<< Szanowny Panie!Bardzo dlugo zbieram sie aby napisac te pare slow(bedzie zapewnie wiele bledow,gyz nie czesto pisze po polsku)od prawie 26 lat mieszkam za granica,jednak zuzel jest mi zawsze b.bliski.Obserwuje to z dystansu co sie dzieje zarowno w Polsce jak i za granica.Mysle iz moge sobie pozwolic na stwierdzenie iz troszeczke w tej materii sie orientuje.Przez wiele lat mechanikowalem mojemu przyjacielowi z Gdanska Andrzejowi Marynowskiemu.Tak wiec widzalem wiele,co kibic nigdy nie zobaczy.Dane mi bylo stac u boku wielkiego Hansa,ktory byl rowniesz zawodnikiem Broksted.Wspominam niesamowitego malego Jana Oswalda.Widzialem zarowno tych ludzi, jak rowniez wielu innych wspanialych zawodnikow i ludzi.Pamietam final ligi niemieckiej w Diedenbergen gdy wszyscy czekali na spoznionego Hansa Nielsena (1.5 godz.)Pomimo iz nie byl zawodnikiem gospodarzy nikomu nie przyszlo do glowy aby to wykorzystac i rozpoczac zawody.Przylecial z Anglii tylko z kaskiem i skora.Pozyczyl motocykl od jakiegos malo znanego zawodnika i po przegranym swoim pierwszym biegu bodaj z Karlem Meierem po drobnej korekcie sprzetu reszte zawodow odjechal jak wielki Hans.Moglbym godzinami przytaczac wiele przykladow.Gdy porownuje atmosfere i ludzi dzalajcych w polskim zuzlu do tego z czym ja sie zetknalem to opadaja mi rece.Sluchajac komentarza red.P.Olkowicza z G.P wpadam w oslupienie-czysty szowinizm!Tacy ludzie ksztaltuja kibicow.Jesli Gollob jest z przodu,to dyktuje warunki jesli jest z tylu to bandycki atak przeciwnika.Dodajac do tego tz.haryzmatycznego Slawka Drabika i jego wywiady_kompromitacja,jakies grypsowanie jezykiem nie zrozumialym dla normalnych ludzi.Ktos kto pierwszy raz oglada zuzel,bedzie mial niesmak(ja rowniez)Ogladajac zawody zuzlowe na betonowych torach,pytam sie o co tu chodzi?Zuzel to maja byc wyscigi od pierwszwgo do ostatniego biegu, a nie jak sie w polowie zawodow odsypie.Tym sie zabija tak pekny sport!Do wywiadow zapraszajcie Panstwo zawodnikow elokfentnych a nie matolkow.To ze Tomasz Gollob nie zostal wyzej sklasyfikowany w plebiscycie-to b. dobrze!.Nie wystyrczy umiec jezdzic na matocyklu.Zeby zostac mistrzem trzeba miec klase,sam talent nie wystarczy.Kibice sportu pamietaja jego wulgarne slowa pod adresem sedziego z przed wielu lat,jak rowniez ostatnie popisy z pozostawieniem motoru na torze(jest zreszta tego masa).Oczywiscie Gollob sie zmienil na lepsze, ale to cos w nim zawsze zostanie.Szkoda taki wielki talent!gdyby mial inaczej poukladane!Dawniej jego ciagle nazekanie na brak sprzetu-obled.On przeciez tak doil klub i sponsorow, ze swiatowa czolowka o takich sumach mogla pomarzyc.Dodajac do tego brak zaufania do tunerow,mechanikow, to samomo zycie(czyz nie ocenia sie innych wg. swojej miarki?)Wielka szkoda gdyby do talentu doszlo to cos,to przez dlugie lata Gollob bylby naprawde wielki.Boze ale ulalem zalu!bede wdzieczny jesli Pan Panie Adamie doda mi otuchy i powie ze idzie ku lepszemu(a moze jednak nic sie nie zmieni)Pozdrawiam serdecznie.Pozdrawiam serdecznie i dziekuje za cierpliwosc przy czytaniu tych zali.>>
9 Luty 2010
List w skrzynce
7 Luty 2010
Podsłuchiwanie spowiedzi
Można dziś kupić podsłuchy różnego zasięgu, rzecz nie do osiągnięcia dawniej. Czasy jednak się zmieniają. Cuda techniki, które zastępują donosicieli, prywatnych detektywów. I tak oto szef podsłuchuje, ba może nawet monitorować na ekranie swoich podwładnych. Zakładowe podglądy, w sklepach olbrzymich jak hangary, wszędzie ciche oczy kamer, które wyłapują każde myszy. I mikrofony. Na sportowych arenach. Wszędobylskie, czym bardziej „spocona” wypowiedź, wymęczonego człowieka tym lepiej? Ładniej, etycznie? W wielu przypadkach potrzebny podgląd wyłapujący kieszonkowców i sklepowych złodziei.
Prywatna eskalacja podsłuchiwania i podglądania w celach przekonania się o pracowniczej aktywności albo lenistwie albo mobilizowania do pracy budzi mieszane uczucia. Podsłuchujący pod pokojem szef przeszedł do lamusa. Mówi się, że jeśli podsłuchujesz to najczęściej usłyszysz o sobie.
Sfera prywatności uległa przecenie, sekrety są najlepszym towarem dla mediów i czytelników, dla widzów, którzy tak jak ostatnio oglądali tysiące razy ofiary z Haiti, zrozpaczonych ludzi, ich bliskich, sceny okropne i poruszające. Po co? Cywilizacyjny ekshibicjonizm, mało etyki, brutalność, która zamyka oczy i wygłusza uszy wrażliwym a podnieca złych.
Sekretność jest naruszana wszędzie, paparazzi podglądają i zarabiają na tym duże pieniądze. Tropienie Romana Polańskiego za miliony dolarów i chęć wyłapania choćby zza rolety nosa słynnego reżysera jest węszeniem zawodowców, których interesuje tylko to, co najgorsze. Jakże zmieniają się opcje na towar medialny. Czy ludzie rzeczywiście chcą widzieć cierpiącego człowieka leżącego na żużlowym torze i zwijającego się z bólu czy leżącego nieruchomo, kiedy już za późno. Nie ma granic etycznych, czym gorzej tym lepiej?
Najlepiej byłoby podsłuchać sypialnię Dody i Nergala, dźwięki rozkoszy byłyby hitem, ale niedoczekanie. Jeszcze mamy ochronę tych fragmentów życia ludzi, gdzie księżyc mówi dobranoc.
Poirytowało mnie kolejne podtykanie mikrofonu w czasie przerwy gry na parkiecie, kiedy trener Bogdan Wenta instruuje swoich chłopaków jak mają grać. Tak się dzieje często nie tylko w przypadku „parkietowych sportów”, także w szatniach, w parkingach żużlowych stadionów. Padają emocjonalnie słowa na żywo a widownia w domach jest przecież wiekowo różna. Gdzie są granice podsłuchiwania? Jako reporter od lat wielu mam wątpliwości. Słowo potrafi zbudować ale i zburzyć. Poirytować maksymalnie, ktoś może być ośmieszony na całe życie. Trudno przewidzieć, co powie zdenerwowany człowiek a poza tym on ma chyba prawo do ułamka prywatności. I dobrze, że jeszcze nikt nie drepcze z mikrofonem do WC. Obszary wnikania pod przysłowiową kołdrę są bezgranicznie poszerzane. Kombinuje się intensywnie, co jeszcze wymyślić. Brakuje wyobraźni, co można powiedzieć w afekcie na żywo.
Młody, niedoświadczony zawodnik nie odmówi, szkoleniowiec w ferworze walki zapomina, że jego słowa ze sportowej alkowy lecą w świat, jak jesienne liście z drzew.
Czy ten rodzaj podsłuchiwania jest zgodny z normami etycznymi, śmiem wątpić. Nabieram coraz większej rezerwy do tego typu poszukiwania sensacji, jakby dawania ludziom prawdy na talerzu, a eskalacja zjawiska mikrofonowego i ekranowego podsłuchiwania nie jest najlepszym sposobem na budowanie wiarygodności przekazu.
Sport jest wycinkiem takich postępowań, fragmentem. Oto kiedyś jedna z ministrów „sypnęła” do kolegi grubym słowem i poleciało na antenie, potem sumitowała się i biła w ludowe piersi. Co się stało, nie odstanie. Kiedyś prezydentowi stolicy wypsnęło się „spieprzaj dziadu”. Były prezydent Łodzi do miejskiego strażnika odezwał się brutalnie i gdyby tenże strażnik miał czapkę, byłoby wszystko dobrze, lecz nie miał. Nie chodziło o zimno.
Wszędobylski mikrofon, kamera obnażają, futboliści plują mocno na murawę i trudno to wymiksować, kiedy leci obraz na żywo, robi się czasem brzydko. Gdyby chirurgowi podłączyć mikrofon można byłoby na żywo przekonać się, że ludzie są tylko ludźmi i w stresie, w swoim zaciszu intymności wykonując zajęcie mocno eksploatujące wylatują słowa czasem mało cenzuralne. Nie wolno wkraczać tam, gdzie strefa prywatna powinna być zachowana.
Wiwisekcja pewnych sytuacji jest drażniąca, trudno coś tam wyłączyć, chcemy mieć człowieka takiego jakiego sobie wyobrażamy, jaki słynie ze swojej pracy, osiągnięć i nagle sposób przyzwolenia na podsłuch dla niby autentyczności burzy wizerunek. Wszystko winno być pod kontrolą.
Czy ktoś wywleka co może powiedzieć parlamentarzysta w hotelu sejmowym już poza oficjalnymi występami. Ktoś zarzuci mi manipulację; że trenerowi nie wypada w przerwie meczu mówić tego czy owego. Uszanujmy jego strefę intymności. Co mówi krwisty mężczyzna czasami do swoich podopiecznych niech zostanie top secret. Uszanujmy.
Mikrofon mikrofonem a jest jeszcze sfera zdjęć robionych na specjalne zamówienie. Aktorka przebywa na plaży i całuje się z kim chce, może ? Pewnie. Tropią ją jednak jak żyrafę na safari, dopadają i pokazują czego nie obejmie stanik albo stringi.
Ciekawe obrazy przenikają do mas, zapotrzebowanie jest, mówi anonimowy redaktor jednego z pism kolorowych, chciwa ciekawość na informacje kto z kim je śniadanie nie wychodząc z partnerką z łóżka.
Budowanie takiego projektu trwa już bardzo długo; kiedyś znana amerykańska stacja telewizyjna zainicjowała reportaże uczestniczące w światowych tragediach. Z wypiekami na policzkach świat śledził więc na ekranach, co tam się wydarzyło, jaki jest ogrom bólu i rozpaczy, jak krwawe rany i jak pakuje się do czarnych worków ofiary.
Okrutny syndrom naszych czasów, pokazywanie bez ceregieli wszystkiego, co czasem trzeba uszanować w imię pokory, okazać zwykły szacunek dla ofiar oraz ich najbliższych.
Mnie ogromnie drażnią te penetracje. Sport nie jest wolny od takiego zjawiska. I speedway, dramatyczny czasem w swojej karkołomności, z mnogością upadków i karamboli wywołujących palpitacje serca.
Co może wyszeptać poturbowany zawodnik, kiedy ledwie dochodzi do siebie?
Co może żużlowiec powiedzieć w sytuacji mało komfortowej, kiedy ewidentnie został skrzywdzony przez sędziego, zaraz po takim incydencie? Zanim jeszcze nie ochłonie i w swoim miejscu w parku maszyn kopie ze złości fotelik, wtedy kamera go „ kasuje”, słowa lecą jak jaskółki przed deszczem, mamy twarde słowa bez cenzury. Darujemy?
Wkraczamy w zakamarki prywatnego ogrodu i jak intruzi obalamy bezwiednie, acz sprytnie nieskazitelność. Po co? Dla kogo? Podsycanie ognia kończy się często pożarem. Koniec.
1 Luty 2010
Śnieg, palmy i Falubaz forever
Nie dosłownie, ale kiedy ktoś zapragnie posiedzieć pod pięknymi drzewami i nacieszyć oczy widokiem zieleni, wtedy gdy za oknami siarczysty mróz i śnieg po kolana, niech wybierze takie miejsce, które nazywa się palmiarnia w Zielonej Górze. Miasto za ponad 20 milionów złotych sprawiło, że palmiarnię warto na zielonogórskim wzgórzu odwiedzić. Tamże nie tak dawno odbyło się towarzyskie spotkanie gości, którzy uczestniczyli w Żużlowej Galii, czyli wręczeniu wyróżnień za miniony sezon. przewodniczący Giekażetu Piotr Szymański miał co wręczać, dwoił się i troił na scenie filharmonii. Zabrakło w plejadzie dobrze prezentujących się czołowych zawodników polskiego żużla w kategorii seniorów i juniorów asa Tomasza Golloba, prezentującego gorzowski klub, który rywalizuje od lat z zielonogórskim Falubazem. Jak sięgnę pamięcią derby ziemi lubuskiej były zawsze podsycane przez niezdrowe siły, w historii różnie bywało i albo górą byli zielonogórzanie, albo gorzowianie Większy dramatyzm w moim przeświadczeniu miały derby pomorskie, gdzie walka pomiędzy Toruniem a Bydgoszczą nabierała siły kibicowskiej na trybunach, choć różnie bywało i potyczki żużlowe a futbolowe to niebo a ziemia, delikatność z okrucieństwem rzecz ujmując prawdziwie. Galę, już czwartą, po warszawskich ostatnio prezentacjach ujrzała więc Zielona Góra zasypana śniegiem ale i tak przyjemna w odbiorze, bo to ładne miasto. I miasto mistrzów Polski w drużynowej jeździe. Prezes Robert Dowhan, szef Falubazu może mieć satysfakcję, acz przewiduję, że największym konkurentem tegorocznym w Ekstralidze będzie zza miedzy gorzowska drużyna. Mówią, że takich ma się sąsiadów na jakich się zasłużyło. O tym potem.
Gala była ozdobiona występem unikatowego zespołu akrobatów – artystów pn. OCELOT. Cudne te pokazy, świetna choreografia, kunszt i muzyka przenikająca do serc. Śpiewał repertuar znany jak sam Jan Kiepura Andrzej Lampert, który kiedyś wygrał w TV „Szansę na sukces”, a pochodzi bodaj z Chorzowa. Grała orkiestra po dyrekcją Marka Kurzawy i było chwilami za głośno, no ale w końcu świat żużla przyzwyczajony do huku silników znosi takie decybele jak niemowlaki. Przyjechał aktor nie tylko sitcomowy Tomasz Karolak z Warszawy, który kiedyś musiał zapoznać się z żużlem, bo grał fana w serialu TV. Dostał wyróżnienie i mianowano go kolejnym ambasadorem polskiego żużla. Trochę na wyrost. Już mamy ich kilku, nie było ich na gali, nawet miejscowo urodzonego Tomasza Lisa, Zbigniew Boniek ma z Rzymu daleko, a Leszek Blanik /rodem ze Ślaska/ złoty gimnastyk olimpijski z Gdańska też daleko, choć mógł go zabrać prezes Lotosa Maciej Polny. Ambasadorowie nie powinni opuszczać takich okazji. I chyba nie powinno się ich specjalnie zapraszać. No więc kto chciał i miał zimną głowę ale gorące serce, przyjechał do Zielonej Góry. Był a jakże sponsor polskich reprezentacji, kreatywny człowiek Adam Krużyński z firmy NICE. Światowy potentat, włoskie korzenie, polski speedway ma dobrego chlebodawcę w wymiarze reprezentacyjnym. Niech Nice długo wytrzyma a opłaci się ten wizerunek. Otworzył Nice bramy i bramki, ba wrota! I byle nie spuścił kiedyś rolet.
Gdzie było lepiej w filharmonii czy w palmiarni? Wszystko zależy od tego co kto lubi, lecz nie można sobie było wyobrazić jednego bez drugiego, co w polskim wymiarze politycznym jest chyba dobrze znane od jakiegoś czasu. Dualizm, bliźniaki, polskie specjalności.
Polska młodzież żużlowa jawi nadzieje a nie od dziś rzecz w tym, by wyrastając wjeżdżała bez żadnych kompleksów w dorosłą rywalizację. I wyrastała, dojeżdżała wreszcie do Tomasza Golloba. Jarosław Hampel, uczestnik GP powiedział mi, ze zbiera w sobie siły i wszystko co ma najlepszego rzuci na szalę tegorocznego serialu. Zobaczymy.
Najwyższy czas. Wierzymy. Jednak nie bez obaw.
Impreza żużlowa na stadionie czy estradzie bez Tomasza Golloba jest jakby ogołocona. Nie wiem jakby zareagowałby w finale, gdyby zobaczył film o Falubazie i potraktowanie jego oraz prezesa Władysława Komarnickiego z Gorzowa. Wielkość polega na tym, że nawet z największym wrogiem się rozmawia. W sporcie podsycanie tzw. świętej wojny jest zgubne w efekcie, nie można lansować takich metod, gdyż potem może zabraknąć ludzi do gaszenia zadymy. Ale już poleciało i leci, jeszcze byłem w Zielonej Górze a już miałem sygnały, że zawrzało. Przewodniczący Piotr Szymański odciął się następnego dnia w specjalnym oświadczeniu, iż nie ma z tym „filmikiem” nic wspólnego. Organizator imprezy firma Prestige znalazła się w kłopotliwej sytuacji, bezgranicznie zaufała gospodarzom. Okazuje się, że wszystko warto sprawdzić, bo kukułcze jaja bywają nawet w … śniegu.
Gdzie następna gala? Może zdarzyć się, że w Gorzowie, tak będzie wypadało. Rywalizacja pomiędzy zespołami ziemi lubuskiej wydaje się najbardziej prawdopodobna. Namawiam więc prezydenta Zielonej Góry, fana a jakże żużla aby po chrześcijańsku sprawił załagodzenie konfliktu, który tam gdzieś podskórnie tkwi. Zupełnie niepotrzebnie, bawmy się w sport a nie dolewajmy oliwy do ognia. Ktoś musi być pierwszy, który wyciągnie rękę, nie bójmy się, zanim nie rozleje się nienawiść. Nikomu niepotrzebna.
Na całym świecie trwa rywalizacja, musi być jednak fair. Kiedy gra futbolowa Barcelona z Realem Madryt kipi na trybunach rywalizacja, kiedy kopią Milan z Interem w Mediolanie, kiedy spotyka się Cracovia z Wisłą Kraków nie jest nigdy łatwo, lecz nigdy nie podgrzewajmy kotła benzyną.
Dość. Wygaszam. Jedna impreza żużlowa za nami, a przed już dwudziesty plebiscyt Tygodnika Żużlowego. W Rawiczu palmiarni nie ma, a szkoda. Będzie coś innego. Też wyróżnienia, potem tańce i będzie Tomasz Gollob, który był siódmy w plebiscycie Przeglądu Sportowego.13 lutego bal na dużo par. A potem wizja sezonu. Zespoły przygotowują się do niego w górach, nad morzem, często u siebie. Wszystko zależy od kasy. Ten sezon jawi się niezbyt bogato dla wielu. Inny od poprzednich, jakby teraz macki kryzysu dopadły niektórych. Raczej wyrównanie w dół, poza mocarstwowymi ambicjami teamów z ziemi lubuskiej. Falubaz chce obronić tytuł, gorzowianie z Gollobem odebrać, nawiązać do tradycji i ery Edwarda Jancarza, Zenona Plecha oraz innych, tam kiedyś w rodzime talenty było bardzo bogato, na skalę europejską i światową.Za miedzą także: Jan Krzystyniak, Henryk Olszak, Andrzej Huszcza, Grzegorz Walasek; zawsze była chętna młodzież do jazd w lewo i jest nadal. Obfita w żużlowe talenty ziemia nad Odrą, gdzie jak pisałem przed laty drzewa szumią po polsku. Kluby naładowane ambicjami, toteż niech pogubią się wreszcie toksycznie złe namiętności i zwycięży czysta gra. Maestro poznaje się po tym, jak traktują po walce przeciwników. Czasem pomagają wstać z kolan, nie drwią i to jest piękno wielkie. Jak palmy.
24 Styczeń 2010
Kodowany trener
Zacznę kulturalnie, otóż w kinach leci musical „Dziewięć” /Nine/ osnuty na motywach filmu „Osiem i pół” Felliniego. Gra plejada znakomitości aktorskich Sophia Loren, Nicole Kidman, Kate Hudson, Penelope Cruz i Judi Dench. Dobre kino /reżysera od słynnego Chicago/ na zimowe wieczory. Angielka Dench powiedziała kiedyś, że aktorstwo jest zawodem dla ludzi ze stałą nadwyżką energii i jeśli ktoś tego nie ma, niech robi coś innego. Dench ma rację, nie wiem co myśli Penelope Cruz, aktorka o tajemniczej urodzie zniewalającej chyba prawie wszystkich. A Judi Dench ? Ma nadwyżkę.
No to wjeżdżam w żużel. O czym będzie rozprawka? Temat nie nowy, powiedziałbym zrutynizowany przez decydentów, a nie załatwiony przez tych, co powinni dawno to zrobić, o choćby nawet przez świeży jeszcze acz szumnie wieszczony Metanol, organizację skrzykniętą do poprawy żużlowej rzeczywistości w Polsce.
Speedway przez lata pozbawiony jest instytucjonalnie trenera kadry czy jak kto woli reprezentacji. Dlaczego?
Przeszłość
Od zarania nie było takiego powołania, bo ustalaniem kadry, obsadą zawodników na poszczególne turnieje mistrzostw świata zajmował się wszechwładnie Giekażet i w zależności od chciejstwa przywódcy sam przewodniczący tego grona wybierał, decydował i rządził wedle swojego widzimisię. Latami tak było. Demokratycznie? Nie, bo do każdego turnieju włączano działaczy i nie było mowy o dyskusji. Carskie prawo i tyle. Giekażet to Pezetmot. Info dla tych, co nie wiedzą, a jeśli wiedzą niech sobie utrwalą. Trenera reprezentacji nie trzeba było powoływać. Wprawdzie były w historii momenty tzw. coachów lecz nie wnosiły niczego nowego, bo w zasadzie plejadę nazwisk ustalał przewodniczący, np. Andrzej Grodzki. Potem zatwierdzało Prezydium PZM, taka jest procedura, taki statut. Kropka.
Kto bywał coachem? A choćby np. Edward Jancarz. Różnie bywało, najgorsza jest z góry ukartowana tymczasowość, która nie pozwala na planowanie, wtedy praca toczy się w sezonie od imprezy do imprezy. Trener z „ łapanki”, bez umocowania kontraktowego, na zasadzie opiekuna. Sezonowy pracownik za nagrodę. Etat żaden. Publikacje, rozmowy niczego nie wnosiły przez lata, modyfikacje nie przyniosły usankcjonowania takiego stanowiska, choć kiedy poproszono przed kilku laty, by zajął się kadrą, Marka Cieślaka w otoczeniu jeszcze dwóch pomagierów ten zdecydował się i … sezonowo został.
Teraźniejszość
Sukcesy przyszły, Marek Cieślak wpisał się w historię drużynowych mistrzostw seniorów i juniorów, zabłysły medale różnymi kolorami. Problem zasadniczy polega na tym, że trener jest także szkoleniowcem nr 1 we wrocławskim klubie, który tenże za jego kadencji wywalczył mistrzostwo Polski. Wrocławski klub płaci, za reprezentację są wyróżnienia.
Trener Cieślak, który umiejętnie poukładał sobie reprezentacyjne życie siedzi, a raczej siedział na dwóch stołkach. Proszono go o sezonowe zajęcie się reprezentacjami. W październiku ubiegłego roku umowa z Giekażetem wygasła, gremium wybrało już kadrę na rok 2010 bez Cieślaka, czyli znów kuriozalna sprawa, no ale trenera nie było, więc zadziałał automat nazwijmy go historycznie … grodzki. Pytam owianego sukcesami Marka Cieślaka, czy nie chciałby poluzować sobie i być z prawdziwego zdarzenia trenerem, takim jak Franciszek Smuda czy Bogdan Wenta. Otóż chciałby, z przyjaznym Wrocławiem musiałby jednak się rozstać, choć tam jest lubiany i nie mówi złego słowa, tam miał sukcesy. Mógłby zająć się normalnie reprezentacjami, w sezonie mieć czas na obserwacje, analizy, pojechać także na indywidualne zawody, na turnieje Grand Prix. Zresztą jeśli chodzi o turnieje GP polscy reprezentanci pozbawieni byli i są nadal opiekuna w randze trenerskiej. Czasami dziwnie to wygląda, gdyż inne federacje traktują inaczej występy swoich zawodników.
Słaby rynek trenerski szumnie tak nazywany w środowisku żużlowym jest nijaki, bo tych ludzi często przypadkowo zestawionych i hołubionych bez sensu/ szkoda kasy/ przez prezesów klubowych jest tylu co kot napłakał. Ale też Giekażet nic nie robi aby ten rynek doładować wiedzą i wywołać konkurencję. Kiedy nie ma tej rywalizacji powstaje sytuacja nijakości wtedy nawet słabemu płaci się za nic. Byle był, choć autorytetu nie ma, wyniki są jakby go nie było, a jeśli są w dodatku dobre, zaciemniają skutecznie obraz poziomu szkolenia. Mam podać nazwiska od A do Ż?
Do nowego sezonu mamy jeszcze kilkanaście tygodni i na pewno pojawi się znowu problem cieślakowy. Chyba, że rodzi się nowa opcja, w życiu nigdy nic nie wiadomo. Sytuacja jest na razie mało czytelna i niestety Giekażet z tym problemem nie potrafi się uporać na łonie Pezetmotu. Łono odrzuca warianty czy brakuje determinacji panom z Giekażetu? Jeśli MC zdecydowałby się, oferta musiałaby być wyższa, niż to co daje na tacy wrocławski klub.Jest na pewno problem o ile znam tradycyjny układ Giekażetu i Pezetmotu.
Kto więc uporządkuje chory system sezonowego zatrudniania na wyrywki trenera kadry w żużlu? Trenera na hasło, kodowanego na sezon?
Przyszłość
Czas pracuje na oszczędność decydentów obu żużlowych reprezentacji. Czy to Cieślak, czy ktoś inny jest oczekiwanie na ustawienie sprawy po męsku. Podobno sprawa w toku. Ciekawe jaki będzie finał, nie spodziewam się w tym sezonie rewolucji żadnej, a w przyszłości bliskiej także. Kuriozalny problem trenerski na poziomie polskiej reprezentacji żużlowej ma długie korzenie złej tradycji urzędniczej. A poza tym, co zmieniać skoro taki system jak dzisiejszy zapewnił medale i walkę wyzwalającą emocje najwyższe. Utrzymać więc taki stan za te same gaże, Cieślak to zrobi i będzie znów dobrze. A jak trener powie nie?! Smuda Lacie się postawił… Wiem, że nie brakuje takich z palców jednej ręki, którzy chętnie wskoczyliby na plecy Cieślakowi, byle zaistnieć w tym niebie medali i gwiazd. Potrafią?! Mają wiarę wywodzącą się ze słabego polskiego rynku i ofert za bylejakość.
A więc wszystko wskazuje na fakt nieobecności w serialu Grand Prix szkoleniowca przy polskich reprezentantach, a drużynowo i sezonowo będzie chyba dobrze, co znów zaciemni problem etatu trenerskiego, czas tradycyjnie usankcjonuje tymczasowość i utwierdzi decydentów, że nie ma potrzeby wyważać drzwi. Są szczelne jak diabli. Na progu siedzi trener na hasło, z kodem TRADYCJA.
A co do filmowego wstępu jestem przekonany, że żużel jest również dla ludzi z nadwyżką energii. Więc już kończę, przy okazji zobaczcie film „ Dziewięć” z sarnimi oczami Cruz i nie tylko.
22 Styczeń 2010
Batmanka biegów i Presley of Speedway
- „Chciałam biec jak najszybciej i nie umrzeć gdzieś po drodze”, powiedziała Justyna Kowalczyk po jednym z morderczych biegów narciarskich. Niesamowita dziewczyna, magister i chluba katowickiej AWF. Wygrała kolejny, już 75. Plebiscyt Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca roku ubiegłego, a czy powtórzy ten wyczyn okaże się może niebawem po zimowych igrzyskach w kanadyjskim Vancuver. Jest przykładem kobiety dla mężczyzn, świadoma swoich słabości, bo kto ich nie ma, świadoma swoich możliwości. Do panny Justyny jeszcze powrócę, bo godny jest utrwalenia jej charakter, hart ducha góralki, porównywanej do mistrza świata sprzed lat, zakopiańczyka Józefa Łuszczka.
We wspomnianym plebiscycie siódme miejsce wśród znakomitości sportowych Polski zajął Tomasz Gollob, który znów wjechał do tego grona dziesięciu najlepszych, a wręczył mu Championa Tomasz Lis wschodząca gwiazda żużlowej przestrzeni, wszak pochodzi z miasta mistrzów Polski czyli Zielonej Góry. Sukces najlepszego żużlowca wśród sportowców i najlepszego sportowca wśród żużlowców jest osiągnięciem, gdyż doprawdy trudno tam się przebić przez zasieki olimpijczyków i gwiazd, które mają odciski swoich dłoni w alei zasłużonych na deptaku w Cetniewie. A nawet jeśli ktoś jeszcze nie ma, będzie miał.
Speedway jest we frekwencji sportem numer jeden na polskich stadionach, choć kiedy przychodzi do ostatecznych rozstrzygnięć plebiscytowych wygrywają inne sporty mające na piersiach olimpijskie medale. Tak było i tak będzie. Gdyby Tomasz Golllob wygrał trzy razy z rzędu mistrzostwo indywidualne świata i trafił na rok nie olimpijski może miałby szanse na zwycięstwo w owianym tradycją plebiscycie, który gromadzi stołeczną śmietankę na widowni i na balu, podczas którego młodzi przekonują się ile sił mają na parkiecie byli mistrzowie. Laur Golloba na pewno nie jest ostatnim jeszcze w tym roku i w branżowych konkursach na supermana nie ma równych. Jakby stawało się to nudne, lecz co poradzić z talentami, które są długowieczne w trwaniu na sportowych posterunkach. Tomasz Gollob ma zapewnione na razie miejsce na szczycie polskiego żużla i nawet jak przychodzi mu omsknąć się na turniejach, to i tak w ostatecznym rozrachunku zostaje na placu boju tak, jak Adam Małysz na skoczni, kiedy jego następcy spadają z buli. Długowieczność karier w trudnych sportach jest godna rozważań psychologiczno – socjologicznych. Dodałbym do tego jeszcze medycznych. Z jednej strony mamy fenomeny organizmów, o talencie nie wspominając oczywiście, z drugiej utrzymywanie poziomu dzięki charakterowi, jego sile. Ile mieliśmy talentów, które wskutek przeładowania emocji, niemożności utrzymywania presji, nie dawały rady z otoczeniem, ze swoimi słabościami. Choćby wspomniany Józef Łuszczek, przed którym w Lahti zdejmowali skandynawscy królowie czapki z głów. Niesamowite. A w Zakopanem trzeba było po góralsku zdyskontować. Z fortuną i bez. Nie starczyło silnej woli, a Józek, bo znamy się od lat, miał wydolność płuc niespotykaną i gdyby nie ulegał presji byłby mistrzem nad mistrzem jeszcze długo. Akcentuję, że trzeba dużo pracować nad sobą, by utrzymywać się w kondycji psychicznej i fizycznej. Walczyć z sobą. A ile młodych dusz w żużlu „pękało” pod naporem otoczenia. Policzcie.
Gollob objeżdża w swojej karierze Polskę i gdzie jest przypisany klubowo wychwala miejsce oraz ludzi, którzy go kontraktują. Można odnieść wrażenie, że pochodzi teraz z Gorzowa; można było kiedyś podobnie myśleć gdy jeździł w barwach Tarnowa czy Bydgoszczy.
Speedway nie jest sportem łatwym i to niewątpliwy truizm. Decyduje o sukcesie człowiek i sprzęt. Wyżej od Golloba we wspomnianym plebiscycie uplasowała się debiutantka, młociarka z Rawicza, mistrzyni świata, niezwykle sympatyczna Anna Włodarczyk, która lubi speedway i oglądała ten sport nie tylko w Rawiczu ale i z ojcem w Lesznie. Lobby żużlowe w Polsce nie jest zbyt mocne, choć coraz silniejsze, a trzeba było na ten fakt zapracować przez lata. Dziwne zjawisko. Wystarczy tylko żeby futboliści zaczęli wygrywać, strzelać bramki a już wykopują z plebiscytów bardziej zapracowanych konkurentów. Tym razem, nad czym ubolewał trener reprezentacji Franciszek Smuda, zabrakło w Plebiscycie PS przedstawiciela futbolu. Może będą tańczyć po EURO –2012? Smuda marzy. Kibice wierzą.
Ten rok jest rokiem zimowych igrzysk, Letnia Olimpiada w Londynie w 2012, Tomasz Gollob ma szanse ciągle, bo jest najlepszy z grona żużlowego, taki Presley of Speedway.
A kim jest niezmordowana Justyna Kowalczyk, która potrafi podnieść się z kolan; jednego dnia uczestniczy w kraksie, traci cenne sekundy a następnego dnia pnie się pod górę jak szalona i zostawia umęczone rywalki za sobą. Wielkie waleczne serce z Kasiny Wielkiej.
Niektóre sporty, te gdzie decydują o zwycięstwie ułamki sekund, technika, siła, talent rzecz oczywista, można ze sobą porównywać. Justyna nie ma silników jak Gollob, ma narty i ma serwisanta do ich smarowania i ma niesamowite zdrowie, twardy charakter góralki, przed którą rywalki przecierają oczy ze zdziwienia, kiedy jest od nich szybsza na trudnych fragmentach tras biegowych. I ma trenera, który jest jak tata. Skromny aż do przesady.
Nie miałem okazji, myślę że taką będę miał, zapytać mistrzynię czy lubi oglądać ściganie się na żużlu. Organizatorom imprez topowych w tym sezonie na polskim gruncie sugerowałbym zaproszenie na jakiś turniej Justyny Kowalczyk, a spotkanie może być frapujące. Mamy tyle turniejów z cyklu mistrzostw świata, a nic tak nie wzbogaca jak poznawanie czegoś nowego, nic tak nie pobudza jak doświadczenia. Ambicje nie są na kredyt, trzeba je mieć na własność.
Przed nami kolejna żużlowa gala, tym razem na gruncie zielonogórskim, czyli tam gdzie jest mistrz drużynowy Polski. I tak, jak w Warszawie podczas wspomnianego Plebiscytu PS, wystąpi teatr tańca, grupa fenomenalnych ludzi OCELOT. Zaistnieli na świecie już dawno, w Polsce odkrył ich program „Mam Talent”.
Tak bywa u nas, że wpierw przyklasnąć musi świat żeby potem docenił rodzinny kraj. Znakomita choreografia i kunszt, świetne momenty sportowych analogii. Jest co podziwiać, tak jak na torach, bieżniach, trasach biegowych, jak w każdym sporcie, gdzie dojrzały talent kształtowany morderczą pracą kwitnie w całej okazałości. Przy tej aurze doskonałości zostaje jednak proza codzienności.
A o czym marzy czasem mistrzyni po zwycięstwie? Zjeść i wyspać się do woli, a potem znów pędzić przed siebie na metę…„ jak najszybciej i nie umrzeć gdzieś po drodze”.
Jakże szczere i zwyczajne wyznanie.
20 Styczeń 2010
Zdzichu
Często do mnie pisze, mój dobry przyjaciel Zdichu Jałowiecki. Kawał historii, niezapomnianych przeżyć wokół ‘czarnego toru’ i nie tylko!
Zdzichu do zobaczenia niebawem!
A dla tych, co nie pamiętają
… Zdzisław Jałowiecki przez 39 lat związany z klubem Włokniarz Częstochowa, jako zawodnik, trener i prezes: – Blisko czterdzieści lat byłem bardzo blisko związany z Włókniarzem, najpierw jako zawodnik, później trener, a na końcu prezes. Stąd moja obecność na jubileuszu i medal, który wręczył mi dzisiaj prezes. Cóż teraz przyszedł czas zbieranie pamiątek, skądinąd bardzo miłych. Ja wciąż jestem sympatykiem klubu, śledzę to co się dzieje i cieszę się z każdego sukcesu. A wspominam najczęściej wydarzenia z 1959 roku, kiedy zdobyliśmy pierwszy w historii złoty medale. Inaczej być nie może, takie przeżycie zostaje w pamięci na zawsze. Ja nie musiałem długo czekać na ten tytuł. W 1952 roku zacząłem uprawiać sport, a siedem lat później mieliśmy złoto. Mam też tą satysfakcję, że wychowałem dwóch trenerów, którzy teraz zdobywają tytuły. To Marek Cieślak i Marian Wardzała, z którym przez dwa lata pracowałem w Unii Tarnów.
20 Styczeń 2010
Nie ma takich drugich, jak pierwszych
Ten był taki, a tamten taki; ten będzie następcą pierwszego, a tamten następcą drugiego. Nie ma takich drugich, jak ci pierwsi. I po tym niejako filozoficznym wątku może powiem o co chodzi. Otóż dyskutowałem niedawno w małym gronie o sportowych gwiazdach z przeszłości i padło stwierdzenie bardzo powszechne, że Iks jest następcą Igreka. Wyświechtane stwierdzenia, które często są upowszechniane i łapią się na nie doświadczeni.
Popatrzmy wstecz, zacznę od Ivana Maugera, nowozelandzkiego mistrza, sześciokrotnego mistrza świata, wyjątkowo dobrze przygotowanego do każdego turnieju obojętnie jakiej marki. Ivan był moim skromnym zdaniem pierwszym zawodowcem na rynku żużlowym , kiedy jeszcze ten rynek nie był tak profesjonalnie zamocowany. Dbał o swój wizerunek, startował zabiegał o reklamy na swojej „ skórze”, dobrych firm, był wydawcą publikacji, w czym pomagał mu angielski dziennikarz Peter Oakes. Miał obok siebie czarującą Ray, która wizerunek męża utrwalała w dobrych ramach. Mauger był mistrzem w swoim boksie, warsztacie, sprzęt musiał być przygotowany na sto dwa! I mistrz startu. Wtedy nie było wykluczeń za zerwane taśmy, Ivan czarował pod taśmą, kombinował to fakt, nie raz był posądzany o układy z sędziami, zawsze jednak był tak perfekcyjny, że nikt nie był w stanie mu przedstawić słusznej racji. Mauger magik startu, mistrz swojego parku maszyn i jako pierwszy w tym środowisku promował się według zasad dzisiejszego PR. Kto jest jego następcą, kto został takim jak Ivan Mauger, nowozelandzki mistrz urodzony w Christchurch, mieszkający dziś z rodziną na skrawku urodziwej plaży australijskiej. Nie ma takiego. Nie żałował nigdy czasu dla dziennikarzy, poza oficjalnymi konferencjami, można go było „dopaść” w windzie, w restauracji, byle gdzie, a gdy nie był osiągalny dopowiadała reszty żona. Mauger wygrywał jak robot, wpierw zrównał się z Ove Fundinem, Szwedem, który zdobył pięć tytułów mistrza świata, potem w Chorzowie na Stadionie Śląskim wywalczył szósty tytuł rekordzisty.
Kto był taki jak Ivan Mauger? Ano nikt.
Mały Duńczyk Erik Gundersen, trochę miniatura zawodnika i człowieka, nisko przyczajony na torze, jakby zespolony z motocyklem, szybki na starcie i wyginający się na motocyklu jak sprężyna. Erik zanim dopadło go nieszczęście w Bradford i uraz kręgosłupa wyeliminował z życia sportowego, był kandydatem na wielokrotnego mistrza świata, kariery starczyło jednak tylko na trzy tytuły. Był mikrusem wśród wielkich, był arcymistrzem okrażeń.
Kto został jego następcą, w stylu, w sylwetce i wygrywaniu?
Był taki jakby obok Jan O. Pedersen lecz i jego przykra kontuzja pozbawił kontynuacji kariery na pewno bogatej w zwycięstwa. A czy następcą tych „duńskich sprężynek” jest Nicki Pedersen? W pewnym sensie tak, tylko tak. A skoro jesteśmy przy duńskich żużlowcach, trzeba wspomnieć o Ole Olsenie, choć to nie było tak piękne wykonanie, tylko niezwykle skuteczne pokonywanie wiraży w stylu Rambo. W tym towarzystwie pokazał się Hans Nielsen.
No właśnie. Wielki Hans, Nielsen z Brovst. To on był taki niemal jak Olsen, oszczędny w wyrazie lecz niezwykle charakterny i mający obok siebie takich mikrusów jak Gundersen i Pedersen, czy Tommy Knudsen walczył z wieloma hybrydami. Małomówny, skromny, warsztatowo prawie perfekcyjny i niezwykle skuteczny na torze, szybki po starcie, mistrz pierwszego wirażu, jazdy po krawężniku na styku wapna i trawy. Strateg wyjątkowy, w polskim wydaniu ligowym rekordzista, na którego w ciemno można było stawiać. Jak on to robił? Ano robił. Maszynka punktowa, jak trzeba było, to pojechał ostro, fair, acz zawsze celem było pierwszemu minąć linię mety! Hans solidny jak duński farmer. Zachował po zakończeniu kariery dystans do sportu, który zapewnił mu szczyty popularności, złote medale, innego koloru też i pieniądze niebagatelne dla każdego banku.
Taki jest Nicki Pedersen? Inny, bo nie ma nikogo takiego jak Hans, Erik, Jan Osvald, Tommy czy protoplasta duńskiej ery Ole Olsen.
Z Danii blisko do Szwecji. Ove Fundin był niepowtarzalny, dowodziły jego fanki wszędzie, w Polsce uwielbiały wysokiego Szweda, który nie tylko wygrywał na torze. Boski Ove. Uosobienie szwedzkiej kultury i mistrz toru, pięciokrotny mistrz świata. Potem był taki jemu podobny Anders Michanek. „ Miszanek” był kochany przez kobiety, był oszczędny w sportowym wizerunku, elegancki jak model i nietypowy dla tego sportu. Podobno, jak twierdzi moja znajoma, kobiety zakochują się uszami, czy miał w tym udział przystojny Anders? Jesteśmy dalej w Szwecji.
Tony Rickardsson, zrównał się tytułami z Maugerem, kto w to wcześniej wierzył? Na polskim rynku ksywa Tosiek. Skopiował dla żużla warsztaty busy i live – busy z cyrku Formuły – 1. Miał solidnie przygotowany w dużych ilościach sprzęt. Fascynował wielokrotnie bardzo szybkimi motocyklami, pozostawiając rywali daleko w tyle. Nie wszystko w życiu mu się udawało, za często opuszczał dom. Miłością Toniego są rajdy samochodowe, dobrze tańczy i czyta jazdy w przekazie dla innych, młodszych od siebie, ot choćby w wydaniu Rosjanina Emila Sajfutdinowa. Rickardsson pierwszy w żużlowym świcie pokazał zawodowy team skonstruowany modelowo. Ten fakt mało jest doceniany, Toniego ta inwestycja kosztowała sporo pieniędzy, lubi logistykę na poziomie i kto jest mało poukładany niech się przyjrzy dokładnie na co nie żałował kasy Szwed.
Styl jazdy przechodzi do historii, nie tylko styl. Życie poza torem, walka na torze. Zachowania w każdej sytuacji, nie tylko zwycięstw, podium ale także w alkowie porażki, goryczy. Kariera nie zawsze toczy się jak po maśle, bywają w tym sporcie eliminacje nie tylko ze sportu, trzeba z tym potem żyć, nie każdy potrafi.
Na mistrzów patrzymy jak na wzorce, jacy są przed zawodami i po, w hotelu, na bankiecie i jak budują karierę, która przetrwa nie tylko z powodu pasma zwycięstw. Liczy się także charakter i sposób bycia. Żużlowy świat nie jest wielkim światem, wszyscy o wszystkim wiedzą; zawodnicy, kibice. Kiedy fani patrzą na podium widzą w tle i zachowania. Ważne problemy. Nie jesteśmy wolni od nich jako pracujący w tym maglu, w tym cyrku i w tym środowisku, które samo czasem kreuje wizerunki na własne potrzeby. Kochają fani herosów, nie lubią przegranych, to wprawdzie nic nowego, warto jednak czasem pomyśleć jacy byli dawni mistrzowie a mówienie, że są na świecie ich następcy… zaprzeczam. Nie ma takich drugich jakimi byli pierwsi. Niepowtarzalni. Nic nie zdarza się dwa razy. Nawet uszy.
1 Styczeń 2010
Słowa jak żyletki
Świat nie lubi ludzi i sytuacji kontrowersyjnych, i przetrwanie ma zapewniona n i j a k o ś ć. Odmienne zdanie, niż lansik większej grupy jest traktowane jako wyrzut. Tak to bywa zwyczajowo i tego nie zmienimy, gdyż sankcjonowana jest szarość, nie jaskrawość.
Władysław Komarnicki dąży do mistrzostwa Polski i zbudował team ponad podziałami Golloba. Zatrudnił Nickiego Pedersena. Konsultował na pewno decyzję z Gollobem. Czy ten zespół jest w stanie ograć innych i zdetronizować sąsiedzkiego Falubaza z Zielonej góry? Panie prezesie życzę szczęścia, bo pieniądze to ogromnie dużo ale sport lubi jeszcze pewne klimaty i szczęścia nie można kupić. Nie wszystko przecież jest na sprzedaż. Mamy początek roku i zawsze w tym okresie medialny szum niesie z sobą prognozy podwyżek. Prezesi klubowi w połowie minionego roku dostali dreszczy i zaczęli panikować wobec wieści kryzysowych. W popłochu, na zapas zamartwiali się publicznie „ co to będzie, co to będzie”. Co z tego wynikło? Jak zwykle nic. Polski speedway oparty jest na dużych prowincjonalnych ambicjach, sponsorów, władzy lokalnej, dla nich wszystkich numerem jeden jest mistrzostwo ligi. Ekstraligi PL. Od lat obserwuję takie manewry i zawsze wszystko się rozjaśnia w obliczu sezonu. Teraz składy drużyn znamy wcześnie, wszystko jest pozamiatane do świąt i nie ma szczypania się po kostkach do ostatniej chwili. I zawodnicy chcą wiedzieć na czym stoją i klubowa władza, i kibice przy okazji. Normalizacja. Nuda. Zostają rozważania kibicowskie, prognozowanie i wróżenie nie tyle z fusów, co z puzzli żużlowych magnatów. I… pariasów też. Bo i tacy są wśród nas.
Sponsor łódzkiego Orła Witold Skrzydlewski polemizuje ostro z Piotrem Szymańskim, szefem Giekażetu. I nie boi się sformułowań, które jak pamiętam zawsze były pod ręką na łódzkim gruncie. Marian Lichtman perkusista Trubadurów i Sławek Kowalewski z tej grupy zawsze mi mówili jako chłopcy z Bałut, „Adaś nie bój się z nami, bo mamy żyletki w obcasach”. Piłkarska Łódź podzielona na Widzew i ŁKS rządzi się prawami podobnymi do krakowskich sytuacji w konfrontacji Cracovii i Wisły. Łodzianie mają swoją odwagę i zawsze jak pamiętam tak było, a obecne wypowiedzi Jana Tomaszewskiego na każdym forum przypominają oracje z pogranicza gdzie można w każdej chwili dostać grzywnę albo burzę oklasków. Witold Skrzydlewski mąż opatrznościowy Orła żużlowego w Łodzi nie ma nic do stracenia i wali w Giekażet jak w bęben. Przypuszczam, że ten „ bęben” nigdy nie pęknie, gdyż organ jest niezatapialny pod banderą Pezetmotu i grona ludzi zebranych przez prezesa tego stowarzyszenia osób różnej woli. A wolę/ nie mylić z ambicjami, broń Boże/ mają zawsze jedną, być pod tą banderą, nawet jak sztorm jest nieziemski, na wieki.
Już kiedyś sygnalizowałem, że obecny prezes Giekażetu ma życiowy fart i nikt z jego poprzedników na tym stolcu nie miał tyle tego szczęścia, a robili więcej, szukali dróg wyjazdu na wielkie wody w trudnych czasach. Szymański ma szczęście być w dobrym czasie i we właściwym miejscu. Skrzydlewski będzie tyrał, wydawał swoje pieniądze i pozostanie tzw. czarną owcą. Niegdyś mój redakcyjny kolega ze „Sportu” mawiał przewrotnie„psy szczekają, a karawana jedzie dalej”. Co do łódzkiej odwagi, dodam iż bydgoszczanin Zbigniew Boniek miał świetne dni w Widzewie. A Franciszek Smuda doszedł z tą drużyną w europejskich pucharach tam, gdzie nikt jeszcze się nie dokopał. No i koniec z „żyletkami”. Witold Skrzydlewski nie ma ich w obcasach. Ma swoje zdanie, a… czyje pieniądze, tego religia. Mam zakodowaną taką maksymę nie od dziś. Funkcjonuje życiowo.
Kiedyś na gorzowskim gruncie kiedy, obecny prezes nie myślał jeszcze o interesach wypowiadał się gromko na dorocznych naradach w styczniu w Pezetmocie, na forum Giekażetu prezes Stali Witold Głowania. Niektórzy modlili się by zima w styczniu była ostra i gorzowianie nie dotarli do stolicy. Nic z tych rzeczy, Głowania był. I perorował celnie.
Tak a propos wspomniałem przypadkiem styczniowe narady środowiskowe w ciasnej sali PZM na Powiślu, gdzie wręczano trofea za miniony sezon, było podsumowanie roku, były wyróżnienia i dyskusja. Z biegiem czasu ten czas dyskusji, pamięta dobrze ten okres Andrzej Grodzki, był tak ograniczany, żeby wszyscy pędzili raczej na dworzec kolejowy i zdążyli do pociągów. Przebiegłość taktyczna. Potem w ogóle środowisko przestało dyskutować, bo zabrano tę naradę i zapanowała niby demokracja. Sędziowie dyskutują w swoim gronie, dziennikarze przepytują i nie ma forum oficjalnego spotkania na którym panelowo dyskutowano by co zrobić aby było jeszcze lepiej. Rozumiem, że obecna władza jest z siebie zadowolona, bo wyniki są super. Lepiej nie słyszeć głosów ludu, „ czarnego luda”. Kto się boi i kogo się boi? W demokracji tak ciężko wywalczonej?
Mimo wszystko namawiam Piotra Szymańskiego do usankcjonowania ogólnopolskiego forum na gruncie warszawskim zaraz po sezonie, gdyż potem mamy plebiscyty i mamy prezentacje.
Zanim przyjdzie wiosną „żużlowe tsunami”. No właśnie. Fenomen w skali światowej. Polskie ligi fascynują frekwencją od lat i nawet kryzysy nie są w stanie ograniczyć widowni. Dlatego mamy gwiazdy na torze i mamy kontrakty na miarę Tomasza Golloba. Rozważania kto będzie mistrzem, kto spadnie jest nie na miejscu, bo jedna kontuzja eliminuje gwiazdę, która wypada ze składu i rwie się kalkulacja. Jedna pani oświadczyła mi w głębokim zaufaniu, że uwielbia speedway ze względu na jego sensualność. Dodała, iż walczący zawodnicy zawsze podniecają ją w tej walce ramię w ramię, tak blisko, że wtedy często jej dech zapiera. Spojrzałem ukradkiem i miało co zapierać.
Jednak na poważnie, niech żyje bal. Zbliża się szczególny wyścig, ba, taneczny maraton Zającowej gazety, na którym w formie uroczystej rozdane zostaną trofea i zdobycze minionego sezonu. Trochę tego jest, a impreza ma już nr 20.Nie ulega wątpliwości, że bryluje niezniszczalny Tomasz Gollob, który w gronie polskich sportowców, olimpijczyków, spektakularnych asów, urodziwych, inteligentnych sportsmenek skutecznie broni posesji żużla. Jego sensualności ramię w ramię, udo w udo. Takie wirażowe tango. Karnawał polski ma swoje tradycje, plebiscyty również. Przegląd Sportowy ma dużo lat, a Tygodnik Żużlowy tańczy już dwudziesty plebiscyt, natomiast Tomasz Gollob jest tam ustawiony jak pomnik w polskim wydaniu i światowej edycji, jako symbol efektownych i karkołomnych jazd, niezliczonych wyścigów bez końca w swoistym „żużlowym tsunami”, pod dachem i pod gołym niebem. Fenomen nie kontrowersyjny. Bez żyletek. Ach! Wiecie co? Coś od serca:
nie tylko dla niego, śpiewa Marek Grechuta, „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”.









