Dwa diamenty w koronie Bartosza

Spełnia swoje marzenia w radosnym stylu, jego niebieskie oczy są przepełnione fantazją ścigania się na każdym torze. Speedway cieszy Bartosza Zmarzlika, jak dziecko, które dostaje zabawkę. “Zabawki” są nienagannie dobrane. Dwa złote medale mistrza świata z rzędu; wszyscy podziwiają szczerze wirtuoza z Gorzowa. Jego styl jest brawurowy ale i pewny umiejętności. W ostatniej chwili potrafi powalczyć tak, że kevlary przeciwników mocniej fruwają. Talent plus konsekwencja w pracy codziennej. Nic nie bierze się z niczego, nie spada z nieba. Bartosz Zmarzlik lat 25, jak oświadcza, ma swoje marzenia; chciałbym żeby został królem torów z siedmioma złotymi medalami IMŚ. Stać go na taki wyczyn i pobić rekord/ mają po 6/ Ivana Maugera i Tony Rickardssona. W finale serialu Grand Prix w Toruniu /nr 95/ wygrał dwa razy – kolejny turniej i ostatecznie całe mistrzostwa świata. Cud? Nie. Zmarzlikowy styl, żelazna droga do celu a potem łzy szczęścia. Dawno nie widziałem go tak uradowanym, kipiącym energią jaka ogarnęła po dwudniowym finale. To nie był spacerek po toruńskiej starówce a świetnie wykonana robota na Motoarenie. Z szacunkiem do niego odnosi się żużlowa arystokracja ale i wierni kibice, którzy kochają go za takie cudne, na krawędzi ryzyka jazdy. Można być z niego dumnym! Ba! Trzeba.

1/2 all inclusive i odpryski

Bez alkoholu. Wszystko na stole. All inclusive, lecz na 50 procent. Półfinały play – offów Ekstraligi w wypiekami na twarzach. Niespodzianki? Było różnie, oczekiwano  wydarzeń szczytowych. Być w finale wyzwala ogromną pulę adrenaliny. Razy dwa. Co nam dały widowiska, które w zapowiedziach przyszłościowych mają wydłużyć sezon? Nie wiem po co, bo tak naprawdę mnożenie niby sprawiedliwości kończy się znudzeniem. Nie każda bajka musi mieć swoją dobranockę. I lu! Każda butelka ma dno. Mania powiększania imprez, żeby było atrakcyjniej nie zawsze zdaje egzamin, tworzy się nadmuchana atmosfera, bywa, że ciężka i duszna. Sport nie lubi zbyt długich snów. No dobrze panie i panowie, nawracam do półfinałówych gier, potyczek na tory, starty z ruchami powiek znaczonymi warningami. Ocieraniem się o krawędzie strachu w oczach kibiców, oglądających wyścigi bark w bark, noga w nogę. Takie lubimy ściganie, bez rezerwy na wyrozumiałość dla rywali, czyżby tak? Czy jednak fair play powinno być mottem na rękawach i szacunek dla przeciwnika, bez udawania fauli. Extrema żużlowa wyzwala emocje, które zaciemniają często umysł. “Pranksterzy” – zawodnicy, sędziowie, kierownicy startów… dowcipnisie na swój użytek, jedni służbiści regulaminowi wypaczający dobrobyt sportu. Tak, tak… za jakie pieniądze  i dlaczego sędziowie męczą uczestników wyścigowych harców na torze swoimi podejrzeniami czy aby zawodnik drgnął na  starcie?! Blamaż. Refleks tanieje, sędziowie niestetety robią bezwstydnie przeceny błysku startowego, które  powinny być szczególnie honorowane. Nagradzane. Dziwię się, że formacja zawodowa żużlowców nie buntuje się przeciw takiemu stawianiu spraw pod taśmą. Nie zawiesza sędziów władza żużlowa za brak rzeczowej oceny arbitrów, nie bierze na czarną listę za brak u nich refleksu fizycznego i myślowego. Inercja egzekucji błędnych decyzji fatalnie okalecza dramaturgię widowisk. I jeszcze pogoda, deszcz, przeciwnik torów bez żadnych skrupułów paraliżujący jakość wyścigów.

Oczekiwane, zresztą słusznie, z nadzieją na emocje zenitalne półfinały play –off zakończyły się fatalnie. Wpierw trzykrotny z rzędu mistrz Polski, marzący o kolejnym złocie Unia Leszno położyła na łopatki renomowany Falubaz Zielona Góra, goście jakby z innej planety, nie obudzili się z letargu na torze. Unia pany! Mają finał i spełnienie ambicji klubowych, tak zasłużonej firmy, jaką jest leszczyńska grupa pod wodzą Piotra Barona. Deszcz straszył w Lesznie wszystkich, w końcu dojechali do mety z kompletem zadań. Gorzej stało się w drugim półfinale w Gorzowie Wlkp. Deszcz zrobił z gliny nawierzchnię trudną do jazdy. Stal przegrała we Wrocławiu, u siebie “ kapela” Stanisława Chomskiego z Baroszem Zmarzlikiem chciała zagrać na bis +. Gospodarze pracowali na torze żmudnie, wyciągnęli czas maksymalnie, co pod adresem arbitra Piotra Lisa wybuczeli donośnie kibice, których zlekceważono, hasłem starym jak świat “sędzia ch…”. Rzeczowy Szymon Woźniak wyręczył grupę ludzi do tego powołanych, że warto było podjąć grubo wcześniej decyzję o przełożeniu meczu ze względu na warunki.

I to tyle z wielkich półfinałowych nadziei/pisząc ten felieton nie znałem wyniku odwołanego meczu w Gorzowie, jest w innym miejscu TŻ/.

Pora roku nie jest łaskawa a nowe perspektywy przedłużania sezonu i jazd, mają kaganiec braku wyobraźni. Ciągle pokutuje brak wyobraźni… zresztą w różnych polskich obszarach działalności. W tak ściśniętym sezonie po co komu  był mecz Polska – Rosja? Konieczność? Kolejne zlecenie dla wyimaginowanej firmy zewnętrznej dla wyłuskiwania kasy z klubów? Po słodkim ciastku soljanka. Nie mają zgagi wodzireje z szyldem ”Trzeba brać, póki my żyjemy”. Umieć wybierać jest sztuką, zaś chytrość dwa razy traci – głosi przysłowie.

Ekstraligowy finał dostał nieoczekiwanie prolongatę terminową.

Przy okazji przypomnę okruch z historii, że kiedy mieliśmy u siebie finały światowe, były zgrupowania biało – czerwonych i trenowano na torach, żeby nabrać pewności. Piszę o tym w kontekście Bartosza Zmarzlika, że deszczowy los w Gorzowie oszczędził mu tyrania przed finałem IMŚ, czyli serialem Grand Prix. Tegoroczny sezon jest napakowany maksymalnie imprezami, codziennie coś się dzieje. Tak, Polacy uratowali międzynarodowy kalendarz, przychylni okazali się także Czesi, którzy w Pradze przytulili turniej GP. Osiem turniejów z napędem 4X2 okazało się wystarczające i niech zbawcy świata monarchowie z półki żużlowej FIM/ BSI nie szukają histerycznie nowych lokalizacji. Polska okazała się ratownikiem nadto skutecznym. Bzdurny Puchar Narodów, który miał odbyć się w Manchesterze został przez angielską federację wobec wzrostu zakażeń pandemicznych wycofany. Poszukiwania miejsca trwają, kuszona m.inn. Bydgoszcz zrezygnowała i słusznie; Armando Castagna jako boss szuka po Europie naiwnych do urządzenia igrzysk/ ani pary, ani drużynówka/ nikomu niepotrzebnych.

We wspomnianym Manchesterze zorganizowano finał mistrzostw tej destynacji i wygrał Australijczyk z brytyjskim paszportem Rory Schlein/ ur. 1984, Darwin/, ligowo znany polskiej publiczności. A trzecie miejsce zajął trzykrotny mistrz świata Jason Crump, który przypomniał się jazdami na piekielnie ciężkim torze. Rudowłosy Crump przyleciał z Australii, ma też obywatelstwo angielskie. Zawody w Manchesterze odbyły się po przenosinach z Ipswich, nie wystartował niestety Tai Woffinden i dlatego turniej zmatowiał. Tai jakoś omija te turnieje… Ongiś brytyjskie finały były wydarzeniowe.

W kultowym Vojens Ole Olsena odbył się finał duński; wygrał rozpędzony Anders Thomsen, z gorzowskiego klanu Bartosza Zmarzlika. Duńczycy odradzają się objawowo.

Jeszcze na koniec odpryski; nie mam na oczach ani uszach deflektora. Otóż kto chciałby zobaczyć po raz pierwszy speedway meczowy i włączył TV, chciał zobaczyć pojedynek: Wybrzeże Gdańsk kontra drużyna łotewska z Daugavpils, musiałby mieć cztery godziny czasu na 100 procent nudy. Monter ze śrubokrętem przy maszynie startowej uprzytomnił wreszcie, że Polak potrafi. A potrafi też obciachowo; oto rozmowa w jednej ze stacji TV i na kanapie w domu, rybnicki as Kacper Woryna, wnuk słynnego Antoniego Woryny, z którym dobrze się znałem /dawne, bogate w laury rybnickie “fedrowanie”/ Co z tego zostało?/. Wnuk Antka w czapce z jakimś napisem, myślałem, że zaczyna start up. Trochę luzu, już tak nie szpanuj: “Chłopie kaj my to som!” W domu siedzieć w czapce, żeby kasa nie wyparowała? Nie tylko Woryna jr. ma taki lans, inni upstrzeni reklamami jak plansze odstają od normalności ogólnie przyjętej. Nie ma korektora? Czym gorzej, tym lepiej? Ale dla kogo? Speedway, to nie tylko wyścigi, także ogólny wizerunek.

No i BURZA, Stanisław z Zalasowej spod Tarnowa. W finale MŚ na długim torze w Rzeszowie uratowany sprzętowo przez ukraińskich fanatyków speedway’a stanął na trzecim stopniu podium. W sumie był ósmy, 43 lata, ambicje przeogromne, pojechał jak burza, niespodzianka na extra premię od prezesa PZM. I nie tylko od niego. Brawo!

Odjechałem, wysłuchałem, zobaczyłem. Z maskami. Żużlowe all inclusive przetrącone, czegoś zabrakło. Szkoda. A jesień wciska nam się mgłami i koronawirusem bez pardonu.

Orzeł na motorze leci po złoto

Tekst z 29/09/2020 r.

Pięć tytułów indywidualnego mistrza świata Szwed Ove Fundin/ ur. 1933 w Tranas/ trzymał w swoim sejfie długo, aż zrównał się z nim dorobkiem Nowozelandczyk Ivan Mauger/ ur. 1939/. Tak się stało na Ullevi w Goeteborgu w 1977 roku. W przedzień mocno lał deszcz, następnego dnia tor był ciężki i w takich warunkach Ivan dojechał medalowo do słynnego Ove. Szwed serdecznie/ byłem przy tym/ pogratulował złota nowozelandzkiemu asowi, który w 1979 roku na Stadionie Śląskim zdobył szósty złoty medal; fenomenalny sukces w świetnej atmosferze na polskim torze. Zenon Plech był wtedy drugi. Mauger/ uczeń legendarnego Jacka Younga/ został królem nad królami. Zdobyć tyle medali nie jest łatwo, konkurencja jest czujna, sprzęt opracowany szczegółowo, w tym sporcie decydują czasem okruchy nie tyle szczęścia, co brak pecha. Ivan Mauger/ honorowy obywatel Gniezna/ panował długo, aż pojawił się kolejny kolekcjoner medali Tony Rickardsson/ur.1970 Avesta, klub Masarna/, udane dziecko szwedzkiego żużla, z pokolenia wybrańców cocha o wybitnej osobowości Bo Wirebranda. To on po wstrząsie wywołanym tragicznym wypadkiem nadziei “Trzech Koron” Tommy Janssona zebrał grupę utalentowanych młodych żużlowców, doskonalił ich w test – meczach na brytyjskim rynku i doczekał się medalodajnego Rickardssona, który wiedział, że techniczne możliwości mogą uskrzydlić jego zdolności. Tonny był uparty w ambicjach, stworzył team mechaników, kupił “dom” na kółkach, który stał się symbolem jego sukcesów na torach europejskich. Team samowystarczalny na stadionach; imponowali, nikt nie dorównał im w wizerunku jakości stylu bycia. Model wzorowany na teamach wyścigowej F -1. Tony razy sześć, pierwsze złoto w 1994 w duńskim Vojens a ostatnie 2005 roku w Lonigo na stadionie Marina. Wiedział, kiedy zakończyć karierę /2006/, w pełni sił i perspektywy dalszego żywota. Let’s Dance na parkiecie TV.

Mauger zmarł /2018/, Tony/honorowy obywatel Tarnowa/ ma życie przed sobą, sędziwy Ove Fundin cieszy się dobrym zdrowiem, uwielbia turystyczne jazdy na motocyklu. Przypomnę, że czterokrotny mistrz świata Barry Briggs/ ur. 1934/ z Nowej Zelandii, który wymyślił deflektory nie stroni od bacznej obserwacji żużla. A trzykrotni mistrzowie świata Duńczyk Nicki Pedersen i Anglik Tai Woffinden ścigają się skutecznie, ten drugi ma apetyt w GP na kolejne złoto. Czy da radę? No właśnie. Wisła i Toruń miasto kultowych pierników, smakowitych jak i prince polo. Dojechałem do Motoareny, bo tam tradycyjnie od lat kilku, rok temu też, nastąpi ceremonia kreowania nowego mistrza świata sezonu 2020, szczególnego, pośpiesznego, popędzanego wirusem COVID – 19. Tytułu broni sprzed roku gorzowianin Bartosz ZMARZLIK, który ostatnie dwa turnieje w Pradze błykotliwie wygrał w stylu mistrza świata. Jest liderem klasyfikacji Grand Prix, serialu, który w tym wyjątkowym czasie składa się z czterech podwójnych mityngów. Ostatnie dwie rundy mamy 2/3 października w Toruniu, mieście genialnego odkrywcy Mikołaja Kopernika. Miasto sprzyja oryginałom życiowym.

Czy Bartosz Zmarzlik poruszy “ziemię” żużlowych serc?

Jazdy na praskim Marketa były popisem nad popisami, finezyjnym, brawurowym ściganiem, które miało urodę fantazji, odwagi, umiejętności technicznych i przygotowaniem sprzętu wzorowym. Bartosz wcześniej, przed Pragą wygrał raz na swoim, klubowym torze w Gorzowie GP. Fruwał w swoim stylu, jednak w Pradze dał koncert o czym przekonał się w ostatnim wyścigu na finiszu Woffinden. Tak “latać” umie tylko BZ. W sumie Bartek zwyciężył trzy razy w GP’20. Nabrał mocy…

Historia indywidulanych mistrzów świata rodem z Polski jest krótka. Pierwszy złoty medal zdobył na Stadionie Śląskim w 1973 roku Jerzy Szczakiel, niedawno zmarły. Długo czekał na rodaka na tronie ozłoconym, gdyż dopiero w 2010 roku we włoskim Terenzano Tomasz Gollob był pierwszy. W roku 2019 Bartosz Zmarzlik mający już brąz i srebro na koncie w tej konkurencji wjechał triumfalnie na szczyt speedway’a. Niebywały wyczyn, wykonany niemal w desperackim stylu, widzowie wówczas w komplecie na Motoarenie osłupieli z wrażenia. Pojechał fantastycznie! Tak jak pokonał w Pradze prowadzącego Tai’a. On tak potrafi, bezceremonialnie, pewny sprzętu i władczego opanowania motocykla. 25 lat sobie liczy, od dziecka “ćwiczony” na motorze, zgrany z maszyną jak cyborg. Jego sprinty są zmartwieniem przeciwników.

Gorzowianin ma 7 pkt przewagi nad Szwedem Fredrikiem Lindgrenem i 10 pkt nad Woffindenem. Jest faworytem, przeciwnicy lubią odcinać skrzydła liderom. Taka istota sportu, ba! Nawet sól życia naszego doczesnego. “Bić” mistrza? Spoko, gorzowski mistrz jest mocny i ma autorytet w tym towarzystwie. Ono wie, co potrafi Bartek, również obserwatorzy, fachowcy, komentatorzy, mechanicy, zawodnicy i fani. Zmarzlik wjeżdża z furią na swoje żużlowe Himalaje, nie odrywa się do ściany, wie czego chce, kocha speedway a on jego.

Przyjemnie patrzeć na sportowców, którzy kompletują laury, budują dom z medali, obraz nienaganności w tej dziedzinie i rozsławiają krainę, w której wyrośli. Ten dom jest twój i mój… Zmarzlik wyrósł konekwencją, uporem, taki musi być sportowiec, który nałogowo spieszy do ZWYCIĘSTW. Medale, miejsca na podium, wysłuchiwanie Mazurka Dąbrowskiego. Hymn narodowy jest wpisany w scenariusz widowisk, łzy szczęścia spadające w tym przypadku z niebieskich oczu mistrza. Kochamy reżyserię takich turniejów nie tylko na żużlu; na igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata, Europy – w licznych konkurencjach na różnych stadionach i halach. Adrenalina i atmosfera łamią serca. Emocje wyciskają łzy bez pardonu, nikt nie wstydzi się tego.

Czy Bartosz Zmarzlik da radę na Motoarenie stanąć po raz drugi, aby odebrać złoto IMŚ? Do odjeżdżenia są dwa turnieje, dużo może się wydarzyć, bo speedway funkcjonuje jako extrema. Piątek/ sobota, ten pierwszy dzień ustawi drugi. Odpukuję w niemalowane drewno, tylko jakaś zła moc może udaremnić cel Polaka. Rywale za jego plecami znają swoją wartość, wiele potrafią i nie zapominajmy, że to jest finał Grand Prix, koniec mistrzostw świata anno 2020 i najcenniejszy prestiżowo tytuł do zdobycia. Czy polska Motoarena/ w Pradze były pustki/ może być pomocna? Nie będzie tym razem kompletu, bo wirusowa pandemia wyklucza kibiców, więc siła dopingu osłabiona, lecz gorzowianin jest silnie zmotywowany do wyczynu, jakiego nie dokonał na żużlu jeszcze nikt z jego rodaków. A więc? Toruńska brama szczęścia jest otwarta.

Jonas, ach co ty to masz…

Dzwoni do mnie znajomy, który nie ślęczy przed telewizorem, dzieli się spostrzeżeniem słusznym jako obserwator bez zacietrzewienia: “bardzo dużo żużla, prawie codziennie”… No tak, prawda, kibice nie mogą narzekać absolutnie na brak obrazów z aren żużlowych, mecz goni mecz, turniej za turniejem leci. W tym pandemicznym sezonie, który wymusił nie tylko rygory, lecz także tempo rozgrywek z ograniczoną liczbą fanów jest jeszcze jedna istotna dla przyszłości sprawa, otóż mimo przyzwolenia na pewną ilość widzów, nie sprzedaje się kompletów/ vide GP we Wrocławiu/. Wniosek prosty; sympatycy tego sportu wybierają opcję telewizyjną, wygodę, jak mawia mój przyjaciel “można oglądać w domu z kanapkami na kanapie, buteleczkami piwa, jeszcze czegoś mocniejszego, lepiej widać, zostaje kasa, bankomat nie musi być prowokowany, cierpią tylko domownicy, którzy czasem z bólem tolerują żużlowy fanatyzm”. Los tak chciał, los tak pokieruje może i przyszłością frekwencji na stadionach. Na pewno człowiek przyzwyczaja się do wygody, mimo, że oglądanie na żywo jest wrażeniem niezapomnianym. Wtapia się w pamięć, lecz “ w TV widać lepiej, są powtórki, można przyjrzeć się dokładnie jak to było, gdzie i jak kto skrobie się po głowie albo niżej.

No właśnie… sędzia widzi tak czy siak, percepcja jest ograniczona, arbiter żużlowy skazany jest na jedno miejsce plus podgląd telewizyjny, to nie futbolowe latanie z gwizdkiem ani techniczna ocena trzech sędziów przed specekranami.

W komentarzach TV ze stadionów żużlowych mamy non stop sugestie opowiadających, że: “chyba się ruszył, no tak raczej się poruszył”, etc, tym podobniej. Sędzia decyduje i koniec. Basta. Jeden z takich opowiadaczy Krzesło nr 2, popisał się ostatnio a dotyczyło meczu na trudnym, po gęstym deszczu, że zawodnik “ ma na pewno już wodę w majtkach”. Pięknie. Nie wiem co miał wtedy tenże opowiadacz ”niemoralnego niepokoju”. Co raz lepiej z nim, buszuje a powtarzanie słowa tyłek jest normalką i ciekawe, że Krzesło nr 1 albo Nadkrzesło X wszechwładnie panujące nie słyszy tego rechocząc nagminnie z byle czego. Wygrał ten, ha, ha, pojechał i ha, ha. Z czego ha, ha? Dlaczego piszę KRZESŁO nr 2? Albo FOTEL nr 1? Bo oto ciągle dowiadujemy się, że pole nr 3 wygrało już 8 wyścigów. Extra… Pole wygrywa a gdzie zawodnik się ukrywa? Nie wiem, gdzie Nadkról lata, bo “przecież zewnętrzna chodzi”. Nie ma redakcyjnych korekt? No tak, rozumiem szerokie plecy są odporne na wszystkie głupoty, wujek, ciotka, patronaty, bo “wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Na miły Bóg, w tym polskim maglu rozmaitości od góry do dołu, hasają dziwolągi, że aż hej. Ha, ha, ha… Swawola bez samokrytycyzmu. Jeśli zawodnik bez autorytetu pozwala sobie na oceny mistrza, to tak jakby nieuk recenzował Olgę Tokarczuk. Nie mam zamiaru babrać się w tym, żenada jest potężnym w tej chwili zjawiskiem i jej macki docierają tam, gdzie ksiądz Józef Tischner nie wyobrażał sobie kiedy żył. Marzy mi się przekaz, komentarz coraz lepsze a nie coraz infantylne, owszem są dobre wyjątki ale buszują kompromitujące. Ha, ha, ha. Tyłki, woda w majtkach… inne wykrzykiwane słowa, aż wstyd pisać. Mówi się, że nic nie plami tak jak atrament, lecz słowa potrafią brukać piękno naszej polszczyzny, od “złotoustych” wymagana jest poprawność językowa i styl, i elegancja. Korepetycje nie są wstydem jeśli przynoszą efekt. Jednak ignorancja i bezczelność wypaczają charaktery mianowanych ekspertów czasem już na zawsze. Potrzebne lejce/ wiśta, wio/ i warto chcieć być lepszym.

Cnotę skromności i waleczności pokazał 22 – letni Duńczyk Jonas Jeppesen, który został ojcem zwycięstwa Ostrowa Wlkp, nad dumnym zespołem z Torunia. Sport kocha niespodzianki, daje szanse ludziom ambitnym do bólu. Ten Duńczyk spod Esbjerga na torze zlanym deszczem do spodu jeździł jak bolid F – 1 na autostradzie. Zaskoczył efektownie, pewnością jazdy, techniką, nie bał się szybkości ani groźnego podłoża. SPORTOWIEC, który chciał. Esbjerg jest ślicznym miasteczkiem, blisko tam nad morze, trzeba tylko przeprawić sie ok. pięć minut promem i jest dywanowa plaża, morze jednak zimne, północne ale klimat wspaniały. Jepppsen tam mieszka, również i legendarny ERIK GUNDERSEN! Wielokrotny medalista mistrzostw świata, któremu los przerwał brutalnie karierę. Warto zachłysnąć się Esbjergiem, byłem tam kilka razy i polubiłem okolice, blisko stamtąd do Billund, gdzie jest królestwo klocków LEGO, którymi bawią się dzieci na całej planecie. JONAS, rudowłosy młodzieniec zrobił show gladiatora na torze w mazi, no i sprawił, że Ostrów Wlkp. zakochany po uszy w żużlu ograł faworyta. To była sobota, a w poniedziałek odważny Duńczyk zjawił się wcześnie rano w pracy, jak powiedział ma dobrą robotę, pilnuje tego a ponieważ ma talent do żużla, zdobywa punkty i raduje tym kibiców. 22 lata! Wszystko przed nim. Trawestując przebój Ludwika Sempolińskiego z dawnych lat, “Tomasz ach co ty, to masz” dałem do tytułu z imieniem Jonas… Można było mieć full satysfakcję, kiedy z trzeciej pozycji zdecydowanie, jakże kaskadersko wyjechał na pierwszą pozycję w ostatnim wyścigu i zwyciężył. A drużyna prestiżowy mecz. Szkoleniowy, pouczający film. Urok sportu polega na takich popisach, na takich jazdach, gdzie niektórzy przymykają gaz a on Jonas spod Esbjergu pędził do mety, jakby był już spóźniony do swojej roboty zawodowej. Amator pokazał efektownie zawodowcom, że nic tak nie uszlachetnia jak autentyczna praca, talent i sportowe serce. W ekstremalnych warunkach. Rozumiecie chyba: Jonas, ach co ty, to masz… Przy okazji a dlaczego tak późno ten chłopak dostał szanse? Dobry nauczyciel musi mieć instynkt, umiejętność przewidywania rozwoju ziarna talentu. Z tym u nas nie jest niestety najlepiej od dawna. Lubisz, nie lubisz, układy, koterie, sprawiedliwość bywa ukrywana w szafie.

PS. Mistrzem Polski indywidualnie został sympatycznie, zasłużenie, arcyświetnie Maciej JANOWSKI na torze w Lesznie. Z finałowej jazdy “ wykastrowany” został przez sędziego Krzysztofa Meyze miejscowy matador Piotr Pawlicki; ciekawe, gdyby dochodził swoich słuszności – precedensowo w sądzie? Tego jeszcze wprawdzie nie było, lecz co zrobić z życiowymi, karygodnymi sportowymi niegodziwościami?! Nic dwa razy się nie zdarza panie K. Meyze. Ból wiruje a gdzie sumienie? Shame. Warto czasem z decyzją poczekać, niż szybko ściąć głowę. Czy nadal głupizm, że trzeba kogoś wykluczyć musi obowiązywać? Nie można powtórzyć kontrowersyjnego wyścigu? Regulaminowy wstyd puchnie.

Sędziowie tracą oddech a tory jakość

Wykańczają ich mikroruchy zawodników. Szkoda. Mówi się, że poezja robi z łez perły… Gruba metafora w stronę żużla. A co robią sędziowie ze startów?…Pisałem o sankcjach na meczach żużlowych, sprawozdaniach, decyzjach, ileś osób depcze sobie po piętach. Nadal tak samo. Tory rozgrzebywane, eksperymenty, by utrudnić jazdy przeciwnikom. Koparki, traktory mieszanie gliny z popiołem. Piekło na stadionach infantylne. Podprowadzający ustawiają do bólu na startach zawodników strony przeciwnej, jakby chcieli stresem ich stłamsić. Ze scenariusza meczu robi się lichy kabaret, w którym uwagę przykuwają manewry pod taśmami oraz sędziowie, którym wydaje się, że refleks jest kradzieżą. Nudności. Namiestnik torów i orzekania decyzji sędziowskich Leszek Demski, który kiedyś był arbitrem, wydaje kontrowersyjne opinie. Można dyskutować? Nie ma patentu na mądrość a rozdaje czasem znaczone karty. Spiętrzenie na łączach komunikacyjnych wywołuje chaos. Tak, tak… by nie powiedzieć dosadniej. W Rybniku lublinianin Paweł Miesiąc trafił w punkt, popisał się błyskawicznym startem, podobnie jego kumpel z Motoru Matej Zagar. Jednak sędzia Artur Kuśmierz stopuje jazdę. Raport, baczność. Czy ktoś bada sędziów czy mają refleks w postrzeganiu sytuacji? Warto zrobić takie testy. Niektórzy oglądają powtórki TV kilka razy, nie dociera do nich prawda, publiczność gwiżdże, stres zalewa zawodników. Kołomyja niczym huragan nad Kubą. Raz jeszcze Rybnik, gdzie mamy popisy wyjątkowe pod taśmą. Dariusz Przeliorz zwany “Porzeczką” zachowuje się, jak dyrektor na miedzy. Tyle lat oglądam speedway ale doczesne zwyczaje psują widowiska. Sędziowskie powtórki i kary za REFLEKS są absurdalne. Ponadto przepisy w sprawie nawierzchni nie mają odbicia w jakości, bo oto prezes częstochowskiego Włókniarza samoistnie kopie sobie drogę do słońca. Nie uzgadnia z nikim, a powinien, więc ryje ciężkim sprzętem przed zawodami. Nie robię kiełbasy w wannie, nie znam się na tym. Panowie psujecie ewidentnie speedway, niknie jego wartość na oczach milionów kibiców, którzy teraz głównie siedzą przed telewizorami. Komentatorzy TV, nie wszyscy na szczęście, też mają obsesję na punkcie startów, kiedy już zawodnicy ruszyli, dopatrują się mikroruchów. Po co? “Święty sędzia” już puścił taśmę w górę, pojechali aż miło, jest radość kibiców, że nie ma powtórki. Ale snują się wątpliwości, chyba poruszył powieką XYZ albo wiatr targnął kevlarem. Obojętnie czy Porzeczka, Borówka czy Ananas, panowie nie róbcie kreciej roboty, bo jesteście omotani obsesyjnie makroruchami.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Arbiter nie reaguje, pozwala kierownikom startu na kombinacje pod taśmami, adrenalina buzujei wychodzi zawodnikom uszami a tu: w lewo, w prawo, jak na egzaminie prawa jazdy. Czy nie lepiej zostać parkingowym przed jakimś urzędem, hotelem? Byłoby zdrowiej, leciały napiwki, pole do popisu.

Widowisko jest piękne, kiedy ma swoje naturalne tempo. Bez wydziwiania. Piszę znów o tym, gdyż mam odzew wielu fanów, którzy są bezradni wobec kunktatorstwa decyzyjnego żużlowych funkcjonariuszy. STOP. A gdzie śpi władza? Na twardym czy miękkim materacu?  Jeszcze o torach, otóż nie przypominam sobie w historii tego sportu aby doszło do tego, co stało się w Częstochowie. Wiecie daczego? Bo dawniej za tor odpowiadał TOROMISTRZ i SĘDZIA. Było normalnie. Teraz KOMISARZ TORU poczuwa się do korekt. Byłby słabym, gdyby napisał… byłem, widziałem, zaliczyłem i wziąłem kasę. Za proste. Dziś już nie ma działaczy ideowych/ ja to rozumiem/, ludzie, pracują nie za proporczyk, więc wydaje mi się logiczne, że odpowiedzialność wzrosła. Jakoś nie ma ma potwierdzenia taka teza w rzeczywistości. Rozmywa się grubo odpowiedzialność: z góry na dół i odwrotnie. Nie jest dobrze a jak będzie?

Krzysztof Kasprzak. Nie był w formie; w nagrodę za zdobycie rok temu “Złotego Kasku” wysłano go do chorwackiego Gorican na turniej Challenge, który promuje trzech najlepszych do przyszłorocznego serialu Grand Prix. Kasprzak, były srebrny medalista mistrzostw świata tam pojechał. Sugerowałem wcześniej, że może nie jest to trafna decyzja… Pomyliłem się okrutnie, otóż zawodnik przeszedł silnikową metamorfozę, wygrał i o mało co z kompletem punktów. Jak to się stało? Cud? Wcześniej doły, a tu skok na Giewont. Kasprzak bierze na siebie wielką odpowiedzialność za starty w GP’21. Ten serial jest zdominowany przez Polaków, kadrowo, organizacyjnie, frekwencyjnie. Sezon anno 2020 jest wyjątkowy, nie wiem jak potoczy się pandemia i co będzie w przyszłym roku, należy mieć nadzieję, że nie… wzrośnie liczba turniejów. Po co?  Na razie światowe władze SGP omotane ideą ilości tracą na jakości. Pora najwyższa powrócić do klasyki, czyli turniejów o drużynowe MŚ, także MŚ par w klasycznym układzie rozgrywek. Zafundowanie obecnie nowości w postaci Pucharu Narodów nijak ma się do wartości, prestiżu – imprez poprzednich. Chytra KOMERCJA zjadła istotę sportu, urodę w połączeniu z atrakcyjnością.

MĄDROŚĆ jest bezcennym towarem, lecz niestety jej deficyt burzy porządek wielu spraw. Speedway jest mikrym sportem i każde eksperymenty in minus są bardzo kosztowne. Wytrawny kibic, przywiązany do żużla diabelnie, oczekuje stabilności i musi mieć poczucie poszanowania. Komercyjne, bezduszne lekceważenie jest destrukcyjnym błędem, którego historia na pewno nie wybaczy. Na razie trwa hossa bezkrytycznego dmuchania balonu, ale on już zrywa się ze sznurków, wiatr szarpie i może zerwie ze schematami oraz powielaniem wciąż tego samego. RANGA musi windować w górę, pozyskiwać nowych kibiców, otwierać rynki reklamowe kreatywnością wydarzeń.

Zbliżamy się do sezonowych rozstrzygnięć; walka w Ekstralidze toczy się nie tylko na torach z buldożerami, nie tylko pod taśmami, gdzie funkcjonariusze przechodzą sami siebie. Play- offy, pierwsza czwórka teamów jest oazą zbawienia, stamtąd tylko krok do raju. Unia Leszno broni złota jak królewskiej korony Elżbieta II w Londynie. Mamy jednak swoje pałace, swoje gry, swoją śmietankę. I te skandaliczne czasem pobocza o których wspominam, bo tak jak decydenci serialu GP tkwią z uporem w swoich okopach, tak niektórzy boją się elastycznie i mądrze zmieniać bzdury na lepsze jutro.

Foto: FIM / SUSANNE HUTTINGER

Australijskie zastrzyki

Si, si…Mamy serial Grand Prix i Włoch Armando Castagna, który przewodzi światowemu żużlowi, bo nie ma innego wyjścia /?!/ ugasił tegoroczny pożar i Polacy uratują indywidualne mistrzostwa globu. Nie pierwszy raz, bo kiedy na początku zawieruchy i szumnych zapowiedziach nowych rozgrywek GP/start 1995/ nie bardzo interes angielskim pryncypałom spod znaku BSI się wiódł, poznańska Kompania Piwowarska Lech, Jana Kulczyka wzięła na plecy ciężar utrzymania grand tańca. Z koł dobrze poinformowanych dawno już doleciały do mnie wieści, że tak bardzo Castagna nie kocha Polaków, lecz w sytuacji podbramkowej biało – czerwona strefa urządzi igrzyska. A gdyby Niemcy byli silni, Skandynawowie, Anglicy powiedzieli “si”, to moim rodakom spod kół by się żużel sypał na głowy. Zaczyna igraszki GP we Wrocławiu, tak jak w 1995 roku w premierze tego cyklu, który miał być fantastyczną przygodą. “Dziką kartę” teraz dostał ambitny Gleb Czugunow a niektórzy błądzili myślowo, że będzie miał ją w kieszeni… Maksym Drabik. Sądziłem, że pojedzie Bartosz Smektała albo Dominik Kubera. No cóż każdy ma własną ocenę sytuacji. Wyjaśniam koledze, który mnie pytał jakiej narodowości jest debiutant w GP, otóż mieszane barwy: rosyjsko – polskie, Gleb ma nasz paszport. Eto wsio? Zawodnik jest przedstawicielem miejscowego klubu, więc pojedzie jak w domu. Jest odważnym, skromnym reprezentantem Wschodu, reszta należy do niego w debiucie GP. Ot, mołodiec!

Tytułu mistrza świata broni Bartosz Zmarzlik, gorzowskie barwy. Zdobył złoty medal w ubiegłym sezonie na Motoarenie w Toruniu. Było tam ciężko, bo mimo przewagi, ona topniała wobec ataku Duńczyka Leona Madsena, który/ zaznaczam raz jeszcze/ ma żonę Polkę. Towarzystwo jak widać spolszcza się nie tyko na torach, wszak są wygodniejsze też podłoża. Madsen zna kilka naszych klubów i mentalność polskiego suwerena. Gonił Zmarzlika w Toruniu, lecz opatrzność była po stronie gorzowianina. Do brązu, srebra dorzucił Bartosz złoto. Kolekcjoner, który na tym dorobku na pewno nie poprzestanie. Ma w duszy pęd do ścigania, mijania, brawury na krawędzi cienkiej jak nitka, opanowany od dziecka motocykl prowadzi go do efektownych zwycięstw. Madsen nie jest jedynym konkurentem, oto głodny “kalca” jest Emil Sajfutdinow, zgrabny wojownik rosyjski, bojar żużlowych torów, chciałby być carem. W ubiegłym sezonie nie miał szczęścia Anglik Tai Woffinden, trzykrotny mistrz świata, któremu pech kasował punkty i niestety zabrakło bodaj jednego turnieju; wtedy nie wiadomo jakby potoczył się los złotego medalu 2019. Skuteczne akcje prezentuje ostatnio stylowy Słoweniec Matej Zagar, jest jeszcze Słowak Martin Vaculik, a co na to Maciej Janowski? A Patryk Dudek? Były mistrz świata Australijczyk Jason Doyle, Rosjanin Artem Łaguta, Szwed Fredrik Lindgren. Paka konkurentów do tytułu mistrza świata zgrana, znają swoje cele, nawzajem błędy i zalety. Po dwa turnieje w każdym mieście wymyślili bossowie speedpanowania na świecie; Wrocław, Gorzów, PRAGA i finał w Toruniu, jednak nie w Warszawie, gdzie byłby może ósmy cud świata. Jednak Polski Związek Motorowy nie wyczuł bluesa. No tak, rozumiem szeroki zarząd, gdyż  Toruń jest w kilku aspektach życia nad Wisłą ważnym ośrodkiem decyzyjnym.

Tam urządzono IMME i ZMARZLIK dał SHOW, pozostali także śmigali jak w ukropie.

Międzynarodowe mistrzostwa Ekstraligi były szybką imprezą, na wzorowym torze, gdzie mijanki były powszechne. Ściganie zatem efektowne i efektywne. Można też bez cyrkowych popisów funkcjonariuszy pod taśmą? Taaak! BARTOSZ  ZMARZLIK wykonał na Motoarenie extra sesję! Swobodny niczym orzeł szybował “nad” torem, potrafi zmieniać ścieżkę jazdy na pełnej szybkości, ma wyczucie mocy silnika, opanowany motocykl jak zegarmistrz zegarki. Przyjemnie patrzeć na koncert prawie już kompletnego mistrza sypkich torów. U siebie w Gorzowie również prezentuje klasę lux.

Przy okazji: czy sędziowie mają imiona i nazwiska na polskich stadionach, bo rzadkością jest ich wymienianie. Sami jakoś nie buntują się wcale, wolą być bezimienni? Dlaczego? Przecież nie wymienianie ich jest swoistym lekceważeniem. TV nie podaje na “paskach”.

Osiem turniejów GP, będzie więc ostra jazda! “Dwudniówki” pokażą w pigułce możliwości zawodników, ich kondycję, zmotywowanie, stan techniczny napędowych koni. Koniec sierpnia premiera a finał początek października. Dla kogo gloria? Turniej poprowadzi doświadczony Szwed Krister Garder, zna się na rzeczy.

Woffinden pojedzie na swoim klubowym torze we Wrocławiu, Zmarzlik potem uderzy w tony u siebie w Gorzowie. Atuty własnych torów nie grają obecnie, przy tak wyśrubowanych jednostkach napędowych, takiej roli jak dawniej. Zaufanie chowa się czasem w małej budce, jednak swoje ściany ciut pomagają, choć adrenalinowych kibiców w komplecie zabraknie niestety. Praga będzie jakby neutralna i na małym stadionie Marketa ściganie zapowiada się maksymalnie sprężone. Dociekam, jak decydenci GP namówili familię Ondrasików do urządzenia plochej drahy? Mistrzostwa świata tam właśnie mają swój kult a miasto stwarza malownicze tło. Ahoj!

Wydaje mi się z pozycji przedstartowej, z fotela, że wszystko rozstrzygnie się w GP, jak rok temu na Motoarenie.

Elita jest zapracowana, polskie ligi wyciskają max poty, nadto play- offy Ekstraliga szczytuje z wyścigami ostrymi jak żyletki. Tu liga, tu mistrzstwa świata, tu jeszcze inne turnieje. Zwariować można, karuzela napięć 300 wolt. Serca muszą być sprawne, tętnice przedmuchane. Speedway zacisnął pętlę kibicom, zabrał czas, nie ma nawet chwili na dyskusje. Herbata stygnie. Żali się do mnie żona jednego z kibiców, że mąż zaniedbuje obowiązki domowe, bo codziennie tylko żużel od południa do północy. Więc uspokajam: są szybkie przerwy, można wiele, tylko trzeba chcieć panowie. Ludzie z żużlowym krwioobiegiem nie mają łatwego życia, pandemia z wirusem w koronie wytworzyła tempo i atmosferę expressu Paryż  – Marsylia. Pilnujmy jednak rozsądku.

W tytule felietonu jest Australia… Tak. Mówi i pisze się o żużlowym świecie a gdzie ten świat? Speedway jest obecnie głównie europejski, gdyby nie australijscy zawodnicy, byłby tylko w skansenie Starego Kontynentu i z kalifornijskimi migdałami. Młodzi chłopcy z talentem do ścigania w extremie i duszami kangurów przylatują do Europy z drobnymi oszczędnościami i pilnie żyłują swoje ambicje, głównie na polskich klubowych uniwersytetach. Bez nas nie ma dyplomów. Nabierają więc szybko wiedzy o życiu i żużlu. Taki np. Jaimon Lidsey/ ur. 1999/, który zapoznał się z Rawiczem, przedmurzem Leszna a w Unii, u mistrzów Polski ten sympatyczny chłopak o twarzy niewiniątka, daje upust swojej radosnej ambicji bycia coraz doskonalszym, podobnie inni np. Rohan Tungate, Jack Holder. Australijczycy mimo nieszczęść/ porażenia: Leigh Adams, Darcy Ward/ pragną być wirtuozami na torach. Obdarzeni magicznym talentem, lecą do Europy na korepetycje, naukę i nie zapominajmy, że przecież u Aborygenów narodził się  dawno temu speedway. Europa kupiła go na pniu za sprawą Johnnie Hoskinsa. Polska jest dla “Kangurów” konkretną szansą sportową i życiową. I odwrotnie, dla naszych klubów rodzi się okazja do atrakcyjnych sesji wyścigowych. Australijskie “zasilanie” stwarza widowiska na miarę światowych, dawnych, legendarnych mistrzów z Antypodów. Ponadto dla europejskiego żużla australijski zastrzyk talentów buduje optymizm, że “kangurowy kontynent” podtrzymuje markę pn. ŚWIAT.

KOGUCIKI I BALONY

Rozbujały się rozgrywki ligowe, inne turnieje, zbliża się serial Grand Prix, wersji polskiej z dodatkiem Pragi. Takie niby nic a jednak. Jak musimy, to musimy. Zawieszamy sobie makaron na uszy, jest dobrze? Worek pytań ma dziury, wylatują kwestie dręczące, jedne nowe, drugie stare, kiedy wszystko skończy się, będzie czas na oceny, na razie dystans powoduje umysłową rezerwę na wnioski. Obok nas koronawirus szaleje, ludzie lekceważą obostrzenia, we Włoszech za brak maski u klienta w sklepie zamykają na 30 dni interes. Strach musi mieć duże oczy, zwłaszcza w Polsce, gdzie “demokratyczna” bezczelność wyzwala moce piekielne. Bywam tradycyjnie w filmowym zakątku Polski nad Wisłą, gdzie dobrze rozmyśla się o sprawach rozmaitych. Miasteczko jest kolorowym, malowniczym zabytkiem, czas płynie jak Wisła wolno, acz twórczo, zwłaszcza dla artystów różnej zawodowej konfiguracji. Jestem tam co roku bez nudy żadnej, dostaję karmę do pisania nie tylko o żużlu, zresztą mam blisko do stadionu, gdzie mecze są atrakcyjne nie tylko z powodu oglądania z wysokości 20 metrów. Rozpuszczam myśli na wszystkie strony mojej głowy, speedway jest w krwiobiegu. Także piłkarska wyposzczona Liga Mistrzów w cudownej Lizbonie, bo jak grać, to na całego, codziennie, w południe, w nocy, lecz nie byle gdzie. I w dodatku Robert Lewandowski! 

WRACAM do tematów starych, nowe docierają także. Hejty lecą jak zgniłe jabłka z drzew. Liczę naiwnie, że władze Ekstraligi przepisami ochronią strefy sportowej intymności, bo każdy zawodnik musi czuć się najzwyczajniej swobodnie w stresie. Bez podsłuchu i podglądania, tylko męskie “granie”.

W jednym z poprzednich felietonów wspomniałem o bydgoskim juniorze, który poobijany okrutnie wyjechał na tor, żeby zdobyć punkt. ”Ojcowie” drużyny puścili go nie wiem po co, gdyż i tak ten punkt nie był wart funta kłaków. Zdrowie zawodnika zostało przecenione, bohater sam wycofał się z jazd, bo organizm odmówił posłuszeństwa. Żużlowcy są poobijani fest. Obojczyki “spawane” przez angielskiego speca dr Briana Simpsona w Ipswich od ponad 20 lat. Złamany obojczyk ale za tydzień jest mecz, więc koszty nie ważne, nie istotny gwałt na organiźmie, więc etyka lekarska Mr. Simpsona jest skrótowa. Kości połączone i gość gotowy do walki. Speedway nie jest brydżem, tu się ściga, pędzi, przewraca. Widowiskowe karambole ze skutkiem często tragicznym pogłębiają wcześniejsze niezaleczone kontuzje. Po co ja to piszę po raz setny… Ano mam nadzieję, że szare komórki wniosą wreszcie coś zdrowego.

OSTATNIO w żużlu mamy interesującego dawcę sensacji. Milimetr NITRO robi karierę, wzmacnia metanol i paliwo jest extra napędem. Sprawa nie jest taka nowa, obostrzenia w parkingach ułatwiły dystansem pewne zachowania w sztabach technicznych. Motocykl zasilony nitro pędzi – jak oświadczają mędrcy świata, monarchowie żużlowi – po pewne zwycięstwa. Fair play jest podobne temu, jakie doświadcza bezkarny Maks Drabik jr, któremu za stosowanie niedozwolonego środka wisi kara i spaść nie może. ”Zjawisko” jest zgubne i wyrabia opinię, że jedni mogą a drudzy cierpią. Jest wina, powinna być kara. Nie chcę być mentorem, synów swoich wychowałem, lecz przewlekanie wyroków osłabia moc winy, sprawia, że winowajcy czują się bezczelnie bezkarni. Co może w tej sprawie powiedzieć Patryk Dudek, którego dotknęło szybkie rozstrzygnięcie POLADY?!

METANOL jest towarem podatnym na wzmocnienie, jak każde paliwo… Tajemnicą poliszynela był fakt, który raz zamierał, raz odradzał, że coś nie gra z szybkościami niektórych zawodników. Były przecież kontrole, lecz pandemia i dystans do testów spowodowały rozluźnienie. Polak na to jak na lato… Potrafi? “Metanowirus” jest milimetrowy a jak skuteczny/ ile kosztuje?/ działa czasowo. A więc do dzieła komisarze techniczni, badajcie, wyciągajcie wnioski. Kary? Drabikowe casusy? Wokół speedway’a aura jest barwna, często dramatyczna, nie kończące się sekwencje, jak w filmach Scorsese, Llosy, Scotta. Brakuje tylko muzyki, jest tło i zdarzenia, złamania kończyn, kręgów. PSYCHICZNIE jako tako, lecz nie do końca, bo łez szczęścia i żalu są hektolitry. Nieżyjący mechanik, kiedyś Częstochowa, potem Zielona Góra – Tadeusz Tumiłowicz opowiadał mi różne historyjki z wypraw do dawnego Związku Radzieckiego. Oto kiedyś przyjechała polska reprezentacja do Czerwonogrodu i zwyczajowo na stadionie stała beczka metanolu. Podjeżdżają z motocyklami do tankowania a paliwo czarne niczym smoła i paskudnie śmierdzi… więc pytają, co to jest? A gospodarze z rozbrajającym uśmiechem: “ Żeby nasi nie pili”. No tak a na beczce trupia czaszka. “Na zdarowie!” Można? Życie na wschodzie ucieka a chce się pić. Speedway nie jest kaszą gryczaną, kefiru na popijanie nie potrzebuje.

Dobrze, żarty za bandę, tajemnice poliszynela wirują i mamy /podobno/ strzykawkowe przenikanie kropli NITRO, które dają szybki power, trzeba od razu zrobić wjazd pod taśmę i uciekać. Interesujące, czym się skończy ta wychodząca z mgły nitro future afera.

LIGA nabiera rozpędu. Krążą różne wersje jej zakończenia. Doleciała do mnie taka wieść, że być może koranawirus może mieć wpływ na ostateczny układ tabeli. Dywagacje trwają głównie jeśli chodzi o dolny rejon tabeli. Kibice penetrują, są świetnymi komisarzami ocen,  trafnych opinii, niektórzy biją na łeb i szyję romaitych ekspertów, którzy mijają się z prawdą. Żużlowy poker w głowach robi mętlik.

O czym się jeszcze mówi i co śmieszy? Jeden z prezesów Ekstraligi ma duże parcie na “szkło”, toteż jego przebywanie w parkingu i latanie wokół, jest jak powiedział mi jeden z psychologów zwykłym leczeniem kompleksów. Zdarza się raz po raz, demonstracja klubowej władzy; jednych deprymuje, klakierzy popierają, choć w duszy nie mogą ścierpieć, jeszcze inni czekają, kiedy skończy się taniec pryncypała. Najczęściej sytuacja wyjaśnia się wraz z degradacją drużyny. Nie ma co owijać w papier toaletowy, rybnicki stan nie jest dawnym górniczym stanem, gdzie tak znaczyło TAK, a nie po prostu NIE. Z kręgów wtajemniczonych płynie info, że prezes zraża sobie ludzi.Nie od dziś, sprawa charakteru. Sport jest dziedziną, która powinna, mimo rywalizacji, łączyć, zawierać kompromisy i słyszę, że drzwi zatrzaskuje się z hukiem a nie otwiera życzliwie. Mur. Jak nazywa się uwielbienie samego siebie? NARCYZ. Nie jedyny przykład w żużlu, niestety. Rybnik żużlowy jest tradycją oplecioną znaczącymi sukcesami, nazwiskami reprezentantów Polski, medalistami mistrzostw świata. Czas najwyższy na powrót do dumnej przeszłości, bez zabawy w piaskownicy i udawania, że nic się nie stało. Speedway przy ul. Gliwickiej/ po jednej stronie jest stadion a po drugiej szpital psychiatryczny i można się pomylić/ potrzebuje konkretnego prezesa, bez latania między motocyklami i robienia show rym cym, cym. Broni go szef RN PGG ROW, powołując się na jeden/?!/ wygrany mecz i mówi o hejtowaniu. Modne słowo wytrych na każdą okazję. Obrona ma wersję : “wielkiego pasjonata”. Otóż podkreślam –  żużlowych pasjonatów w Polsce jest kilka milionów i nie każdy ma chłopski rozum. Rybnicka historia żużlowa zasługuje na normalność, ratowanie prezesa przez prezesa z jednego gniazda, to dopiero pandemia wspólnego uwielbiania. Nie tylko kibice mają dość dziecinady w ciemnych okularkach i jak się jeszcze okazuje w różowych. Broni ojciec, broni matka i uciekają latka… Rym, cym, cym…Rybnik musi odzyskać autorytet marki sportowej, jak było od zarania.

LIGOWE mecze zaskakują, jest nieobliczalnie, pycha dostaje po plecach, same nazwiska nie jadą, liczy się forma i spryt zawodników, doświadczenie coachów. Ekstraliga funduje wyścigi na zawał serca, ale, ale… Pora najwyższa na polskie, młode talenty, bo wystarczy zagranicznych wyświechtanych “pracowników” klubów, którzy jeżdżą w kratkę. Co polskie – lepsze i zdrowsze, tylko, że ONI jr. muszą mieć szanse startów sprawiedliwych. Konkurencja powinna być męska, bezlitosna w wyborach składów, wtedy poziom wzrośnie. Nie może być świętych krów, bo inne już mamy pastwiska. Zero pobłażania dla bylejakości. No to co? Zakładamy maski i jedziemy. Play –  offy pod specjalnym nadzorem? A na jakich torach? –  Do walki, mijanek, czy na nudnym klepisku? Za tydzień o serialu Grand Prix, który spadł jak meteor. Kompresja “kolorowych jarmarków”: fajne koguciki na drucikach, balony dmuchane i ostre jazdy.

Holta hula

“Get the f..k away”… angielski jest już tak znany w tym kontekście, że pomijam o co chodzi. Otóż tak odezwał się mocno zdenerwowany po wykluczeniu z wyścigu, bardzo ważnego dla losów meczu w Częstochowie pomiędzy Włókniarzem a Falubazem Zielona Góra – Rune Holta (47 l.). Posypał się hejt. Skandal w parkingu, na stadionie. Były mistrz Polski, Norweg z polskim paszportem od lat wielu, tak odezwał się do kamerzysty TV. To jest zona pewnej intymności sportowej. Kamery nie docierają do szatni innych sportów, Robert Lewandowski ma spokój nie można deptać po piętach, kiedy człowiek jest w pracy. Ciekawe, gdyby komuś kamera wjechała bez pukania przy… goleniu. Jest miejsce publiczne i pole dla sportowców pobudzonych adrenaliną, gdzie potrzebny jest takt, wyczucie sytuacyjne operatorów, reporterów. Nikt nie pyta aktorki X jak się spało z aktorem Y na planie… Był orgazm? Ile?  Incydent w Częstochowie nie jest pierwszym tego typu, żużlowcy chcą spokoju i mają prawo poskrobać się tam, gdzie nie powinno zaglądać oko publicznej kamery. Nie można kupować praw do podglądania. Stop, koniec. Spodziewam się, że władza Ekstraligi zapewni zawodnikom strefy zakazane wyłącznie dla siebie. Publiczne podpatrywanie, podsłuchiwanie, manipulowanie uczuciami, a każdy ma prawo do intymności zwłaszcza w stresie, to bardzo paskudna ułomność. Holta był w swoim „stadionowym domu”, powiedział co myślał. Na gorąco!

Trzymaj się ze skandynawskim chłodem Rune. Szwoleżer znad fiordów. Hej!

Z ostatniej chwili. Nie skomentuję: https://sportowefakty.wp.pl/zuzel/894771/zuzel-rune-holta-poniesie-konsekwencje-za-atak-na-kamerzyste-zawodnik-wlokniarza