Artyści scen żużlowych

Dziś czy wczoraj? Przedwczoraj? Co nam zostało z tamtych lat? Wirtuozi, „tancerze,” eleganccy i karkołomni, zdobywcy serc, uwielbiani, wspominani. Dawniej i dzisiaj; przypomnijmy album pamięci. Album gwiazd, asów, oryginalnych postaci. START!
 
Nie ulega wątpliwości, że pragmatycznym kolekcjonerem zwycięstw był pięciokrotny mistrz świata Ove Fundin. Wysoki, skuteczny, wygrywał i konsumował te sukcesy na swój sposób. Takie były czasy, szalały za Szwedem nie tylko polskie fanki. Artysta? Hm, skuteczny! Zdobywca serc niewieścich i medali MŚ. Teraz kocha wielkie motocykle i odloty na autostradach. Nadal atrakcyjny mężczyzna, prawda Kasiu? Sześciokrotny mistrz świata Nowozelandczyk Ivan Mauger miał chytre starty i dobrze przygotowany sprzęt, pierwszy, który tak zawodowo podszedł do spożytkowania zwycięstw, toteż pojawiły się na jego „skórze” reklamy poważnych firm, ot choćby alkoholowego Rickarda. Mauger ponadto mając rozliczne interesy dbał o swoje wydawnictwa. Artysta? Na pewno pierwszy w tym sporcie tak przedsiębiorczy. Z głową. Kiwi biznes. Inny nowozelandzki internacjonał, uhonorowany przez angielską królową tytułem M.B.E Barry Briggs zasłynął nie tylko z tego, że ma cztery tytuły mistrza świata, ale i z tego co potem robił. Chciał namówić Japończyków na produkcję silników.Za mała jednak ilość. Japończycy powiedzieli: „ Barry no”. Wymyślił deflektory, które łapią „ gruz” na torze i chronią oczy jadących zawodników. Jego syn Tony przerwał karierę, upowszechnił dmuchane bandy, które już nie jednego żużlowca uratowały od ciężkiego kalectwa. Drugi syn Gary, zasłynął  w świecie reklamy jako model i nie stronił od widzenia się z żużlem jak na rodzinę mamy June i taty Barry przystawało. Artyści? Oryginalni i przydatni. Dewiza: funty leżą na ulicy. Ile tych ulic, tyle szczęścia? Oj, nie. Amerykanie, bracia Moranowie byli na pewno widowiskowi i roztrzepani jak diabły, bawili się sportem dla uciechy widzów. Przejdą do historii żużla niemal tak, jak filmowi bracia Marx. Jeździli brawurowo, pili co chcieli, czasami coś tam zwąchali i kochali towarzystwo. Artyści w tym fachu? Pewnie! Cool! Jeździli i balowali. Wesoła ferajna. Dżokeje na konie. Pozostanę przy Jankesach. Bruce Penhall. A to ci prawdziwy artysta, aktor. Przystojniak, taki wczesny Robert Redford żużla. Ten miał fanki i fanów w nadmiarze, jak piasku Sahara. Szybko, inteligentnie opanował arkana sztuki żużlowej; uwielbiała go więc Wielka Brytania, wszędzie gdzie się pojawił i pokazał swój sportowy kunszt, i osobisty wdzięk reakcja widzów była jednakowa: uwielbienie i aplauz. Toteż kiedy po złotych medalach mistrzostw świata wciągnęła go machina Hollywood zrobiła się pustka, trwa niemal do dziś. Dopatruję się tylko w jego rodaku z Kalifornii Gregu Hancocku, może i w Billy Hamillu pewnych cech penhallowskich, ujmujące zachowanie i słoneczny uśmiech. Kindersztuba do naśladowania.

Artysta? O tak, wybitny aktor scen żużlowych ten BP. Grał w sitcomach, dziś już po pięćdziesiątce, „zew Hawajów’ zwraca uwagę kobiet i nauczył się po polsku całować je w rękę. Cmok Bruce. I ten nalot Hollywood. Między Redfordem a Bradem Pittem.


Jeszcze nadal USA. Sam Ermolenko. Połamaniec jak rzadko, który w  sportowym świecie. Teraz komentator telewizyjny w Wielkiej Brytanii. Ermolenko, podobnie jak Moranowie szurał nogami w pędzie po torach, wygrywał widowiskowo i jeszcze bardziej artystycznie katapultował. Wychodził z tych opresji jak anioł. Kiedy tak ermolenowsko zachowuje się na torze Duńczyk Nicki Pedersen rośnie wrzawa niechętnych mu recenzentów a przecież speedway to nie szachy ani golf. Artysta ten Sam? 100 procentowy. Sam z korzeniami ukraińsko – żydowskimi. Nie wiem czy lubi czulent. A może gęsie pipki? Ermolenko luzak kalifornijski. Sam talk show.

Z USA lećmy do Danii. Erik Gundersen. Nieporadnie chodzący filigranowy chłopak z Esbjergu stał się rychło pod wodzą Ole Olsena gwiazdą. Jakby spasowany do motocykla, taki tester GM – ów udanie śmigający do mety. Miał dar i serce do walki, przyczepiony do motocykla jak maskotka wcale taką maskotka nie był, tylko maszyną do wygrywania aż zdarzył się fatalny wypadek w angielskim Bradford. Świat wtedy zamilkł w bólu aż do chwili, kiedy Erik wreszcie obudził się i spojrzał w klinice na swoją Hellę. Odetchnęliśmy i my choć Gundersen nie wrócił już do jazdy, acz do żużla tak. Pękło mu szczęście, wylała zatoka łez.

Artysta? Legenda, którą okaleczył los. Erik to era małych Duńczyków ze złotem we włosach.
No i Hans Nielsen. Rywalizował ostro z Erikiem, z Janem Osvaldem Pedersenem i Tommy Knudsenem. Lubił wygrywać starty i uwielbiał krawężniki, zwłaszcza mocno wybielone wapnem aż się kurzyło. Ale jak trzeba zapędził się i pod bandę gdzie wywoził rywali by samemu być pierwszym. Król polskiej ligi. Oszczędny w słowach. Kiedy kończył karierę żużlowa Polska sprawiła mu cesarskie pożegnanie, furę prezentów i odznaczenie prezydenckie. Aż się Duńczycy dziwili i dziwią chyba do dziś. Artysta Hans? Jak Kloss. Najlepsze kasztany są w miasteczku Brovst. Rozumiecie chyba ten szyfr.
Niemiec Egon Mueller był swoistym aktorem na torach. Wprowadził jaskrawe reklamowo kombinezony, błyskawicznie nauczył się jazdy w lewo. Lubił odlotowe auta i pędził po Europie Porsche jak szalony, aż zaliczył pod Hamburgiem karambol, w którym Opatrzność podała mu przyjazną rękę i oświadczyła w klinice:„ Egon jeszcze nie”. Nagrał płytkę, śpiewał piskliwie w niemieckich dyskotekach, jednak lepiej jeździł niż był art dla swoich fanów. Został mistrzem świata w Norden na niemieckim torze w spektakularny sposób, ale okoliczności zapomniano, zostały miłe fakty w rocznikach. Egon forever. Artysta? O tak, uwielbiał konferencje, pokazy, estradę i „show must go on”. Ja, ja. Gut. Do rekordu Maugera w ilości tytułów mistrza świata dojechał Szwed Tony Rickardsson. Podobnie jak nowozelandzki mistrz w zdobywaniu reklam i funtów na swoje konto, w czym był niewątpliwym protoplastą na taką skalę, Tony zbudował profesjonalny team na wzór F – 1 czy motocyklowych wyścigowców z każdej półki MŚ. Wielki bus czyli chałupa z sypialnią i warsztatem wszędzie budził zachwyt i zazdrość. Tony inwestował udanie w swoją przyszłość i szczęście mu dopisało. Był niezależnym i modelowym zawodowcem w branży. Wiedział jak rozmawiać z mediami, czego do dziś nie rozumieją niektórzy nasi zawodnicy udając bożków. Rickardsson  wiedział czego chce i chyba wie i teraz, kiedy wraca jako menedżer do szwedzkiej Motali. Współpracował z Polakami, zatrudniał ich a oni chwalili go za menedżerskie opanowanie w każdej sytuacji. Świetnie tańczy, nie śpiewa, ściga się  samochodami aż do karamboli swojego Porsche.Za wcześnie odszedł z żużla, by nie wrócić w innej wszak roli. Jak to dobrze! As znów w światowej rodzinie i myślę, że to on powinien rychło zająć miejsce Ole Olsena na stanowisku dyrektora serialu Grand Prix. Zasłużył, a Olsenowi  należy się szacunek za mega dorobek, lecz zmiana jest konieczna dla „ higieny” tego dyrektoriatu, pożegnania złych tradycji i wniesienia novum. Tak konieczność każe.

Tony zwany w Tarnowie popularnie „ Tośkiem” jest artystą w speedway’u i gdyby obdarzać kogoś Oscarem za całokształt miałby laur pewny. Szwedzki Harnaś znad Dunajca i Avesty.
A zatem artysta ten Tony? O tak. Skandynawski, chłodny, techniczny mózg. Przypomina mi się taka anegdota związana z Frankiem Sinatrą. Otóż zapytany dlaczego tak cicho śpiewa, amerykańska legenda piosenki powiedziała krótko:” Bo umiem”. Tony też umie. I to jak.

Co nam zostało kochani? Kogo przymierzać do artystycznego dzieła? To kwestia wyboru, uznania, bo jedni uwielbiali tych a drudzy tamtych. Ale niemal wszyscy jednak podziwiali tych samych i wracają do wspomnień, jak więzień do wolności. „No woman, no cry” śpiewa Bob Marley. Dziś mistrzem jest zawadiacki Duńczyk Nicki Pedersen, mający team na wzór Rickardssona. Jakby. W mniejszym wydaniu. Nicki, charakterny, butny na wirażu, hm, jest na pewno nietuzinkowy, dobrze nawiązujący do duńskiej tradycji Wielkich Magów z sagi Ole Olsena. A zatem artysta Nicki? Mistrz nieobliczalny z tendencją do ustatkowania się na torach. Czy to zagwarantuje mu następny tytuł, tego nie wie nikt. A on będzie chciał. Zapewniam nie od święta, gdyż Nickiego ciągnie w stronę rekordu Maugera i Rickardssona. Nicki jest grand. Rzadki przypadek żywiołu urodzonego na Półwyspie Jutlandzkim. Rwący potok bez tamy.

 


W tym konglomeracie gwiazd, asów, bohaterów opowieści przy piwie i w podróżach na imprezy nie może zabraknąć Tomasza Golloba, to oczywiste. Osobny rozdział, bogaty w wydarzenia. Mistrz bez złotego medalu indywidualnych MŚ. Nawiązał do polskiej tradycji żużlowych szarż po bandzie, choć kawalarzem nie jest takim jakim był Edward Jancarz czy jest Zenon Plech. Nie ma klonowania oryginalnych postaci. Tylko owieczki. Tomasz Gollob potrafi tyle ile połowa albo i więcej uczestników serialu Grand Prix. Wodzirej polonezo – żużla, choć mistrzowi wielkiej gry na miarę Las Vegas zawsze braknie czegoś, co podniesie jego prestiż. I dlatego trzyma nas ciągle przy nadziei na złoto. Mamy cierpliwość. Wypróbowaną. Jeszcze Polska nie zginęła… Artysta? W rytmie poloneza i kujawiaka a czasem i oberka. Kiedy zwycięski może rock? Dość soft. Jeszcze się taki nie urodził, co by Golloba zastąpił, choć wiarę trzeba mieć. I też liczymy na łaskawość sprawiedliwości dziejowej. Na skok po złoto, bo kasa już jest. No i fest. Oj, ale poszalałem. Patrzę na ilość znaków na moim Vaio i już muszę niestety kończyć, niestety… META. Taki jest ten speedway, ledwie start już meta.

Artyści scen żużlowych. Podziwiani i wspominani. Oglądani i krytykowani. Łzy wzruszeń dla jednych i sportowa zazdrość dla innych. Gwiazdy dawne i te niedawne. I dzisiejszy obraz żużlowej sceny; spokojniejszej, już bardzo a to bardzo dojrzałej, z nadzieją jednak na nowe oryginalne talenty, które nawiążą do historii i tamtych asów, którzy wjechali do kronik jako niepowtarzalni mistrzowie torów, sytuacji i czasów do miłego wspominania przy każdej okazji. Nie tylko przy okazji świąt, acz kiedy pachnie wigilijnym drzewkiem i mamy na karku nowy rok, to bywa, że nam się ckni i nawet twardziele stają się dziećmi. ONI. Gladiatorzy, hazardziści. ONI. Wykonawcy tysięcy kółek tylko w lewo. Obijani przez los, kaleczeni, haratani niemiłosiernie, zawadiaccy i spokojni, rozważni i tryskający adrenaliną na lewo i prawo. Jakże cudownie różni i niezapomniani w każdej odsłonie kariery. Bo umieli. Bo potrafią.

No cry, no. Hej kolęda, hej. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s