Ten kto daje i odbiera

Nie wiem czy tak będzie, ale prezesi Ekstraligi pogrozili palcem chyba sobie. Spotkali się na walniejszym posiedzeniu ekstraligowej spółki i zapowiedzieli opierając się na kryzysowych przesłankach, że może tak się stać, iż 2010 roku Ekstraliga nie wystartuje, bo nie będzie jej stać na spełnienie żądań zawodników przyzwyczajonych do eskalacji kontraktowych umów.


Od lat wielu, od czasu kiedy otworzył się rynek na zagranicznych zawodników zapanował swoisty wyścig prezesów w podbijaniu kontraktowych sum. Pamiętam jak dziś sytuację, kiedy dwa kluby wyrywały sobie Duńczyka Jana O. Pedersena; to był początek lat 90 – tych i wybujali prezesi zielonogórskiej drużyny oraz rybnickiego zespołu chcieli mieć u siebie mistrza świata, fenomenalnie jeżdżącego J.O. Pedersena. – Ja daję dziesięć tysięcy marek/ za punkt/ a ja 12000, i tak się finansowo maltretowali panowie Morawski z Niemyjskim. Jeden robił szmal w lesie na runie, drugi na węglu i TV. Jak to się skończyło przeżyliśmy niczym uciążliwą opryszczkę. Europa zainteresowała się polskim kapitałem w żużlu. Tam gdzie pieniądze, tam emocje. Zielonogórski Morawski chciał nawet urządzić rewanż za indywidualne mistrzostwa świata w Goeteborgu i dać zwycięzcy 100 tysięcy dolarów w nagrodę, co przypominam było kwotą zawrotną, i nowozelandzki baron żużlowego świata Barry Brigs zapytał mnie na ucho jaki biznes ma ten człowiek, kręcąc z niedowierzaniem głową. W Polsce trwały złote lata dla różnego biznesu, nawet papier na gazety z Uralu był tani jak barszcz ukraiński. Rewanżu w Zielonej Górze niestety nie było, a zakontraktowany tam w zespole Szwed Jimmy Nilsen zrobił życiową kasę. Na tyle istotną dla niego, że powoli odchodziła mu ochota na szarganie się ze szlaką. I odeszła aż na Florydę. Gdzie dziś waćpan Morawski a gdzie jegomość Niemyjski tego nie wiem do końca, ale z żużlem nie mają od dawna nic wspólnego.

Piszę o tym, bo te czasy stanowią cezurę eskalacji stawek wypłacanych zawodnikom według swoistego widzimisię prezesów. Jednym płacono krocie, drudzy nękali sekretariaty i księgowe pomieszczenia w sprawie wypłat. Nie ma wspomnianych prezesów na żużlowym rynku ale zwyczaje zostały, choć nie oni na Boga je zainicjowali. Pilnych kontynuatorów nie brakuje do dziś. Rosły budżety, zdobywano reklamowych sponsorów bez problemu, gdyż wypromować się w nazwie klubowej drużyny to nie takie duże pieniądze. Prowincjonalne firmy ujrzały światło dzienne w żużlowych tabelach, w przekazach medialnych. Prezesi obu stron zacierali ręce. O różnych umowach mówi się kuluarowo, nie transparentnie.

Czy w tym złotym czasie polskiej transformacji, uwłaszczeń za złotówkę wielkiego majątku myślano o inwestycjach w stadiony? Absolutnie nie, ładowano w zawodników, a oni jak zwykle od zarania w swoje dobra; autka duże i małe, sauny i baseniki przydomowe. Duńczyk Hans Nielsen niczym afrykański cysorz wożony był  niemal w lektyce. Oduczył się  na polskiej ziemi zażenowania wobec służalczości. Na jego niewątpliwy plus trzeba dodać z naciskiem 100 ton, że był wyjątkowo solidnym pracownikiem polskiej ligi. Pracuś i pewniak punktowy. Zaczął od Lublina, skończył w Pile. Jego pożegnanie było wielkości TIR – polskich kompleksów.


Po nim przyszli inni, zlecieli się „ hydraulicy” z całego świata żużlowego. Kto ich zatrudniał? Ci sami w większości, którzy dziś wobec światowego kryzysu finansowego zapowiadają  ewentualny stop Ekstralidze w 2010 roku. Pękają na wszelki wypadek. Nie wytrzymają. Czego? Presji lokalnych decydentów? Oczekiwań kibiców ? Nie stać ich będzie na wygórowane stawki, do których sami dopuścili? Policzyli dobrze, że konto nie wytrzyma, a ze sprzedaży biletów również nie dadzą rady. Słaba drużyna, kiepskie wyniki, puste trybuny robi się nieciekawie w kasie. Z pustego nie naleją w Gorzowie, Gdańsku, Tarnowie, Bydgoszczy, Częstochowie… A widmo degradacji wszelakiej może krążyć po klubowych gabinetach. Dopóki jest kasa, gra muzyka. Grają. Przypomina się kultowy film „Miś” i prezes z kiełbasą w ręce.
Wszystko ma swój kres. Eldorado nie może trwać wiecznie. Niektóre drużyny mają w swoich łonach zawodników zagranicznych ledwie opierzonych. Obłęd zagranicznych zatrudnień. Swoi do kąta. Szkoleniowcy z prezesowej łaski. Ważna głowa nie garnitur. Podrażnione ambicje prezesów, podsycone lokalnymi presjami różnych opcji politycznych  wygórowały rynek żużlowy. A teraz zjazd w dół?! Co zrobią zawodnicy? Poddadzą się? Dobry fachowiec pozostanie zawsze przy swojej cenie, ale ceny będą wreszcie korygowane. Tak? Nie wierzę, asekuracja jest potrzebna. Straszak i robimy swoje.

Sezon 2009 jest już prawie zafiksowany, pozostały niuanse. Perspektywa roku 2010 będzie krążyć przed oczyma, jestem pewny. W Anglii nie jest łatwo, pękają już w Szwecji, przeinwestowali, tam upadłości rozbijają się o 150 tysięcy na nasze złote, co budzi śmiech w Polsce. Chichot nie jest zdrowy.
Może rajcować i kusić niektórych rynek rosyjski, nieprzewidywalny jednak do końca. Wschód uwielbia futbol i jazdy na lodzie, choć nie wszędzie.

Polska nadal pozostaje głównym karmikiem dla światowego żużla. Nawet w wydaniu Grand Prix. Ale to musi mieć swój racjonalny wymiar drodzy panowie.

Wpływy z biletów są ważnym elementem budżetu. Od lat namawiam do kokietowania kibiców, do ulepszania stadionowych miejsc, do uatrakcyjniania meczów i turniejów. Na razie leci przysłowiowy „ kotlet raz”. Nic nowego. Sztampa. Ochroniarze rządzą stadionami, taka brutalna moda, gdzie „ klawisz” może z buta walnąć kibica w imię rzekomego porządku.

Zakręciło się dobrze i na całego. I teraz larmo, bo może nie „ styknąć”. Nie starczy dla fuszera menago, dla majstra, który nie przykręcił albo nie odkręcił oraz dla zawodników, którzy zamiast jednej czy dwóch lig trzymają się czterech. I nie dają rady w połowie sezonu. Flaczeją na drugim wirażu. Fuszerka za duże pieniądze, za kasę promotorów. Nieudany PR, spaprana reklama, kontrakty chyba prawniczych kancelarii nie oglądały.

Prezesi klubowi sami posiali kiedyś coś, co dziś ich straszy w papierach i perspektywa kryzysu, który jawi się niczym Yeti. Otóż pojawienie się hasła światowego kryzysu jest tylko dla nich  taką białą laską niewidomego. Gdyby nawet nie pojawiło się to widmo finansowej udręki, dotknęłaby ich głęboka recesja, na ich życzenie zrodzona, naiwnie poczęte rozdawnictwo reklamowych i kibiców z biletów pieniędzy. Kiedy nastąpi racjonalna normalność? Kiedy? Za dużo pytań i niewiadomych wokół klubowej kasy. Nie od dziś.
Życie jest umiejętnością przewidywania jak mówią biegli w kilku pismach. Inni natomiast zwyczajni i niezwyczajni twierdzą, że ten kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera.


Już odpuszczam. Idą święta, które bardzo kocham od urodzenia nie tylko za zapach igliwia i rodzinne serdeczności. Opowiem zatem w wigilię coś o artystach. Jakich?  Och to przecież tajemnica, lecz tylko do pierwszej gwiazdy na torze i niebie. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s