Indie jak bajka

Kiedy ląduje sie w Indiach na lotnisku New Delhi, w marcu, kiedy u nas przedwiośnie, tam w Indiach pachnie kwiatami i ziemią. Tak, ziemią, to niespotykany zapach ale tak jest. Taxi czekają, wybieram czekanie na autobus nie wiedząc co mnie spotka. Ścisk, otwarte okna, bagaże na dachu, bagaże na kolanach i jazda szybka jak na takie obciążenie autobusu, który skrzypi, wygina się na zakrętach. Jestem w New Delhi.

Mijamy wysypiska śmieci, slumsy przypominające więzienia, gdzie w oknach tych ruder można zobaczyć wynędzniałych Hindusów. Dalej pachnie jednak kwiatami. Szok. Jazda trwa, bagaże przewalają się na dachu, na kolanach. Kiedy autobus się zatrzymuje, nikt nie wysiada ale na doczepkę wskakują ludzie i jadą na stopniach autobusu. Wreszcie meta. Hotel Ashoka, przepastny jak dwa warszawskie Pałace Kultury i Sztuki. Architektura sięga nieba, drzewa obsypane różowymi kwiatami wysokości polskich dwóch topoli. Na dole w bramie zgarbiony Hindus gra na jakiejś fujarce  w czapce obok ma węża. Hotelowi boye wystrojeni jak na bal. Codziennie byłem na Old Delhi, w starej części miasta, pierwszy raz wziąłem rykszę rowerową, ale kiedy zobaczyłem młodego Hindusa ważącego może 40 kg, już nie robiłem tego tylko korzystałem z rykszy motocyklowych. Oni tam w środku kierownicy chowają rupie. Jak uzbierają nadmiar, zawożą do domu i oddają żonom.

Na Old Delhi jest Red Fort brytyjskie wspomnienie. Na Old Delhi jest wszystko. Tam się rodzisz, tam na ulicy jest życie przez 24 godziny. Tam się byle gdzie ogolisz, na ulicy naprawisz rower, napijesz herbaty, tam ci wyczyszczą czy chcesz czy nie chcesz buty, bo „sir please only five rupies” i niepostrzeżenie pstryknie ci na czarne buty białą pastę… Dajesz. Idziesz. Red Fort z czerwoną cegłą zostaje w tyle, po drodze tłum ludzi w dzień i w nocy, pachnie kadzidełkami, drzewem sandałowym, które jeśli pocierasz pachnie bardziej. Rowerzyści wszędzie, gdyż rower to majątek, motocykl jeszcze większy. Pudło kartonowe to może być materac do wyspania się na ulicy, a wysuszone gówienko opał na byle co. Na skrzyżowaniach w miskach z wodą młodzi chłopcy podają kokos w kawałkach otoczony barwnie kwiatkami nagietków. Klaksony i ruch niemiłosierny. Rezydencje ambasadorów, białe mury i zieleń drzew. Gdzieś niknie woń dobrej whisky, bo Brytyjczycy spłukiwali zarazki, spłukują nadal w taki sposób. Piję australijskie piwo z butelki zakorkowanej jak wino. Słabe.

Jestem w ogrodach pałacu prezydenckiego, trzy kontrole, ładnie, herbatka, ciasteczka kruche i słodkie. Owoce. Ten wszędobylski w kawałkach kokos. Trzeba mieć zęby. Widzę kolorowe misterne turbany i sari. Lubię te ubiory. I lubię ten kult Europejczyka w Indiach, kiedy mówią tylko sir please…
Main Bazar. Szok, masz whisky, po polsku… Musisz się targować, nie ma rady, obrazisz. Sterty materiałów, koszul, spodni, jedwab i bawełna, „sir please pure cotton i pure silk”… Jestem zmęczony natręctwem. Rozumiem ich biznes.

Jestem w małym sklepiku, wszystko tam jak na bazarze, kupuję najlepszą herbatę i małpka siada mi na ramieniu. Strząsam, jestem pod wrażeniem egzotyki naturalnego zoo. Red Fort, Old Delhi. New Delhi. Pałac Sportowy im. Indiry Ghandi. Tam przeżyłem mistrzostwa świata w tenisie stołowym z Andrzejem Grubbą i Leszkiem Kucharskim na czele. Indie dobrze przyjęły świat. Siedzę z kolegą w kolonialnej restauracji hotelu Ashoka, pijemy piwo znów australijskie i masuję obolałe kolano, dwóch kelnerów podbiega i zaczynają mi pomagać, odpuszczam, płacę napiwek, kłaniają się do ziemi, zapalam cygaro, podają ogień. Sir please, słyszę zawsze i wszędzie.

Na lotnisku oddaję ostatnie niewymienialne rupie. Lecę do Warszawy via Moskwa, w Indiach było plus 24 stopnie C, w  Moskwie jest tyle samo ale minus. Już nie pachnie drzewem sandałowym, jacyś Rosjanie pytają mnie o kamienie z Indii. Nie mam, lecz mam nie do zatracenia wspomnienia z Old Delhi i zapach ziemi, kwiatów, urodę Hindusek i Hindusów oraz malownicze obrazy Indii, brytyjski kult i  magiczne uniżone sir, które mnie trochę peszyło i wcale nie dawało kolonialnej pychy. W Indiach można poznać wartość i nicość człowieka oraz niebywałe piękno tej części świata. Yes, sir… albo raczej sorry sir.  

WSZYSTKIM, KTÓRZY CHCĄ POCZUĆ SMAK INDII POLECAM FILM WESA ANDERSONA – The Darjeeling Limited (Pociąg do Darjeeling). 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s