknie do mety i po 52 okrążeniach jest na ustach całego świata. Zazdrość sportową trzeba zagoić, przeboleć, choć dla ambitnych nie jest to łatwa sztuka. Żużel. 25 tysięcy ludzi na stadionie w amoku. Publiczność bezpieczna, rodzinna, nie taka jak na piłkarskich stadionach gdzie rynsztok słowny jest cuchnący. Ludzie garną w Polsce na stadiony od zarania tej dyscypliny i to jest fenomen na skalę światową. O ile garstka  kibiców ogląda lekkoatletyczne zmagania, to mecz żużlowy w Polsce z górnej półki wywołuje ekstazę środowiska. Wie o tym proboszcz i piekarz, taksówkarz i prezes spółdzielni „ Ściek”. Wszyscy ludzie dobrej żużlowej woli. Mama Oli i tata Wojtka, szwagier Marka i zięć Janka. I jeśli jeden jest popularny na centymetry, to drugi sportowiec na kilometry. Decyduje walor sportu. Jego kreacja także przez TV, choć speedway w Polsce wyniósł się na ołtarze bez pomocy TV. Telewizje wzięły ten sport po latach negacji jako gotowy produkt. Wylansowany samoistnie przez atrakcyjność.

Kiedy ongiś jako reporter pojechałem na Monzę, na wyścigi F- 1,a  było to w roku 1977 przebicie się na łamy było trudne i zawistne. Podobnie, jak w przypadku żużla mówiło się o zawodowych sportach, które powinny być w niższej kategorii, niż futbol i olimpijskie sporty. Na popularność nie ma jednak rady i barometr publiczności jest nieubłagany. Kibice wybierają jak chcą. Manipulacje bywają zdradliwe i podejrzane z urodzenia. Robert Kubica jest gościem z klasą, trofeum zdobyte w plebiscycie „PS” przekazał na licytację Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Znowu słyszałem dziwne głosy, iż jego stać. Ano stać. Popularność Tomasza Golloba przebiła znanych piłkarzy. Ani jeden z reprezentacji nie znalazł się w dziesiątce. Futbol ma swoich zwolenników ale kibice realnie potrafią wybrać, ocenić. Po prostu są sumieniem środowiska.

Kiedyś dzięki Andrzejowi Grubbie tenis stołowy wjechał na szczyt plebiscytu „PS”. Dzięki Tomaszowi Gollobowi mamy speedway w gronie elity, gdzie nawet nie ma słynnych bokserów. Jerzy Kulej ubolewa z tego powodu. Ale słynny bokser, olimpijczyk i medalista, sprawny komentator telewizyjny nie namówi np. ludzi Beskidów do głosowania. Polacy lubią też być przekorni i kiedy ich ktoś namawia do czegoś, lubią postawić na swoim niekoniecznie słusznym. O sławie decyduje fundament sportu, sukcesy zawodnika ale także jego charyzmatyka. Trzeba zapracować na powodzenie, umiejętnie poruszać się w kręgach medialnych, nie odstraszać, przyciągać, mieć coś ciekawego do powiedzenia. Samo życie na arenie i poza nią, wszędzie, w samolocie i na przystanku kolejowym. Skromność i łatwość w obcowaniu. Taki zwykły ludzki sznyt. Słyszę, że trzeba odróżniać plebiscyty na najpopularniejszego i najlepszego. Zgoda. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, iż może być dublet i dubeltowe niezadowolenie. Malkontenci twierdzą, że najlepszego powinni wybierać eksperci. W kasynie? Wybierać wcześniej czy później, niż najpopularniejszego?! Ot dylematy.

Harowanie przez cztery lata na złoty medal olimpijski jest na pewno pomnikowym sukcesem. Chylę czoła, ale również chylę czoła przed karkołomną walką na torach F – 1, gdzie w ułamku sekundy można uderzyć przy szybkości ponad 250 km na godzinę i świat przed ekranami TV oraz na trybunach Montrealu milknie widząc białe buty wyzierające z bolida a panująca cisza kołacze serca milionów ludzi od  Montrealu po Singapur. Speedway. Medale i wyścigi zapierające dech w piersiach. I nagle jeden karambol, niewinny jak dziewicza panienka zabiera zawodnika na zawsze albo na długie leczenie, po którym zamiast na motocyklu jeździ się na inwalidzkim wózku. Tę stronę sportu także trzeba wziąć pod uwagę w jego ocenie, bo popularność to czasami i ogromne ryzyko. Chodziarz najwyżej się potknie, nikt nie utopi się w olimpijskim basenie, można nie przeskoczyć albo dobiec do mety, zdarza się zgubić pałeczkę w sztafecie lub dostać za bardzo po twarzy na ringu.

Ocena trudu, wartości medalu, miara walki i ryzyka są  piekielnie ciężkie do wyważenia. Tajemnica popularności bywa czasami oczywista, a czasami nieodgadniona. I to jest piękna tajemnica. 

Reklamy

2 Comments Add yours

  1. wiola pisze:

    bardzo ładny blog i profesjonalne posty …:)

  2. Sławek pisze:

    Z całym szacunkiem ale to był plebiscyt właśnie na najlepszego sportowca, a nie na najpopularniejszego, dlatego nie dziwię się reakcji olimpijczyków i się z nimi zgadzam. Gdyby to był plebiscyt popularności nie byłoby zapewne tego „kręcenia nosami”. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s