2 listopad 2009

Kto chce, ten ma?

Czytam książkę Riny Frank „ Każdy dom potrzebuje balkonu”. Trawestuję ten tytuł do czegoś innego. Otóż każdy klub potrzebuje dobrego stadionu, każdy zespół potrzebuje mistrzostwa, każde środowisko potrzebuje światowej imprezy, potrzebuje autorytetu, który poprowadzi do zwycięstw organizacyjnych i sportowych.

Zielona Góra. Bardzo chciała po osiemnastu latach; klub i miasto. Prezes Robert Dowhan jest motywacyjnym człowiekiem, który zbudował team, stworzył warunki do wygrywania. Falubaz jest mistrzem Polski po odwlekanych meczach torpedowanych pogodą, bo któż układa tak ryzykownie kalendarz. Giekażet, polska władza żużlowa istnieje tak, że gdyby jej nie było nic by się nie stało i same kluby, spółkowa Ekstraliga dałyby sobie radę. Do tego jeszcze wrócę poniżej, ale na razie jestem przy Zielonej Górze, tam gdzie kiedyś wyjechali na tor Andrzej Huszcza, Henryk Olszak, Jan Krzystyniak, Maciej Jaworek. Z warsztatu wyłaniali się dobrzy mechanicy, stamtąd są szkoleniowcy Jan Grabowski i  Czesław Czernicki. Była paka, były mistrzostwa, młodzież tamtejsza, nie z  importu szalała po torach polskich i zagranicznych. Zgrzeblarki, Falubaz, Morawski/ Zbignew/ co zbierał runo leśne i wkładał kasę w atrakcyjne imprezy. Szwed Jimmy Nilsen tam dorobił się dużych pieniędzy, a Norweg Lars Gunnestad? Zielonogórskie towarzystwo żyje żużlem, ma swoich lobbystów i tak jak kiedyś słynny był pobliski Drzonków, olimpijska baza pięcioboistów z Januszem Peciakiem, mistrzem nad mistrzami, tak teraz najlepsi w Polsce są żużlowcy z Zielonej Góry. Miasto słynie z winobrania, winiaku co kręci, były tam festiwale piosenki radzieckiej i samowary wręczane zwycięzcom. Nie ma co się wstydzić tych festiwali, niczego co produkuje zielonogórska formacja. Teraz jest speedway na fali. I trzeba powiedzieć, że czasy tak się zmieniły, iż drużyna jest sformowana i oparta na zacięznych zawodnikach, acz talenty nadal się pojawiają, wyrastają i ten tytuł po latach na pewno przyciągnie z pięknych okolic chłopców, co będą chcieli ścigać się tak jak młodzi Grzegorz Zengota czy Patryk Dudek Byłbym nie fair gdybym nie wspomniał o wychowankach, którzy kosztowali chleba w innych klubach, a dziś zasilili mistrza Polski,  Piotr Protasiewicz  i Grzegorz Walasek są zawodnikami, od których młodzież może się dużo uczyć. Klub ma historię i wytworzył pewną kulturę żużlowego bycia. Są talenty, które eksplodują. Miasto widzi szansę w tym klubie, w tym entuzjastycznym widzeniu sportu, który dla Zielonej Góry jest wizerunkiem mistrzostwa w Polsce. Falubaz zdetronizował po odwoływanych meczach Unibax Toruń i muszę powiedzieć, że wygrała determinacja, ogromna wola zostania mistrzami, przy jakby pasywnej woli torunian.

Falubaz zatem mistrzem rzutem na taśmę, kiedy już niektórzy widzieli małe szanse na zakończenie tego sezonu, bo Zaduszki były tuż, tuż To czytelny i ostrzegawczy sygnał, wręcz żółta kartka dla wspomnianego oklapłego w poczynaniach Giekażetu, również dla spółkowej Ekstraligi, że kalendarz rozgrywek musi być inaczej ułożony, bardziej zwarty i bez monstrualnych przerw.

W zasadzie słaby Giekażet, nie bierzmy sukcesów sportowych pod uwagę, jest  na rękę nadrzędnej władzy czyli Pezetmotowi, bo może raz po raz pogrozić palcem i przy dobrej technokracji sprawdzonych działaczy kończyć dzieło na swoje konto.
Konto byłych mistrzów Polski czyli Unibaxu Toruń jest wypełnione… nowych stadionem. Angielska „Speedway Star” przy okazji GP w Bydgoszczy odwiedziła toruńską Motoarenę i tytuł jest taki – FANTASY SPEEDWAY. Reportaż jest entuzjastyczny; 19 czerwca tam odbędzie się debiut w formie turnieju Grand Prix. Tak a propos w nowym kalendarzu Grand Prix na 2010 rok nie ma Łotwy, zamiast słoweńskiego Krska jest chorwacki Gorican, a reszta bez zmian, otwiera sezon Leszno, kończy Bydgoszcz. Serial Grand Prix ma polski krajobraz. Nie ma nowych atrakcji pozaeuropejskich, a na Starym Kontynencie dominacja Polski ruguje innych, ale przecież ich nie ma, natomiast  IMG/BSI dzierżawcy serialu GP nie chcą ryzykować i wolą polskich, wypróbowanych przyjaciół. Kiedy wyrósł taki stadion w Toruniu, szybko i zaraźliwie dobry dla innych, nie ma o czym mówić. Polska jest wodzirejem i jeszcze charyzmatyczny Tomasz Gollob, który przywozi fanów na inne stadiony. Jest dobrze mówią koneserzy. Tak?

Każdy dom potrzebuje balkonu… Polska żużlowa władza nigdy nie miała takich referencji. Ani przywódczo – sprawiedliwy, człowiek wojskowy płk. Rościsław Słowiecki, o którym krążą legendy, ani inżynier wiedzy technicznej uznanej szeroko poza FIM Zbigniew Flasiński, ani piekielnie dokładny w paragrafach i papierach Andrzej Grodzki… nie mieli, mimo opatrznościowego męża żużlowego stanu Władysława Pietrzaka, prawdziwego ambasadora żużlowego od Tokio po Los Angeles, takich wyników i tyle imprez jak Piotr Szymański, który schedę objął cicho, namaszczony przez władzę ze stołecznej Kazimierzowskiej. Ile zasługi Giekażetu i jej szefa w tym wszystkim, co jest przypisane teraz polskiemu żużlowi proszę sobie odpowiedzieć samemu. W życiu trzeba mieć szczęście, lecz można potykać się na decyzjach grudziądzkich, ostrowskich, na kalendarzu spreparowanym jak tratwa na oceanie. Giekażet sobie, sukcesy lecą z nieba, młodzież wyrasta dorodnie, mamy ligę przy angielskim kryzysie najlepszą w Europie, stadiony daj Boże, imprezy bierzemy jak leci, najlepiej wszystkie, co jest niemożliwe. Co jest możliwe, to możliwe, ale mnie się zdaje, że w tym wszystkim warto słuchać, co mówią ludzie na trybunach. Na szczęście nie to, co chcą zrobić inni ze związkiem Laty, czyli PZPN. Żużel nie jest chamski od zarania i na tym polega jego siła. Jest wyjątkowym zjawiskiem przy swojej autoagresji na torze. Jego groza i niebezpieczeństwo jakby uspakajało trybuny wypełnione rodzinami z dziećmi. Inne sporty słusznie zazdroszczą, acz nie wszystkie bo taka np. siatkówka ma cudowną widownię i atmosferę do pokazywania, do powielania w zachowaniach. Tylko futbolowe towarzystwo w swojej agresji i zwyrodnieniu wymaga zresetowania.

Zacząłem od Zielonej Góry. Kończę więc fragmentem mistrzowskiej etiudy, która wypełniona ambicjami i chceniem bycia na tronie królewskim wysadziła z niego klub z najlepszym stadionem żużlowym, a po drodze innych konkurentów.

W tym wszystkim rodzi się fundamentalne pytanie dla przyszłości, ile kosztuje mistrzostwo i czy kryzys tak nagłaśniany nie tak dawno przez grupę prezesów klubowych trzymających władzę ma jakieś skutki. Wątpię. Tak jest co roku; płacz i eskalacja. Polski żużel jest pod każdym względem fenomenem, którego trudno zrozumieć innym nacjom, a mnie już nic nie dziwi. Nawet odtajnienie zarobków klubowych w Gorzowie Tomasza Golloba, co odbiło się szeroko po Polsce chocholim echem. Bezbolesna szczerość. Widać potrzebna prezesowi, jak balkon domowi.

31 październik 2009

Wróżby i realia

Duńska dobrze zmrożona anyżówka jest dobra na wszystko. Z łososiem to już niebo w gębie. Piszę o tym w kontekście odejścia Ole Olsena z funkcji dyrektorowania serialem Grand Prix. Nie był reżyserem, był zarządzającym, teraz jak się anonsuje przygarnie pod dach FIM, który potrzebuje takiego doświadczenia olsenowskiego, raczej CCP, czyli jedna z komisji, która ma pieczę nad żużlem. W gruncie rzeczy Międzynarodowa Federacja w osobie Duńczyka może mieć adoratora. Jestem od dawna oponentem serialu w takiej postaci, jego formą i uporczywym narzuceniem w takiej postaci rozgrywania mistrzostw świata. Mam prawo? Jakim Ole będzie ambasadorem żużla? Pokaże czas, myślę, że powinien zmienić pewne trendy, ale skoro tego nie zrobił teraz, to czy zrobi na stołku działacza międzynarodowego? Mam wątpliwości, bo lifting mógł być zrobiony dawno temu. Serial leci i raz po raz słyszę o próbach jego ekspozycji albo na Antypodach albo w USA. I jak życie pokazało ani w Europie nie bardzo ruszyło się w ekspansji ani poza Stary Kontynent. Błagam, nie patrzcie przez pryzmat polskiej frekwencji na żużel. To jest skrzywienie obrazu, wykoślawienie rzeczywistego stanu poza Polską, w świecie. Nie patrzcie na ten sport zielonogórskim spojrzeniem lansowanym przez celebrytów, choć nie lubię tego określenia używanego raz na lewo, raz na prawo. Jak na razie Europa trzyma ten sport w garści zaciśniętej przez polskich działaczy. Planuje się trzy polskie edycje GP w następnym sezonie. Może potem być jeszcze więcej? Mamy takie zapędy, czyli załóżmy, iż na 10 czy 11 turniejów mamy 3. Dominacja. Kategoria juniorów też jest przez Polskę kokietowana organizacjami. Własne ściany wypaczają często sens. Ale nie ma rady na zakusy. Sądzę, że Olsen mając teraz więcej czasu na rozważania, niejako obejmując funkcję ambasadora żużla przedstawi program swojej wizji. Szefem wspomnianej CCP jest Norweg Roy Otto, który na pewno będzie pod wpływem Olsena. Otto nie jest postacią kreatywną jak pokazało jego funkcjonowanie w Komisji Wyścigów Torowych. A Mr. O.O. jest! W CCP wiceszefem jest doświadczony Duńczyk Joergen Jensen z gundersenowskiego Esbjergu, dla którego Olsen jest wyrocznią. Tak jak chyba dla wszystkich pozostałych, bo nawet jak solowa, polska strona będzie miała inne zdanie, zostanie przegłosowana. Skandynawowie zatem rządzą. Nowym  dyrektorem serialu GP jest Tony Olsson, Szwed. W CCP jest jeszcze były sędzia Christer Bergstroem/ był arbitrem w pamiętnym finale indywidualnych MŚ na Stadionie Śląskim w 1986 roku oraz fiński były zawodnik Ilkka Teromaa. Członków CCP jest 13. Polska jest bardzo wygodnym partnerem, bo bije się o imprezy, organizuje a rządzą inni. Taki jest układ międzynarodowy. Są tam figuranci, bywalcy i przyjdzie czas na ich prezentację. Spodziewam się, że Olsen ma szanse na korekty, acz nie wiem czy to zrobi, mimo darzenia go wielkim szacunkiem za wczoraj i dziś. A co będzie jutro?

Bydgoski turniej GP był jego ostatnim i tam okazano mu dowody tego szacunku. Duńczyk zna polski grunt od podszewki, nasze słabości i mocne strony. Turniej był wspaniały, mimo, że nie wygrał Tomasz Gollob. Była walka, była ostateczna sprawiedliwość na podium. Australijczyk Jason Crump dojechał po trzeci złoty medal. Tomasz Gollob ze srebrem, brawo. Nie szalał srebro bardziej się świeci od brązu a ten przypadł objawieniu sezonu Rosjaninowi Emilowi Sajfutdinowowi. Czy ktoś na początku sezonu, nawet po wygraniu premierowego turnieju w Pradze widział bydgoskiego Emila na tym miejscu w finale GP? Ten mołodiec jest napakowany twórczą energią, podpierany przez dobrze dobrany team. Emil starej elicie uprzytomnił, że jest nowa fala i kiedy obok niego pojawią się Anglik Tai Wofinden, Australijczyk Chris Holder będzie co oglądać. A gdyby jeszcze dołożyć innego „kangura” Darcy Warda, nastoletniego to obniżenie średniej wieku uczestników GP wyprostuje się linia starzenia. Anglicy są w defensywie, ligowej, kadrowej. Nie widzę oznak poprawy, mimo, że na Wyspach zainteresowanie, co widać po GP w Cardiff, jest wciąż nostalgiczne i ożywiane wspomnieniami dawnego Wembley zawodnikami światowego formatu. Regres tam jeszcze potrwa, a ten upadek rzutuje też na rozwój speedway’a w Europie, na świecie, jakby nie patrzeć optymistycznie.
A propos optymizmu…Padają uporczywe pytania czy Tomasz Gollob wreszcie zdobędzie złoty medal MŚ. Podobało mi się jak powiedział po bydgoskim turnieju, że dopóki będzie jeździł na żużlu nie straci wiary w zdobycie tego medalu, bo ma przecież dwa srebrne, cztery brązowe a medal marzenie wciąż pozostaje marzeniem. Moja zacna babcia mówiła, że jak się bardzo chce i nie traci wiary spełnią się sny. Sen Tomasza Golloba o złocie trwa, budzą go teraz  Emil, Tai, Chris…

Dobrze, dobrze… a czy myślicie, że Duńczyk niepokornego stylu Nicki Pedersen odpuści? A Crump? A co na to niespełniony Szwed Andreas Jonsson? No właśnie, mamy grono nie tak liczne lecz śliczne do walki o podium. Najstarszym zawodnikiem przyszłorocznego serialu będzie Greg Hancock, Amerykanin niezwykle uparty w walce, technicznie jeżdżący i ciągle w kondycji, choć bez szczęścia sportowego. Jemu nic nie przychodzi łatwo, choć jest pracowity jak mrówka i sympatyczny dla wszystkich. Zjechał z areny równie sympatyczny Australijczyk Leigh Adams, podobny w strukturze jak Greg. Leigh jest gościem do naśladowania, zawodowiec i nienaganny w manierach sportowych oraz życiowych. Kariera bez wrzasku, również  bez złotego szczęścia w decydujących jazdach. Adams może być świetnym cochem australijskiego temu, gdzie na razie rządzi Craig Boyce. Australijczycy hodują niezłych następców i „kangury” skaczą sobie daleko.

Polskie wizje poza Gollobem zamykają się w trójkącie, gdzie są jeszcze poza nim Jarosław Hampel i niewiadoma uczestnictwa Rune Holta, norweski zawodnik z polskim paszportem. Rune potrafi pojechać tam, gdzie inni zamykają oczy; czuje się jednak zmęczony i nie jest pewny startu. Gdyby zrezygnował może nominację dostać np. Adrian Miedziński, choć inni przewidują inny wariant, ale nie wywracajmy się za często na byle czym. Tak a propos…

Czas na luz, sezon za nami nie licząc kalendarzowej mordęgi z ligowym finałem, ale skoro brakuje decydentom zdolności przewidywania w naszej pogodowej scenerii, mamy więc rozmyte emocje. Irytująca zagrywka, taki spóźniony deser, który trzeba zjeść mimo, że już goście najedzeni. Trudno. Nawet Olsen nie pomoże jak sobie sami nie ułożymy kalendarza rozgrywek, oferując emocje w skondensowanej formie. Powiało więc zmrożonymi podnietami w finale ligowego sezonu. Wyobraźni zabrakło i koniec.

Hm, nie do końca… bo jeszcze mamy toast na cześć Crumpa, Golloba i Olsena. Anyżówką? Może być.

18 październik 2009

Wszystko w jednym

420618.501

Gdyby przyznawano Oskary w tym sporcie, takie jak filmowe dostałby za całokształt na pewno. Gdyby rozpatrywano w tej kategorii przyznanie sportowego Nobla miałby szczęście otrzymać. O innych trofeach nie wspominam, ważne sportowe otrzymał, wywalczył na torze, nie było łatwo, był połamany, lecz szczęśliwie dotarł do końca kariery żużlowca, a potem zaczęło się na nowo i trwa, trwa. OLE OLSEN figura dużego formatu w światowym speedway’u. Ojciec zwycięskiej epoki duńskich żużlowców, która zapoczątkowała wysyp talentów i jazdy na  podium mistrzostw świata.

Odkurzam pamięć. Kiedy go poznałem? Dawno.

Poleciałem  do Londynu na WEMBLEY w 1975 roku. Polska ekipa tradycyjnie zamieszkała w hotelu „Carnarvon”. Wembley było magicznym obiektem dla żużlowego świata, bo tam rozgrywano najczęściej finały ostateczne. Tajemnica Wembley była taka, że każdy wiraż był inny a po starcie najwęższy. Nie było wówczas jeszcze przepisów normujących wymiary łuków i prostej, chyba właśnie ten nietypowy tor był początkiem dyskusji na temat normalizacji. Jednak wtedy było tak nietypowo, inaczej niż na kontynencie, zresztą do dziś Anglicy mają swoje odmienności wywodzące się historycznie chyba z imperium i panowania nad większością świata. Wembley miało przecudowną atmosferę 90 tysięcy widzów zgromadzonych wieczorem pionowo na trybunach skąd ryk tłumił wszystko co się poruszało na dole, na torze na murawie. Ole Olsen wygrał wtedy mistrzostwo świata indywidualnie po raz drugi, bo pierwszy raz to zrobił cztery lata wcześniej na Ullevi w Goeteborgu. Ole wjechał w ścisłą elitę światowego żużla, rywalem największym był nowozelandzki triumfator na różnych torach, w rozmaitych kategoriach wyścigów na torach krótkich, długich także. Olsen również taki był.

Kiedy w 1978 roku znów na tym magicznym Wembley w asyście byłych mistrzów świata przybyłych do Londynu na uroczystość 50 – lecia  światowego żużla, Duńczyk po raz trzeci zdobył złoty medal urósł do faworyta wielu imprez. Nikt wtedy nie przeczuwał, co wymyśli ten zawodnik obyty na angielskich torach, macierzystych w Newcastle, Wolverhampton i Coventry, że wymyśli własny stadion, autorskie turnieje, zaszczepi sukcesję innym i stworzy w małej Dani potęgę żużlowych ścigantów. Nie podaję teraz statystycznie jego dorobku; kronika jest bogata, trzy tytuły mistrza świata, jeden na długim torze kilka triumfów w silnym wtedy turnieju o Zlatą Prilbę Pozłacana Jawa zdobi hall sympatycznego hotelu Norden w Haderslev.

HADERSLEV. Ciche miasto, kameralne, bruk uliczek i plusk kaczek,łabędzi na miejskim stawie. Przystań żeglarska koi nerwy, tam się odpływa i przypływa. W takim Haderslev urodził się Ole i tam go odwiedziłem w 1979 rok, kiedy organizował na stadionie w Vojens, 12 kilometrów od miasta swojego urodzenia finał mistrzostw świata par. Wygrał z Hansem Nielsenem, a Edward Jancarz i Zenon Plech wzięli po brązowym medalu. Rodzinny dom był też miejscem interesu Olsena, gdzie sprzedawał z drugiej ręki Hondy i BMW. Auta. Serwisował. Żona Ulla była wierną towarzyszką  w jego karierze. W 1972 roku urodził się syn Jakob, który mimo starań i ambicji ojca jednak żużlowcem nie został. Nie każdy ma te same geny co ojciec. Pomagał potem ojcu w imprezach, był coachem reprezentacji. W 1979 roku Olsen był wielki, bo w 1978 roku na ulokowanym, daleko poza zabytkowym i ślicznym miastem bawarskim Landshut, nad rzeką Izarą, zgrabnym stadionie na wsi Olsen razem ze swoimi podopiecznymi wywalczył złoty medal. Zrodził się „gang” Olsena. U burmistrza Landshut nie brakowało piwa, bo zawody były udane, choć na chwilę tam zgasło światło. Landshut było modelem stadionu w terenie daleko od domów, co przy dzisiejszej dyskusji nad decybelami motocykli żużlowych nabiera znów znaczenia.

OleOlsen

Olsen nazywany twórcą potęgi żużlowej Danii miał pomysł na stworzenie takiej siły, był realnym wizjonerem duńskiej sytuacji, szkolenia małych chłopców a nawet dziewczyn jazdy na mini torach. Sam tego doświadczył i kiedy miał lat naście był mistrzem Danii. Zaczynał skromnie, nigdy nie był milionerem na pokaz, zbudował autorytet nie tylko dzięki sportowym sukcesom lecz także tym, co miał w głowie i potrafił swe myśli sprzedać innym, i zrealizować pomysły. Vojens było projektem kapitalnym ponieważ przyciągało turnieje światowe, więc Duńczycy mieli i mają folwark w wymiarze globalnym. Budowanie drużyny narodowej zaczęło się kiedy jeszcze startował, wjazd jego następców na salony był naturalną koleją czasu: Erik Gundersen, Tommy Knudsen a przede wszystkim taki drugi Ole, czyli Hans Nielsen. Zawodnik zimnokrwisty, technik, perfekcyjnie wykorzystujący silniki do swoich celów mistrzowskich. Jan O. Pedersen, podobny do Erika, bardziej spokojny. Obaj zostali przez fatalny los wyrzuceni za burtę czynnego uprawiania sportu; ciężkie kontuzje nie pozwoliły kontynuować karier.
Czy Nicki Pedersen jest sukcesorem, spadkobiercą olsenowej epoki? O tak. Jest, w innym stylu, choć jak się przyjrzeć to Duńczycy kochają speedway i nie są w nim chłopcami do bicia, sami potrafią skutecznie zaatakować. Ole Olsen, podobnie jak i Bo Wirebrand, szwedzki coach, doceniał silną ligę angielską. W latach 70/80 była ona doprawdy mocna. Miała asów, którzy windowali ją w górę, ludzie przychodzili na stadiony, samo Wembley czy White City w Londynie były trendy.

Potrafił w tym tyglu znaleźć się i dążył ambitnie do celu. Z jednej strony własne gniazdo stadionowe, z drugiej wyłowione talenty windujące Danię na szczyty, dopingujące innych do takich samych celów.
Przyszła sportowa emerytura, dla jednych wieść okrutna. Nie dla Olsena! Biznes w Vojens, ale nie taki o jakim marzył, tym bardziej, iż po 1988 roku po finale mistrzostw świata nie bardzo wszystko układało się dobrze. Wspólnicy bywają różni, nie tylko w Polsce. Olsen Myślał o świecie i ten świat wymyślił nie tylko dla siebie, wprawdzie jak się przyjrzeć to Europa ale ambicje zostały zrealizowane znowu. Zrodził się w 1995 roku serial Grand Prix, Ole został dyrektorem jako główny animator tego przedsięwzięcia. I tak poleciało, ile już lat? Zawsze w napięciu, zawsze gotowy do „skoku”. Turnieje Grand Prix stały się „zawodem” Duńczyka, który zaczął w innej roli, bardzo aktywnej w tym świecie, być obecnym wszędzie. Bez niego ani rusz. Wszystko w jednym? Nie gloryfikuję ale tak.

Lata lecą jak chmury na niebie. Ole Olsen urodził się 16 listopada 1946 roku. Bydgoszcz’09   finał sezonu i ostatni udział Duńczyka w roli dyrektora serialu Grand Prix. Otrzymuje nowe wyzwanie, będzie dyrektorem do spraw żużlowych w łonie Międzynarodowej Federacji Motocyklowej. Robota nadal, passa aktywności nie zostaje przerwana, bo ten pan ma za dużo do powiedzenia na tym forum, by zostawić go na stadionie Vojens, w pobliskim Sommersted gdzie mieszka, na resztę lat. A więc będzie nadal aktywny, choć już nie tak eksploatowany.
Uczestnik kilkudziesięciu finałów światowych, zdobywca nagrody Fair Play UNESCO, sprytny myśliwy, uwielbiał polowania  u naszych południowych sąsiadów, wypróbowany partner wieczornych rozmów towarzyskich, świetnie tańczy /wziął udział w telewizyjnym show/, lojalny kolega. Nie zawodzi, robi karierę międzynarodowego działacza i nie ukrywam, iż mistrz uhonorowany Złotym Medalem za Zasługi dla Motocyklizmu przez FIM jest realnym kandydatem na wiceprezydenta tej federacji. Może kiedyś tak być.

Lubi dom, rodzinę, lubi piwa czeskie, duńskie, dobre wino. U mnie w Katowicach w 1979 roku spróbował po raz pierwszy śląskiego krupnioka. Był w USA, Australii, Afryce Południowej jako zawodnik. Kiedyś w Malezji, podczas Kongresu FIM odbyliśmy przez palmowe lasy w dużej grupie wycieczkę do Malakki. Wszystko wie o żużlu? Chyba tak. Jego kariera nie była łatwa, jednak ozdobiona medalami, złotymi, granymi hymnami i flagą duńską wyniesioną ponad stadiony. Był poturbowany na torach? A jakże, szczęśliwie. Zawsze patrzył w przyszłość i widział  Danię, teraz będzie musiał widzieć jeszcze szerzej. Zna temat.

OLE OLSEN z małego Haderslev, ze stadionu w Vojens. Napracował się w serialu GP, grał w końcu tam główną rolę a teraz zagra w FIM, który nie jest  mu obcy, bo kto w tym towarzystwie nie zna Olsena? Lubi Polskę, zna jej zakątki nie tylko żużlowe. Startował, wygrywał, przegrywał, balował. Jest postacią, która bogatą karierę przełożyła na przekazanie swoich doświadczeń innym. Cenna cecha, nie każdy tak potrafi i chce. Olsen chciał i dalej chce.
Ole, dzięki bardzo, jak mówią Duńczycy… mange tak.

13 październik 2009

Biały pył szczęścia

Biały kurz z alpejskiego kamienia pokrywał wszystko, jak w kamieniołomach. Dziesiątą rundę tegorocznego cyklu Grand Prix ulokowano pod Udine w Terenzano i tym samym mityczne Lonigo przestało być jedyną lokalizacją speedway’a w poważnych imprezach na terenie Italii. Czy było więcej ludzi? Nie. Włosi kochają motocykle ale bardziej szybkie i idolami są raczej zawodnicy z wyścigów moto, a żużel pozostaje miłością nie tyle odrzuconą, co tolerowaną. Debiut Terenzano wzniecił wielki kurz na stadionie, gdyż tor zbudowany z alpejskiego materiału nie trzymał się podłoża i słabo polewany robił zasłonę dymną. Rodeo było niezłe i odmienne od Lonigo, gdzie tor jest czerwony. W Terenzano Tomasz Gollob na torze parametrami przypominającym polskie obiekty był szybki i swobodnie pokonywał rywali, atakami wzbudzał euforię na widowni, był niedościgniony i nikt mu nie podskoczył, nawet Emil Sajfutdinow, który tam w Italii przekonał się, że jeszcze musi się trochę pouczyć, choć jest talentem nieprzeciętnym i również tak zaczyna jak kiedyś Polak. Tomasz odrobił straty do Emila i mija go dwoma punktami, zbliżył się do lidera klasyfikacji GP Jasona Crumpa. Australijczyk jeździł mocno obolały, po operacjach oparzonej ręki, z poranioną nogą skąd pobrano skórę do przeszczepu. Próbował, walczył dzielnie, ratował punkty dające mu przewagę przed ostatnim turniejem w Bydgoszczy. Jak to los reżyseruje życie, diabelnie ciekawie i frapująco do końca. Gollobowi brakuje 17 punktów do Crumpa, dwoma przeważa nad Emilem z Rosji, który niemal nie rozpłakał się po utracie finału. Zrobił niesamowite postępy, nie pamiętam takiego debiutu na arenie światowej. Czy to się komu podoba, czy nie Emil Sajfutdinow, carewicz żużla może być wielkim napędowym już nieco zmurszałej elity tego sportu. Kiedy do niego dołączy Australijczyk Chris Holder, a może jeszcze ktoś inny dostanie kartę promocyjną turnieje nabiorą barwy i wartości dodatniej.
Nie wiem czy Terenzano jest dobrym miejscem dla żużla, teraz mogę powiedzieć, że tak bo wygrał Tomasz Gollob, lecz chodzi o promocję i satysfakcję dla sportu. Obawiam się, że trzeba szukać czegoś innego i nic na siłę.
Z ziemi włoskiej do polskiej, bydgoskiej. Zwycięstwo Tomasza robi atmosferę komu srebrny medal, bo Crump obroni złoto.Za plecami Polaka Rosjanin, pobudzony do reanimacji światowego żużla Emil, jeżdżący na co dzień w bydgoskiej Polonii. Sytuacja więc wyjątkowo atrakcyjna dla uczestników ostatniego turnieju w tym roku i jak to w sporcie bywa nieprzewidywalna.
Kiedy Rosjanin z polskim paszportem wygrał premierę tegorocznego serialu GP w Pradze byli tacy, co nie wróżyli mu kariery. Potem nabierali wody w usta, potem chwalili, różnie bywało. Popatrzcie jednak jak zmienił się styl walki tego chłopaka 20 letniego, który ociera się jakby nie było o tytuł mistrza świata. Początki każdego, który wjeżdża tam , gdzie już zasiedziałe towarzystwo są trudne i musi pokonywać przeszkody. Emil ma doskonale przygotowany sprzęt, jeździ widowiskowo, jeszcze nie zawsze potrafi opanować szybko motocykl w pierwszym łuku, jeszcze nie umie poradzić sobie z otoczeniem w ciasnym wirażu po starcie, jeszcze szuka rozwiązań, które mają od ręki rywale. Uczy się jednak błyskawicznie. Jego mentor Tomasz Suskiewicz jest wszędzie tam gdzie trzeba. Zadam retoryczne pytanie, gdyby Emila nie było na liście tegorocznego serialu GP, to raczej byłoby ubogo we wrażenia. Tacy zawodnicy robią atmosferę walki, nie przewidywalności. Jego udział pobudza zmysły, tak i rywale muszą nagle liczyć się z młodzieńcem, przed którym jawi się kariera nie byle jaka. Spolszczona rosyjska gwiazda jest na orbicie.
A zatem czeka nas w Bydgoszczy rzadkiej urody turniej i nie wiem tylko jak niebiosa potraktują pogodowo ten termin. W Bydgoszczy wiedzą?

Zjadą tam na pewno na finał wszystkie ważne głowy i będzie niezły kujawiak przy stołach. Analizując tak na gorąco tegoroczne zmagania w GP, muszę powiedzieć, że Tomasz Gollob miał jako nie habilitowany profesor światowej katedry żużla wyjątkową szansę na tytuł najważniejszy. Jakby pokpił od początku sezonu swoje walory i ponieważ Nicki Pedersen też miał nie najlepszą premierę i dyskusje z sędziami, Jason Crump jako doświadczony „kangur” odskoczył na bezpieczną jak się okazuje odległość punktową. Tak się ułożyło w tym roku.

Jak będzie w nowym sezonie?

Tomasz Gollob i Jarosław Hampel, Rune Holta, Jason Crump i Chris Holder, Emil Sajfutdinow, Greg Hancock…Nie wymieniam dalej nazwisk, trzech Duńczyków, po dwóch Szwedów i Anglików… Może Słoweniec, może być jednak trzech Szwedów albo Australijczyków… I jazda po Europie aż do znudzenia. Serial ma swój początek interesujący, bo ta gra wstępna ustawia dalsze walki na torze. Potem po GP w Cardiff siada trochę przez lato atmosfera napięcia, gdyż górę biorą regionalne zmagania ligowe, a kiedy one też mają swój bliski koniec frapująco budzą się emocje na finisz serialu i aktorzy albo dają z siebie wszystko albo zmęczeni i sfrustrowani tłumaczą swoje niepowodzenia np. kulinarnymi dolegliwościami, na szczęście nikt nie zjadł trującego grzyba. Z  uczestnikami GP od lat są widoczne problemy zmęczenia sezonem albo finansowaniem sprzętu. Tory znane są jak własne konta, nie ma co się tłumaczyć, nudne są te wypowiedzi zawodowców, że wybrali do jazdy nie to, co trzeba. Liczy się całość. Nie narzekajmy na tory, nawet te zapylone białym alpejskim kurzem, jak w Terenzano. Tego jeszcze nie widziałem, biała chmura była tam widowiskowa acz uciążliwa, wdzierała się wszędzie.
Tomasz Gollob poradził sobie z tym zapyleniem na betonie i na torze 400 metrowym, niemal jak autostrada, „hymnowo”; pasują mu takie zakola i takie długości. Jest zawodnikiem kompletnym w swoim warsztacie i wiedzy lecz nie ma złotego zwieńczenia, usankcjonowanej „profesury” i nawet jeśli nie uda mu się być mistrzem świata w karierze, to powinien dostać złoty medal Międzynarodowej Federacji Motocyklowej za zasługi, za rozpętanie ongiś gollobomanii i ratowanie cudzego biznesu w rozrachunku serialu Grand Powtórek. Postać wyjątkowa, choć nie dziecko krawężnika, a raczej prostej, szybkości i mijania pod bandą. Tak bywa w życiu, że trzeba mieć jeszcze szczęście poza niewątpliwymi walorami uprawiania zawodu żużlowca w wymiarze globalnym.

I coś na deser…Mistrzyni świata i rekordzistka świata w rzucie młotem, 24 – letnia rawiczanka Anita Włodarczyk, przesympatyczna dziewczyna, która zna speedway od dziecka z Rawicza i Leszna, powiedziała na łamach „wysokich obcasów” tak oto: „W Berlinie pobiłam rekord świata, a w chwilę później skręciłam nogę. W sporcie w ciągu minuty można poszybować do nieba, a potem spaść na ziemię i wszystko stracić”.

10 październik 2009

Kawałek nieba dla Erika

erik gundersen

Dla jednych to duże niebo, dla drugich tylko kawałek. Strzępy dla innych. Wspomnienia, przeżycia. Richard Clark, szef londyńskiej Speedway Star, przyjaciel od lat mojej rodziny przypomina na łamach tygodnika o tragedii Erika Gundersena. Zdarzyła się ona 17 września 20 lat temu, a 8 października tego roku mały Duńczyk, trzykrotny mistrz świata w indywidualnych wyścigach i wielokrotny mistrz globu w drużynowych oraz parowych jazdach skończy 50 lat. Jak ten czas zleciał! Niemal tak, jak pokonywał wiraże niezapomniany Gunder albo Gundo…

Erika poznawałem od pierwszych startów na różnych stadionach Europy, w tym oczywiście na polskich torach. Wtedy jeszcze nie był otwarty nasz rynek ligowy dla zagranicznych zawodników. Kiedy ojciec chrzestny duńskich żużlowców wywindował ich na szczyty i gdy rozstawał się z torem, też z trzema złotymi medalami MŚ, na horyzoncie już było widać armadę jego rodaków, którzy jechali po mistrzostwa świata. Kiedy na londyńskim Wembley w 1978 roku Mary Stavin, niebieskooka miss świata w tiulowej sukience pocałowała na podium za mistrzostwo świata Olsena jego następcy zostali już namaszczeni, nie tylko Erik ale i Hans Nielsen, Tommy  Knudsen, Jan O. Pedersen oraz pozostali, którzy stworzyli grupę wygrywającą różne zawody. Olsen był spokojny, budował w Vojens swój stadionowy pomnik. Tam za dziesięć lat, w 1988 roku Erik zdobył trzeci tytuł mistrza świata i wydawało się, że końca nie będzie. Vojens i Ole, i „złoty ptaszek” Erik. Było cudnie jak w kinie.

erik gundersen

Jesteśmy w Goeteborgu, 1984 rok. To na Ullevi jak beton, Olsen faworyzuje, zawsze tak było Erika, wydaje się, że kocha go jak syna. Hans  Nielsen nie czuje się komfortowo w takiej sytuacji. Tor jak beton, szybki start decyduje o zwycięstwie, robi się nudno, krytyka po zawodach takiego finału jest ogromna, Erik jest oczywiście najszybszy. Powtarza ten sukces w angielskim Bradford, na Odsal gdzie tor jest koloru wiśniowego a łuki jak w cyrkowej beczce. I znów za plecami Erika plasuje się jak cień Nielsen. Stoją na podium i nie patrzą na siebie. Dziwna sytuacja  duńskich rodaków, rywalizacja rośnie w siłę, która przeistacza się w niechęć. 1986 rok i Stadion Śląski, Chorzów. Kilkanaście tygodni wcześniej wpadają tam na trening z Olsenem Erik i Jan O. Pedersen, kompani Hansa nie zabierają. No i co się dzieje potem… Nielsen ze stoickim spokojem kontrowersyjnie wywozi w bandę Tommy Knudsena, jest szybki jak rakieta, natomiast bezradny robi się w turnieju Erik. Daleko w tyle, jest dopiero dziesiąty i nie wie co się stało, więc kiedy go pytam w parkingu o przyczynę porażki, dotkliwej, bolesnej dla takiego faworyta, odpowiada mocno zszokowany: „ A kto to jest Nielsen?”.

Autentycznie. Nieco wcześniejsze zawody, mistrzostwa świata par w Rybniku, rok 1985, wygrywają razem Erik z Tommym Knudsenem są świetni a na trybunie podekscytowana na maksa Helle, narzeczona Erika piszczy z radości w szale uniesienia. Żywiołowa dziewczyna, miła.

Filigranowy Erik Gundersen urodził się w Esbjergu w 1959 roku na zachodnim wybrzeżu Danii, w miejscowości ładnej i turystycznej. Nieco niedbałego chodu, z wąsikiem małym, przypominał posturą… Charlie Chaplina, toteż czasami go na imprezach naśladował. Miał wyczucie motocykla, był przyczepiony do niego jak koliber i fruwał na torze w efektownej pozie, zmienianej ile trzeba było. Nieraz zastanawiałem się jak taki człowieczek może panować nad motorem i panować nad nim, bo zwykle Erik prowadził motocykl do celu a nie motocykl jego. I jak się zwijał na tym siodełku, nieprawdopodobnie cyrkowo. Widowiskowo.

I nikt chyba nie przeczuwał, że kiedyś jego kariera skończy się w koszmarnym incydencie na tym samym Odsal, gdzie został pierwszy raz mistrzem świata. Co za ironia życia na wirażu.

Mamy niedzielę 17 września 1989 roku i finał drużynowych mistrzostw świata. Wcześniej w  mistrzostwach świata par w Lesznie Erik wygrywa z Hansem Nielsenem mistrzostwo świata. Finał wielki dla Duńczyków, ze świetną organizacją miejscowych i atmosferą niepowtarzalnego pikniku, choć nasza para niestety zajęła dopiero ostatnie miejsce. Roman Jankowski i Piotr Świst zajęli dziewiąte miejsce, bo „motory nie jechały”. A motory Duńczyków były niedoścignione. W pałacu  w Rydzynie z szampana mokre były wykładziny.

Potem mieliśmy debiut w MŚ olimpijskiego stadionu w Monachium i wielki triumf Hansa, Erik był dopiero czwarty. Tam Hans pilnował startów, wjeżdżał w swoją erę.
No i trzeci finał w Bradford, drużynowa potyczka, jest niedziela i nikt nie przeczuwa tragedii jaka wydarzy się już w pierwszym wyścigu. Prasa pisze potem o czarnej niedzieli, krwawej nawet… USA, Szwecja, Anglia i Dania. Potęgi. Nie ma Ole Olsena, który zostaje w domu w Haderslev z żoną Ullą ze względu na urodziny swojego jedynego syna Jakoba.
Na starcie Erik z czwartego pola, Amerykanin Lance King, Szwed Jimmy Nilsen i Anglik Simon Cross. Erik odjeżdża ale na wirażu reszta wali się jak domino i kraksa jest koszmarna. Erik wyleciał w górę jak jaskółka, wszyscy upadki, rozrzuceni na torze jak po samolotowym wypadku, powiało grozą na stadionie. Dr Roger Brown, przypominający niemieckiego zawodnika Egona Muellera, w jednej chwili znalazł się przy Gundersenie i to on szybką reakcją ratował jego szyjny kręgosłup. To właśnie dr Brown jak twierdzą wtajemniczeni uratował życie małemu Duńczykowi. Od razu była na torze Helle, natychmiast brat Erika Preben, mechanik Michael Hansen. W świat poleciały błyskawicznie depesze z tragiczną wiadomością o wypadku. Zrobiło się smutno, bo życie zostało zagrożone. Przerażenie i szok.

Erik Gundersen 88 B

Erik znalazł się w pod czułą opieką w szpitalu Pinderfields. Żużlowy świat zamarł w milczeniu, choć słowa otuchy zostały od razu uruchomione zewsząd i znalazł się tysiące kartek. Helle czuwała jak najwierniejsza istota w szpitalu, byłem też wtedy w kontakcie na łamach katowickiego Sportu z Pinderfields i Speedway Star.

Przeglądam skromnie wydaną książkę „Moje dwa życia” autorstwa trzykrotnego mistrza świata z toru solowego, Erik Gundersen w pełni chwały i po wypadku, po którym już w dwa tygodnie było lepiej, choć nie tak jakby oczekiwał Erik. Musiał zrozumieć, że jego miłość z aktywnym żużlem będzie miała kres. Wcześnie, zanim jeszcze rozbujała się ta miłość, musiała przejść rozstanie. Druga miłość z… Helle jeszcze bardziej się  zacieśniła, urodziła się córka Nana. Erik wstał na własne nogi, co było niemal cudem, został na jakiś czas coachem duńskiej reprezentacji, teraz komentuje speedway w TV. Szkoli młodzież, wie, że bez angielskiej ligi, która jest słaba nie będzie rozwoju tego sportu. Od żużla nie uciekł.

Erika Gundersena pokiereszowało życie okrutnie. Miał wielką przyjemność startować w super angielskim klubie Cradley Heat, tam gdzie sławę zdobył Amerykanin Bruce Penhall, tam gdzie inni Jankesi uczyli się jazd z Billym Hamillem i Gregiem Hancockiem.
Ole Olsen uważa Erika za talent, którego kariera trwała by długo w owocnym dla tego sportu znaczeniu. No cóż lecz przykry los wybrał inaczej, 20 lat temu zdarzyło się w niedzielę coś fatalnego w skutkach dla duńskiego sportowca.

danish speedway team

Erik był nieziemskim zawodnikiem, wspomniany mechanik Hansen i brat Preben byli zawsze czujni obok, ale „majstrem” był słynny tunner Eddie Bull, który przygotowywał mu motocykle jak szwajcarskie zegarki. Nie zawsze wprawdzie były dokładne, ale przecież żużel ma też swoje widzimisię. Silnik jest atutem, człowiek potrzebnym dodatkiem.
Wspomniany Richard Clark z Londynu pobudził moje wspomnienia o filigranowym chłopcu z Esbjergu, którego pamiętam z tamtych lat jako skromnego, a potem poszkodowanego przez los acz zawsze blisko drepczącego w parkingu i spoglądającego na tor, na zawodników ujeżdżających w euforii jakby z pewnym w oczach żalem dlaczego go spotkała taka boska kara. Za co?! „My two lives”… Nie dla każdego żużlowe wypadki kończą się happy endem.

Nie mamy więc wpływu żadnego na los i kiedy czytam niektóre teksty depesz do Gundersena, kiedy życie Erika wisiało na cienkim włosku w Pinderfields Hospital, to mam przekonanie, że ten los przychylił mu jednak kawałek szczęśliwego nieba na resztę życia razem z Helle i Naną, no i żużlem, który czasami diabelsko zdradliwie sypie po oczach.

ps. Teraz czasami gra w minigolfa, no prosze!

28 wrzesień 2009

Czy ten pan, proszę pana się nadaje do…

Ostro zaatakował słowami Czesława Czernickiego, szkoleniowca Unii Leszno były reprezentant Polski, mechanik i ojciec Krzysztofa  i Roberta, Zenon Kasprzak. – Dawno powinien już odejść. Mówi też o skłóceniu zespołu i swoich ambicjach windowanych przez Czernickiego a nie scalania drużyny i  motywowania jej do walki. Uff, robi  się ciepło, może nawet gorąco. Zenon Kasprzak nie wypadł sroce spod ogona, był w czasach Romana Jankowskiego podporą Unii, a dyrygował wtedy całością Jan Nowicki i Leszno było na topie. Zawsze zresztą z małymi odchyłami ten ośrodek ma zakodowany w sercu żużel. Tak było, jest i chyba będzie.


Jaki jest rynek szkoleniowy na żużlowym polu w Polsce wie każdy, kto się orientuje w tym sporcie. Marny jak wynędzniały kundel. Z jednej strony mamy w szkoleniu byłych zawodników, a z drugiej takich co to lubią speedway, mają w tym interes, niektórzy zapoznali się z jazdą ale bardzo bojaźliwie albo wcale nie jechali na motocyklu. Rzecz w tym aby oczarować w tym maglu prezesa, bo zawodników raczej trudno mamić. Trzeba mieć tzw. gadanie i perspektywy roztaczać tęczowe, kupić nadziejami tego i owego i jak szczęście dopisze jazdy będą cudne.

Ilu mamy szkoleniowców w żużlu? Ilu się pojawiło w ostatnich pięciu latach, którzy potrafią zlepić zespoły?

Mamy w centrum ikonę trenerską Marka Cieślaka, reprezentacyjnego coacha, który kolekcjonuje medale złote najlepiej w drużynowych rozgrywkach. Mówi się o jego instynkcie i nosie, który nie zawodzi. To co powiedział Zenon Kasprzak o Czernickim jest porażające i chyba ojciec dwóch żużlowców, sam jeżdżący i mający podgląd w sytuację, wie jaka jest waga takich słów. I obojętnie co powie w replice Czesław Czernicki, to Zenon Kasprzak pierwszy strzelił i już się stało.
Jaka jest prawda o polskich szkoleniowcach w polskim żużlu? Jest ich tylu, że nie  ma wyboru i nawet abnegat znajdzie wreszcie zatrudnienie, bo ktoś musi tym się zająć. Ważny tupet i przekonanie, że ja potrafię

Rafał Stec w „Gazety Wyborczej” pisze o Włochu Danielu Castellanim, który doprowadził polskich siatkarzy do wspaniałego sukcesu jakim jest złoty medal mistrzostw Europy. Sukces historyczny i uzyskany w stylu nie budzącym żadnych obiekcji. Tytuł artykułu Daniel Castellani – trener z ludzką twarzą. Autor pisze, że Włoch najpierw widzi człowieka, a dopiero potem zawodnika. I, że czerpie on z doświadczeń żony, psychologa. A oto co mówi Castellani: „To klucz nowoczesnego zarządzania, także w firmach. Podwładny będzie produktywny, jeśli zrozumiesz, że ma uczucia, rodzinę, życie osobiste. Nie opiekuję się siatkarzami, którzy oprócz bycia siatkarzami bywają ludźmi. Opiekuję się ludźmi, którzy wykonują zawód siatkarza”.
Najlepszy siatkarz mistrzostw Europy w Turcji Piotr Gruszka określił Argentyńczyka Raula Lozano matematykiem, a Castellaniego humanistą. –„ Jesteśmy szczęściarzami, że trafiliśmy na nich obu”. Autor artykułu stawia tezę, iż Lozano był świetny, ale potrzebował wrogów, by wygrywać. Dowodził żołnierzami, wydawał rozkazy. Ogłaszał regulamin i nie pytał o zdanie, Daniel konsultuje. Obaj się w całości pracy z grupą uzupełniają.

Temat szkoleniowców w kontekście futbolowego rozczarowania holenderskim trenerem i upadku polskiej reprezentacji jest ciepły. Jakim być dla zawodników, kiedy wiedzieć kiedy się pożegnać, bo materia współpracy się wytarła. O Castellanim jeden zawodnik powiedział, nasz kolega, ale specyficzny, bo zawsze ma rację. Czy Leo Beenhakkerowi wypaliły się pomysły na grę? Chyba tak. Brnął w błędach jak tur. I taki mamy efekt.
Na drużynę trzeba mieć pomysł, na jej zestawienie, na zbudowanie mentalności zespołu, takiej jednej rodziny do wygrywania, a w razie porażki do opamiętania się i umiejętnego wyjścia z trudnej sytuacji. To co powiedział Castellani, że wpierw trzeba widzieć człowieka a potem zawodnika ma kapitalne znaczenie.

Siatkarze, to nie żużlowcy. Nie wspominając o futbolistach. Stresy w żużlu są ogromne, przede wszystkim sport ekstremalny, ułamek sekundy, wypadek i świat kończy się na noszach i w konsekwencji jeszcze gorzej. Jacek Krzynówek  co najwyżej źle kopnie raz i dwa albo przez cały mecz. Mariusz Lewandowski powie, że mu nie wyszło, a co nie wiemy, bo konsekwencji nie ma. Żużel niesie z sobą rozliczne obciążenia i szkoleniowiec musi dotrzeć do każdego, być ojcem w każdej minucie. Obojętnie ile zawodnik liczy wiosen, każdy ma inną psychikę. Jeszcze dodatkowo w ten wyczyn wdziera się sprzęt, który nie zna czasu defektu ani sprawności doprowadzającej do sukcesu. Mentalność zawodnika jest zbudowana na jazdach, które dadzą nie tylko zwycięstwo lecz również zapewnią zdrowie a czasem i życie, które w tym akuratnie sporcie wisi na kruchej lince.
Toteż mieliśmy przypadki samobójczych aktów i to młodych zawodników, którzy w swoim otoczeniu nie znaleźli wytłumaczenia na słabsze dni.

Nie ma idealnych trenerów, też ludzie, podlegają presji, gniecie ich lokalnie ogromna siła bycia najlepszą drużyną, bo liga w Polsce to cała kwintesencja egzystencji idoli, prezesa, szkoleniowca.
Przy okazji wywrotki w reprezentacyjnym futbolu dyskutuje się nad kapitanatem, nad ciałem doradczym dla trenera. Nie każdy lubi kolegialne decyzje, które rozmywają odpowiedzialność. Raczej jeśli ktoś jest autorytetem i ma silny charakter nie pozwoli aby mu grzebać na podwórku. Jeśli futbolowy związek Grzegorza Laty nie zdecyduje się na autonomicznego Franciszka Smudę, prolonguje błędne decyzje z wiatrakiem holenderskim jako symbol.

W żużlu trzeba nauczyć jazdy młodych, do tego potrzebny jest dar. Wielki dar. Do czego potrzebny jest coach pierwszego zespołu? Do kompletowania i robienia zmian w drużynie bezboleśnie jak tylko można. Czy  Rafał Dobrucki potrzebuje nauki skoro wie więcej od swego niby mentora? A czy Damian Baliński potrzebuje wejrzenia w swoją psychikę i podratowanie jej na zasadach ojcowskich? Pytania można mnożyć, bo w takiej Polonii Bydgoszcz Zenon Plech nie wymaga referencji.

Środowisko żużlowe jest małe i każdy wie co pomiędzy torem a parkingiem piszczy. Nie jest to łatwa grupa, nie jest wcale zwarta, bo raz po raz rozdzierana przez dziwne decyzje, które jak się okazuje potem nie znajdują pokrycia w  realiach. I tak jest z rynkiem szkoleniowców, nie używam celowo słowa TRENER, bo to ogromnie odpowiedzialna funkcja, a w speedway’u raczej udzielają się instruktorzy, którzy dzielą się na tych, co jeździli i na tych, co nie mają w metryce jazd tylko w lewo.

25 wrzesień 2009

Fart tynfa wart

Czy nie tak? Fart jest bezcenny na każdym kroku w życiu. Poza nim liczy się jeszcze „coś.” Zespołowo polski żużel jest najlepszy na świecie, w Europie. Seniorzy zdobyli złoto w Lesznie i są mistrzami świata, juniorzy także na gorzowskim torze, na duńskim stadionie w Holsted polska ekipa była najlepsza w europejskim finale. Czego jeszcze chcieć? Indywidualnych popisów i mistrzostwa świata w ramach Grand Prix, choć na razie znów nam nie grozi taki sukces, bo Australijczyk Jason Crump uciekł Tomaszowi Gollobowi i pozostałym zawodnikom z grupy pościgowej. Polski syndrom drużynowych zwycięstw trwa już od dłuższego czasu, juniorzy po raz piąty okazali się najszybsi. Seniorzy krążą po strefie medalowej. Ekipa juniorów rodzi nadzieje, choć jak historia pokazuje nie zawsze skok potem w grupę starszą ma swoje przełożenie na medale. Tajemnica do wyjaśnienia i może wreszcie kod zostanie złamany i doczekamy się następcy Tomasza Golloba. Z góry oświadczam, że będzie bardzo trudno wyedukować takiego następcę tronu, który przejmie sukcesję po niezastąpionym jak na razie Tomaszu Gollobie. Coachem polskich zespołów jest Marek Cieślak. Pisałem już o nim jaki był w młodości zawodnikiem i jakim ulubieńcem częstochowskich kibiców. Szybki i utalentowany, angielski staż ugruntował mu wizje na tory i technikę. Kiedy zakończył karierę został szkoleniowcem. Uprawia ten fach z pasją znaczącymi sukcesami klubowymi/ Atlas Wrocław był mistrzem Polski/ oraz reprezentacyjnymi. Kocha speedway i duże psy oraz naturę. Mało jest takich trenerów, którzy mają tyle z drużynami różnych formacji tyle laurów. Cieślak ma i gdyby to nie był żużel a dla przykładu futbol miałby Marek posadę u najdroższych władców klubowych. Akurat w tym sporcie nie ma takich poszukiwań trenerskich, rynek jest mały i specjalnie nie szuka się głów pozłacanych i dobrze opłacanych. Mirek Kowalik, który jazdy ma za sobą i pewne doświadczenia szkoleniowe, powiedział mi, że tylko jednego zazdrości Markowi. Czego? Ano instynktu. Argentyński super trener siatkarski, legendarny Julio Velasco mający teraz w opiece mistrzów świata Hiszpanów, oświadczył, że dobry trener potrzebuje pasji. „Masz pasję, to nie patrzysz w grafik, nie liczysz pieniędzy”. Nie tylko tego potrzebuje dobry trener. Instynkt potrzebny jest jak kotu węch. Byłem na fatalnym piłkarskim meczu na Stadionie Śląskim gdzie Polacy zdołali zremisować z Irlandią Północną. Pełny stadion ludzi z całej Polski i gra mierna, może nawet gorzej. Nie miała ta drużyna żadnej koncepcji, trener holenderski nie ma pomysłu na grę, zestawia ludzi i wypuszcza na boisko. Liczy na przypadek? Leo Beenhakker ma trudny orzech do zgryzienia, chyba, że zgryzie z prezesem Grzegorzem Latą. Czy Polacy są słabi i grają na takim poziomie, czy trener nie potrafi z nich „ wydoić” maksymalnie?! Zbigniew Boniek twierdzi, że nasi nie dają żadnych gwarancji. Co może trener? Dużo, bardzo. Od niego zależy zbudowanie charyzmatycznej atmosfery i wygrywanie choćby z „ dziadami”. Akurat Marek Cieślak przy swojej pasji oraz instynkcie i doświadczeniach ma do czynienia z talentami czystego gatunku w kategorii juniorów, a w gronie seniorów z wypróbowanymi zawodnikami, którzy zespoleni pod egidą skromnego Marka jadą po medale. Nie od razu tak było, Cieślak ma jeszcze jedno: szczęście trenerskie. Trafił na pokłady talentów i wybiera, a że ma ten wspomniany instynkt, wygrywa jak w Monte Carlo w kasynie. Szelest medali jest słyszalny. To co powiedział szczerze Kowalik, który współpracował z Markiem jest prawda, bo nie każdy szkoleniowiec ma dar czytania gry i podejmowania decyzji słusznych potem na podium. Kiedyś klubowo miał sukcesy Andrzej Pogorzelski, też miał piekielny instynkt w tym sporcie i tak lepił skład, że nawet z frajerskim zespołem wygrywał, czego inny by nie ugrał. Jeśli komuś się wydaje, a wiem, że są tacy, iż sztuka uprawiana przez Marka Cieślaka, to tylko wyjątkowy zbieg okoliczności i mogą śmiało też wygrywać, mylą się kompletnie. Wspomniałem o meczu na Stadionie Śląskim, gdzie ponad 40 tysięcy kibiców było totalnie rozczarowanych i skandowało Franek Smuda na trenera reprezentacji. No właśnie, Smuda, jego sukcesy osobiste z Widzewem, Wisłą w Krakowie, Lechem Poznań. Transponowana wizja, koncepcja gry widoczna gołym okiem i mierzona bramkami, walka do ostatniej minuty. Wtopienie się w mentalność zespołu, a raczej zbudowanie takiej mentalności aby drużyna była monolitem, miała cechy ambitne do bólu i ostatecznego zwycięstwa jest darem trenerskim. Oczywiście macie rację, talent jest darem, doświadczenie umiejętnie podane innym i konsumpcja z pożytkiem, szczęście jest podarunkiem ponad wszystko, taki jest sport kiedy się go uprawia i kiedy się potem szkoli. Trzeba wiedzieć gdzie i kiedy powiedzieć… nie albo tak. Polski żużel ma notowanie złotem pisane, pokażcie mi taką drugą dyscyplinę. Czekam. Drużynowe zwycięstwa nie zawsze były w takiej komasacji. Teraz są pod wodzą Marka Cieślaka i wcale nie chcę wstawiać go na pomnik, bo mi nie pasuje jego charakter na posągowe stanie. Cieślak ma coś z napoleońskiej idei. Wierzy w drużynę, choć skręca go czasem stres. Daje radę jak widzimy, kiedy pojawia się w domu psy go relaksują. Nie tylko one… dodam na pocieszenie rodziny. Mamy zatem niebywałe sukcesy drużynowe na torze i problem jak wykreować następcę Tomasza Golloba. Jest ekipa i są talenty, sami zawodnicy chcą być Gollobami, ich ojcowie, ale samo chcenie niczego nie załatwi, musi być praca ciągła, ktoś tych chłopaków musi poprowadzić przez tę… rzekę. Jak historia uczy nie zrobią tego klubowi szkoleniowcy ani opiekuńczy tatusiowie, konieczny jest jeden wódz. Nie musi być duży, wystarczy wzrostu Napoleona, z referencjami wygranych bitew i pasją o której mówił argentyński Velasco. Jeszcze się mówi, że dobry trener musi umieć i chcieć się uczyć, i oczywiście nie być zadufanym w stare osiągnięcia. Szacowny Giekażet z władczym Pezetmotem powinni więc zrobić kolejny krok w przyszłość i umocować na stałe opiekuna kadry juniorów, także dać „papiery” na konieczne doradztwo w czasie turniejów Grand Prix, wszak to mistrzostwa świata i potrzebny jest tam coach, co nie wypadł nikomu z gabinetu przez otwarte okno. Tak to widzę, choć martwi mnie jasnowidzenie, bo materia decydentów jest uparta i nie bardzo obdarzona wyobraźnią, bez której sport medalowy niestety nie istnieje. A zatem liczy się jeszcze „ coś” i ten fart.

6 wrzesień 2009

W obronie Vojens

Vojens-Photo-5-EVENING-Best

Nasłuchałem się ostatnio przy okazji Grand Prix Nordyckiego bardzo dużo o Vojens i lokalizacji tego miasteczka na Półwyspie Jutlandzkim. O tym, że głęboka prowincja, nie można dolecieć, dojechać, trudno o hotele i w ogóle nie ma co tam robić w kilkutysięcznej miejscowości. Ole!
Twórca toru żużlowego w Vojens Ole Olsen, trzykrotny mistrz świata w solowych popisach urodził się  12 kilometrów od Vojens w Haderslev. Tam jest jego dom rodzinny, urocze miejsce z hotelem Norden, gdzie zwykle mieszkają najważniejsi goście ze speedway’a zaś w hallu stoi złota Jawa Olsena. Danię charakteryzuje bliskość miejsc, wsiada się w auto i wszędzie blisko, do morza na zachód i do morza na wschodzie. Pozycja Kopenhagi jest niepodważalna, wiadomo stolica. Tam mamy na nobliwym stadionie Parken GP Danii, a teraz odżywa kameralne Vojens. I dobrze, bo nie jest w lesie, ma swoje lotnisko też. Dobry dojazd z Niemiec, ze środka Europy, promy odpływają do Anglii, Norwegii, Szwecji. I dalej. Z zarezerwowaniem miejsc hotelowych nie ma problemu, nikt nie mieszka na stadionie, a o co chodzi w sporcie, w żużlu? Hotel, infrastruktura balowania, zakupy są ważne czy nienagannie przygotowany tor, pole do walki i mijanek oraz atmosfera, skąd smak jazd zabieramy do domu na zawsze? Wybierajcie…

Jedni wolą opcję dużych miast i ściganie się w aureoli sponsorów, drudzy charyzmę miejsc, gdzie istota sportu nie cierpi, jest fajnie i czuje się oddech speedway’a. Lansowana opcja organizacji turniejów Grand Prix na dużych stadionach i w wielkich miastach przez dzierżawców tego serialu BSI/MGI nie udała się do końca, i na jednym biegunie mamy przygotowane z precyzją i przez okrągły rok GP w Cardiff na Millennium, na drugim natomiast szwedzką Malillę czy Vojens. Mamy jeszcze Łotwę i jakoś nikt nie marudzi, a finał sezonu w Bydgoszczy gdzie nie brakuje atrakcji a ludzi tyle samo zasiądzie co w Vojens. Nie wspominam o mikrym włoskim Terenzano, które przeżyje z końcem września debiut w miejsce zasłużonego Lonigo. W Italii speedway jest tak popularny, jak w Danii rugby. Na temat lokalizacji Vojens i położenia wypowiadali się w Canal Plus Daria Kabała – Malarz i Krzysztof Cegielski, postponując to miejsce, czemu dziwię się, bo przecież nie jest im obce. Nie lubią?

Krzysztof stwierdził, że sponsorzy szybciej zaakceptują znane ośrodki, niż takie małe miejsca. Otóż  jeśli ktoś akceptuje speedway, ręczę, że Vojens też, bo to kultowe miejsce dla żużla. Czy czujemy się dobrze na przepastnym, betonowym stadionie, w połowie wypełnionym lub na mniejszym, przytulnym i stricte żużlowym? Eksperyment z Gelsenkirchen zakończył się marnie i wstydem. Nie wracajmy do takich prób, nie bardzo wszystko było także udane kiedyś na Stadionie Śląskim w dwóch GP. Nie mogą sobie poradzić  w Goeteborgu ze sztuczną nawierzchnią i to jest swoisty dramat robienia czegoś na siłę.

Wydaje się i mam taką wyrobioną opinię, że organizatorzy GP niepotrzebnie mnożą turnieje, doprowadzając do znużenia i zmęczenia uczestników po obu stronach bandy i wystarczyłoby sześć czy siedem ekskluzywnych zawodów. Nikt jednak nie pyta o zdanie zawodników i kibiców. Czy wolą Pragę z atrakcjami, czy Goeteborg, albo wypad na Łotwę, do Malilli. Vojens  jest w Europie, nie w lesie, w ogóle skąd się to wzięło? Duńskie hotele, pensjonaty są jak „bombonierki,” atmosfera żużla poprzez tradycje i kult mistrzów takich jak Olsen, Erik Gundersen, Hans Nielsen jest godna pozazdroszczenia. Patrzymy na małą Danię z wielkimi nazwiskami przez pryzmat naszych stadionów, polskiego uwielbienia żużla i frekwencji fanów najwyższej na świecie w niszowym przecież sporcie. Przenoszenia żużla do metropolii skończyły się jednorazowo, wszak były inicjacje z Amsterdamem i Monachium. Londyn był wyjątkiem, miał Wembley i był czarująco niekwestionowaną stolicą żużla przez długie lata. I był taki jeden finał IMŚ w otoczeniu ścierniska, w niemieckim Norden na dużym stadionie, gdzie wygrał na skandalicznie „ grubym” torze Egon Mueller. „Musiał” wygrać i zwyciężył. Zapomnijmy o Norden. Typowa „ dziura”.

Od lat mimo zapowiedzi w konfiguracji turniejów nie drgnęło nic i biadolenie nie pomoże, lokalizacje są te same, mało promocji poza utartymi szlakami w Europie. Wyobrażam sobie rozpoczęcie takiego serialu z dużym zadęciem, takie wielkie otwarcie, które poruszy świat. W tym roku w Pradze było kilka tysięcy widzów, w tym jedna trzecia z Polski. Zakończenie mamy znów w Bydgoszczy. Atmosfera podobna do Vojens. Komu szkodzi ta „ dziura”?

GP Nordyckie za nami, przed słoweńskie Krsko. Ważny turniej dla tych, co są za plecami Jasona Crumpa. Bohaterowie, widać gołym okiem, jadą zmęczeni. Potem mamy jeszcze włoskie novum w Terenzano, które i tak nie przyciągnie więcej widzów niż Lonigo. W Italii wolą szybsze motocykle i auta, a futbol króluje tam z namiętnościami, ba wręcz pożądaniem! Tak jak u nas żużel. Terenzano jest dobre na świeże wino. Ciao.

I grand finał anno 2009 w Bydgoszczy z Tomaszem Gollobem nabiera dodatkowej atrakcji, acz boję się o październikową pogodę, gdyż niebiosa nie mają litości dla nikogo.
„Skoczę” jeszcze raz do Vojens. Za pół godziny jestem w shoppingowym Esbjergu, gdzie mieszka Gundersen. Obok w Billund działa słynny Legoland a trochę dalej w Brovst mieszka legendarny Hans Nielsen. Lotnisko dla Legolandu i hotele przyjazne dla gości z całego świata, unikatowe miejsce nie tylko dla dzieci. Jazda autostradą do Kopenhagi i mamy zamek Hamleta, a tam tylko z Helsingoru wypad do Szwecji, albo mostem zawieszonym nad morzem. Blisko i wygodnie. Nie ma przejazdów kolejowych na drodze.

Ole Olsen kiedy w 1977 roku postawił stadion w Vojens wiedział co robi, tam odbywały się ekscytujące finały interkontynentalne i światowe. Grand turnieje. Byłem tam pierwszy raz w 1979 roku, kiedy Edward Jancarz i Zenon Plech zdobyli brązowy medal w mistrzostwach świata par. Lało jak z cebra, więc przeniesiono zawody na następny dzień, pogoda zmienia się co chwila, jak na półwyspie… Niedaleko na północ od Vojens, około 10 kilometrów, jest w Gram hotel jak z bajki Slots Kro. Kiedyś młyn, dziś hotel, jest tam duży staw a na nim biały łabędź, a w restauracji podają nie tylko świetne ryby. Romantyczne miejsce. Dania jest mała ale ładna jak Slots Kro. A rodzinne Olsenowe Haderslev?

2052929

Fajne z przystanią. Po drodze mamy muzeum etnograficzne gdzie czasami polscy artyści prezentują swoje prace. Pobliskie Vojens nie jest w lesie, kiedy chcecie mieć dobry speedway, tam go znajdziecie, a przy okazji także łyk estetycznej przyjemności oraz potwierdzenie, że małe bywa czasami piękne.