22 grudzień 2009

Czarodzieje wiraży i wrażeń

„ Całą noc padał śnieg, cichy, cichy, cichuteńki, przyszedł świt, a tu świat, cały biały bielusieńki”…  to słowa Mariana Hemara i pięknej kolędy do której muzykę napisał Zbigniew Preisner a śpiewa Beata Rybotycka z krakowskiej Piwnicy Pod Baranami. Słowa jak koronki.  Rodzinne i nastrojowe święta Bożego Narodzenia; blask choinek zmusza do nut refleksji. Każdy ma inne; bogate i biedne, smutne i wesołe, płytkie i głębokie. Takie jak niesie życie. W tym roku mam smutne święta, gdyż straciłem najbliższą mi osobę Ewę i nie sposób od tego zacząć wigilijnego felietonu. Pamięć jest jak skała, trudno oderwać od niej kawałki, one są i będą zawsze. Niczego nie cofniemy, życie jest dziwnym kołowrotkiem, czasami jakże bolesnym. Wspomniałem Piwnicę Pod Baranami, gdzie bywałem w czasach studenckich zafascynowany całą grupą z Ewą Demarczyk z którą odbyłem dawno temu twórczą podróż na Śląsk pociągiem/!/  z Andrzejem Zaryckim, który komponował dla niej, kiedy przestał komponować dla Czarnej Madonny mój sąsiad z Grzegórzek Zygmunt Konieczny. Wiesław Dymny i Anna Dymna byli cudowni w swoim młodzieńczym uniesieniu, elegancka Krystyna Zachwatowicz i szarmancki Mieczysław Święcicki z „pszenicznymi łanami”, Zbigniew Paleta wyczyniał cuda ze skrzypcami a Piotr Skrzynecki jak przystało na gospodarza tej piwnicy wiązał wszystko słowem i dzwonkiem bezgranicznie na luzie. Było tłoczno, bosko, swobodnie pod sklepieniami i lekko na duszy. Proszę wybaczyć te chwile refleksji, hm… umówmy się, że raz do roku możemy sobie takie „opłatki” robić. Jestem ze studenckiego pokolenia Tanga Anawy i Marka Grechuty czyli Ocalić od zapomnienia, W dzikie wino zaplątani, Dni których nie znamy, Niepewność, Pomarańcze i mandarynki, Nie dokazuj…

No dobrze, zostawiam Tamte Dni. Czerstwe i dobre w smaku, twórcze i nieprzemijające.

ŻUŻEL wszak jest moją miłością od czasów, kiedy wierzyłem jeszcze w świętego Mikołaja.

Nie ma świąt Bożego Narodzenia bez choinki, bez ryby i ości, prezentów. Zapachu pieca.

CHOINKA. Na szczycie migocący australijski rudzielec, trzykrotny mistrz świata Jason Crump, zawodnik mocno umocowany w swoim fachu. Ojcowskie geny zaowocowały złotymi medalami. Jason jest typem twardziela o rodzinnym obliczu, żona, córka  i syn. Wszyscy razem. I ojciec Phil a bywał  jeszcze dziadek Neil Street. Przykładni. Nie szalejący, nie takie gwiazdki, co świecą tanim połyskiem. Crumpowie wiedzą, że nic nie spada z nieba. Zresztą cały ten świat speedway’a jest taki, że w 95 procentach mocno stąpa po ziemi.

Cenić trzeba takie charaktery, budzą respekt i szacunek.

Obok Jasona Crumpa  mamy polską „bombkę” na świątecznej choince, Tomasza Golloba. Niemal wszystko potrafi, ma dorobek o jakim każdy sportowiec marzy, choć nie ma tego wyśnionego medalu mistrzostw świata, złotego. Taki los. A zasłużył nie na jeden. Tomasz stworzył duży, osobny rozdział w polskim i światowym żużlu. Kiedyś wydawało mi się, że epokowi są Edward Jancarz z Zenonem Plechem, tak. Od kiedy pojawił się młodszy z Gollobów budowana została nowa era, chyba nikt nie przypuszczał, iż będzie długa i bogata. Trwa nadal. Rośnie w tej epoce córka Tomasza Wiktoria i patrzymy na sezony jak uciekają lata, bo po dzieciach najlepiej widać jak szybko ten czas leci. Gollob jest marką, stworzył brandowy wizerunek polskiego, niezniszczalnego żużlowca co wszędzie i zawsze może. Jakby spadkobierca polskich niebiańskich ułanów, który eliminuje błędy i ciągle mu się chce a przy tym dźwiga od lat osiemdziesiątych bagaż odpowiedzialności za polski żużel na wszystkich turniejach mniejszych i największych o prestiż. Mistrz miliona kółek i czarodziej wiraży, sygnujący gollobomanię i chyba czeka na takiego, który go ”odbarczy” z tej odpowiedzialności za polski wynik. Trudne zadanie Panie Tomaszu, trzeba jeszcze dać radę i tyrać. I mieć czas dla Wiktorii. I dalej być czarodziejem startów, wiraży, prostych i pędzić do podium, zbierać punkty i odpowiadać, że było dobrze a jutro będzie jeszcze lepiej.

Wśród bombek choinkowych jest Rosjanin Emil Sajfutdinow, przebojowy chłopak, który ma idealne papiery na wielokrotnego mistrza świata, jeśli mu szczęście na torach pozwoli. SZCZĘŚCIE oddalające złe skutki karamboli. Emil jest jak strzała, jest jak niesforne dziecko, które chce użyć życia ale jeszcze tkwi w nim dziewictwo żużlowego fachu. Kiedy  nastąpi swoista defloracja manier i nawyków, dojdzie do wyzwolenia adepta na arcymistrza. Zuch.

Choinkową ozdobą jest na pewno Duńczyk Nicki Pedersen. Teraz będzie razem w gorzowskim teamie z Gollobem, choć nie każdy sobie wyobraża taki układ. Najważniejsze, że wyobraża sobie taki „sportowy mezalians” prezes gorzowskiej tradycji żużlowej, krzepki przedsiębiorca Władysław Komarnicki. I sam Nicki, jakże często upatrywany za sprawcę karamboli, choć tak nie było. Dojrzał trzykrotny mistrz świata do następnego tytułu. Partnera z drużyny Golloba ceni i dyplomatycznie ciepło wypowiada się o polskim niespełnionym jeszcze mistrzu. Pedersen zna dobrze sygnał ambulansu i zna odmiany bólu na ciele.

STAJENKA może być uboga ale choinka ?

Amerykański roześmiany weteran żużlowych wojenek Greg Hancock. Filmowy Kalifornijczyk, wiedzący, że bez mediów nie ma postaci. Nie oszczędza się, a szczęście tego nie wie i omijało go w tym sezonie. Niesprawiedliwie.  Celebryta Greg jednak jako jedyny Jankes w topowym świecie wie, że ciąży na nim amerykańska racja stanu za rodzimy speedway, który jest w impasie takim, w jakim cześć nowojorskiej finansjery. Hancock marka na sprzedaż każdego towaru, podobnie jak i schodząca z piedestału Grand Prix australijska bombka Leigh Adams. Zawodowiec. Idealny trener kiedyś na polskim gruncie i może tak się stanie. Kto z prezesów polskiego krajobrazu ligowego pierwszy na taki pomysł wpadnie? Kto się wychyli? Zapomnijmy o niegdysiejszym epizodzie z Duńczykiem Tommym Knudsenem. Nic tak nie uzdrawia sytuacji jak konkurencja. No właśnie…Adams szkoleniowiec…

Szwedzki speedway ma tradycje bogate jak królewski dwór. Andreas Jonsson zbiera kontuzje niemal alergicznie. Raz potrafi zrobić koncert a raz pojechać na obserwację do szpitala. Raz na torze, raz na podium. Niezbadane są wyroki boskie. Jonsson jest kapitalnym zawodnikiem ale gromadzącym bandaże i gips. Kiedy minie ten czas może być czarodziejem torów, wiraży bez  przykrych absencji prestiżowych turniejów. Musi mu szczęście wreszcie zaufać.

Widzę norweskiego konika choinkowego. Któż taki? Rune Holta, witam, nie ma w tym „rz”… Bez aluzji. Potrafi przyłożyć się na torze i pomyśleć zarówno przy krawężniku jak i pod bandą. Walczak. Nierówny jak fiordy. Na polskich wirażach nauczył się tego, czego wcześniej nie potrafił nikt z jego rodaków. Dobry norweski Polak. Jest na światowej choince.

A co za oknem? Pada śnieg? Tego nie lubią żużlowcy, ani deszczu ani… betonu.

SPEEDWAY jest mocno teraz ścieśniony, ubity, ograniczony geograficznie, lecz na taki stan Międzynarodowa Federacja Motocyklowa zapracowała. Wydając ze swego łona w dzierżawę cykl mistrzostw świata pozbyła się dziecka, które pęta się po coraz bardziej małych podwórkach. Nikt nie przybywa do tej stajenki nowy, gdzie ci zapowiadani królowie? No gdzie? Polska staje się organizacyjnym monopolistą i jest to sygnał do alarmu.

Nie wszystko poruszyłem, co mi się śni. Są familijne święta i kolędy, refleksje i serdeczne życzenia. Pora więc na wigilię pachnących świąt, a tu kogoś nie ma pośród nas…Jest pusty talerz i miejsce, są wspomnienia, te święta poruszają serca. Chcemy być dobrzy, a jesteśmy? No cóż, ciągle mi się kołacze kolęda z padającym śniegiem, na który niczym na konieczny i nastrojowy ozdobnik czekają uparcie wszyscy.

Jesteśmy czasem jak dzieci. Może i dobrze, raz w święta. Hej!  W refrenie kolędy jest tak:

„Niech cię głowa już nie boli,

niech cię smutna myśl nie trapi,

bo od dziś, bo od dziś

pokój ludziom dobrej woli”.

19 grudzień 2009

Święta w jodełkę

Takich zwykłych w polskim wydaniu kulinarnym i rodzinnym nastroju Świąt Bożego Narodzenia życzy ze wzruszeniem mijającego roku, po stracie żony Ewy, wszystkim ludziom dobrej woli!

Adam Jaźwiecki

P.S. I jeszcze jedno: Przeżyjcie dobrze i zdrowo Nowy Rok 2010!!!

14 grudzień 2009

Gdzie ten polish

Trudny temat, niewdzięczny. Wiem. Dla jednych jakby niemożliwy do zrealizowania, dla drugich, takich jak ja, trochę wstydliwie bolesny.

Wstrzelił mi ten temat jeden z czarnoskórych piłkarzy Korony Kielce Hernani, kiedy w niedzielny wieczór reporterowi telewizji wyłuszczył komentarz do meczu całkiem poprawną polszczyzną.

Więc od razu odniosłem sytuację do żużlowych zagranicznych zawodników, którzy od lat startują w Polsce ale ani jeden nie może pokusić się o taką znajomość naszego języka, ba języka pracodawcy, najczęściej głównego płatnika, zabezpieczającego starty, karierę. Sami rozumiecie, iż dziwna sytuacja. Już kiedyś sygnalizowałem jakby lekceważenie tego zjawiska przez elitę żużlową, młodych wjeżdżających pod  polski dom i uczących się kręcenia kółek za niemałe pieniądze. Nawet zawodnik mający polski paszport zna zaledwie kilkanaście słów. Wstyd. Obowiązuje wszechobecny język angielski. Zgoda. Coraz więcej naszych zawodników potrafi komunikować się tym językiem. Nowa generacja, europejska, choć nie można powiedzieć, że jest tak jak w innych dyscyplinach sportu takich jak futbol, siatkówka, koszykówka. Speedway polski ma swoje miejsce w szeregu i ewolucja intelektualna postępuje. Postępuje… Tak to spuentuję.

No więc jak to jest w praktyce? Z tą nauką naszego ojczystego języka przez idoli europejskich torów? Otóż nijako.

Jedna przyczyna jest taka, iż nie wymaga się i nie stawia warunków nauki przez pracodawców. Tłumacze są wszędzie, poza tym ręce też czynią cuda, choć czasami z machania bolą.

Jakoś nikt z Ekstraligowej spółki ani z Giekażetu nie wpadł na taki pomysł, który niniejszym felietonem upowszechniam i daję placet na wdrożenie, aby zorganizować w przerwie zimowej kurs naszego ojczystego. Takie kursy organizowane są na studenckim gruncie latem, dla przykładu, dla różnych specjalistów zagranicznych też. No bo jak funkcjonować w praktycznym życiu codziennym?

Nieśmiertelne wyświechtane „ dżen dobry” czy  „dżenkuję bardzo” przez asów żużlowych już nikogo nie bierze, to było zaskakujące i dobre kilkadziesiąt lat temu. Dziś inny czas i taki mistrz Polski/ dwa razy/, reprezentant Polski Norweg z polskim paszportem Rune Holta nie potrafi się po polsku dogadać, a startuje u nas od dawna. Wygodnictwo bierze górę, acz nie dziwię się aż tak bardzo, gdyż nikt od niego nie wymaga posługiwania się  polskim, a sam widocznie uznał, że po co się wysilać. Rune na Boga, uczta się choć trochę, bo masz polskie obywatelstwo, coś może tobie zostanie na pamiątkę po skończeniu kariery. Pogadasz po polsku nad fiordami.

Zorganizowanie kursów dla młodych i pal licho już tych wyjadaczy nawet przez jakiś klub z namaszczeniem przez Pezetmot, czy wspomniane władze naszego żużla wzbudziłoby na pewno potrzebny respekt a mówienie, że jesteśmy w Europie jest już tak ograne jak wiraże w Lesznie.

Językoznawczy temat nie jest banałem wbrew pozorom, bo czarnoskórzy i nie tylko, bo np. Serbowie piłkarze opanowali nasz język nie tylko w celach towarzyskich męsko – damskich.

Zjawisko znajomości niemal płynnej wymowy przez futbolistów jest godne uwagi i jest mi wstyd, że nie mogę pochwalić się w żużlowym środowisku takimi przykładami, nawet taki as jak australijski Leigh Adams wprawdzie opanował podstawowe zwroty, lecz nie na tyle żeby udzielić wywiadu Włodzimierzowi Szaranowiczowi. Albo taki mocarz Duńczyk Nicki Pedersen. Inni zatrudnieni z górnej i dolnej półki przez polskie kluby umowami gwarantującymi im wysoki standard utrzymania. Chwalę zatem Jarosława Hampela czy Sebastiana Ułamka, którzy z polskiej strony nie potrzebują tłumaczek o które zabiegają inni.

A co do kursów, zapisów zmuszających albo inaczej dających możliwości nauki polskiego to temat jest do urodzenia od zaraz. W imię patriotycznej godności, by taki zawodnik zagraniczny z polskim paszportem, kiedy stanie na najwyższym stopniu podium znał słowa naszego hymnu. Stop irytującej ignorancji.

Zawstydzam więc prezesów klubowego Eldorado, którzy parafując kwity umów nie stawiają wymagań  również jakże praktycznych i przy okazji propagują rodzimy język. Dlaczego? Po prostu nikt nie wpadł na taki motyw, a władza motorowo – żużlowa widzi inne problemy ważniejsze od tego, który poruszam nie pierwszy raz. Czarnoskóry futbolista Kolportera namieszał mi w  niedzielny wieczór w głowie znajomością polskiego, co w kontekście żużlowych asów pokazuje gdzie tamci, a gdzie oni.

Polscy mechanicy pracują we wszystkich praktycznie stajniach żużlowych, imponuje mi jak oni ruszyli do przodu i wyskoczyli z nieśmiertelnej znajomości tylko „boxu”. Ogarnęli się szybko i wystartowali po awanse na europejskim rynku. Angielski niezbędnym narzędziem pracy stał się obligatoryjny.

A więc w tym całym językowym kręgu nasi majstrowie znaleźli się jak Europejczycy, znajdą na pewno młodzi zawodnicy, bo życie do tego zmusza nawet tumana. I z drugiej strony mamy tę abnegację przez kontrahentów ze świata naszego polish.

Co więc robimy Piotrze Szymański, liderze Giekażetu, co wespół – zespół  Ekstraligowa Spółka wyznaczająca coraz to nowe standardy na rozgrywkowym placu od Torunia po Tarnów?! Nic. Po prostu…

Pewnie dostanę reprymendę  dlaczego czepiam się asów i nie tylko ich, bo wszak jest plejada młodzieży, która swoją przyszłość wiąże z polskim rynkiem ligowym. No właśnie i dlatego warto ich zmobilizować do nauki w martwym okresie, sami potem poczują się lepiej w kontaktach  nie tylko w dyskotece, w parkingu gdzie decydują sekundy o zmianie tego czy owego.

Nudny temat, prawda? Taki szkolny, w stylu disce puer… nie szkodzi, uwierzcie, jestem przekonany iż mam rację, że warto inwestować w niektórych także przez naukę polskiego.

A przy okazji proponowanych kursów warto także naszą młodzież zmuszać do nauki angielskiego, co się przyda wcześniej, niż myślą abnegaci.

Mam jeszcze dalej o nauce? Już widzę te miny, już widzę minę Holty, którego może uczyć Emil Sajfutdinow, który jako Rosjanin z polskim paszportem przy tej sympatycznej  duszy słowiańskiej chętnie wypowiada się w naszym języku, bo nam dużo przecież zawdzięcza. Ale to nie był powód, a jedynie konieczność porozumiewania się na przyzwoitym poziomie tam, gdzie jest powszedni chleb.

Egon śpiewał po niemiecku… :)


13 grudzień 2009

Blisko gwiazd

Mówią, że marzenia są dla dzieci i kobiet a dla mężczyzn zadania do wykonania. Czy tak jest?

Nowy stadion w Toruniu powstał szybko i sprawnie, bez chwalenia się jest Motoarena z pięknym dachem i jakby mało tego było żużlowy świat zachłyśnie się w połowie przyszłego roku wielkim debiutem toruńskim w postaci turnieju Grand Prix. Nie ma co ukrywać, że obiekt wizytowany przez gości zagranicznych przy okazji bydgoskiej GP zadziwił wszystkich, gdyż mało kogo w Europie, ba na świecie stać na takie stadiony.

Przypominam sobie jak kielecki Kolporter w podobnym stylu zbudował futbolowy obiekt, bez zbędnych ceregieli. Polska stadionowa zmienia skórę, w perspektywie EURO 2012 i nowych inwestycji rodzą się przy okazji inne, modernizują, pięknieją i stają się wygodne dla kibiców. Trzeba mieć wyobraźnię i budować na jutro a nie na dziś, toteż niektóre poczynione inwestycje w zestawieniu z projektami tych przyszłych stadionów rażą już nie tyle niewygodą, co archaizmem i brakiem przestrzennej wyobraźni. Stadion to nie tylko miejsce, które powinno być wygodne dla kibiców, mediów, oczywiście dla zawodników. Polskie toalety na stadionach są mentalnym obrazem dzierżawców i właścicieli. Wystarczy zobaczyć w Częstochowie z górnej trybuny toaletowe pod niebem załatwianie potrzeb „wężykiem” jak biegnie trasa w dół. Widok zawstydzający włodarzy, choć oni chyba nie widzą w tym nic zdrożnego, toteż polecam im rozwiązanie męskiej zbiorowej toalety w Vojens u Ole Olsena. Komisja weryfikująca stadiony, kluby powinna zwrócić uwagę na wstydliwy temat i jakże paskudnie polski, od lat nie modelowany na normalność i przyzwoitość higieniczną. No ale dość tych śmierdzących spraw. W Częstochowie wiążą koniec z końcem i chyba przyjdzie pora na bożą pomoc.

Transfery.

Grzegorz Walasek nie dostał „absolutorium” w Zielonej Górze gdzie uczył się rzemiosła. Ma niewyparzony język, czasem coś palnie i potem echa odbijają się od ściany. Prezes Robert Dowhan nie  widzi go w składzie Falubazu, a opiekun Piotr Żyto chyba też. Walasek ma zgryz, bo chciał jeździć w klubie, który zdobył mistrzostwo Polski. Takie teraz życie, że  wcale nie musi być tak, jak chce zawodnik, bo rynek krzepnie i dojdzie do tego, a może już dochodzi, że zawodnicy będą prosić o robotę. Żądania płacowe w dół?

Klubokrążca Nicki Pedersen poznaje geografię Polski. Kraj większy od Danii. Gorzów, który nie spełnił oczekiwań kibiców i mimo w swoich szeregach Tomasza Golloba i Rune Holty stawał w gardle prezesowi Władysławowi Komarnickiemu. Prezes ma zapędy na górną półkę i dlatego nie patrzy na kryzysowe uwarunkowania. Ciekawi mnie Gorzów zawsze, bo mam sentyment do tego klubu nie tylko z powodu niegdysiejszych mistrzów Edwarda Jancarza, Zenona Plecha czy Bogusława Nowaka. Tam jest parcie na mistrzowskie popisy, stadion niezły, jest nadal Gollob i nadzieje sięgające gwiazd. W Gorzowie panuje klimat, ba subkultura żużlowa, podobnie jak i we wspomnianym Falubazie, czyli lubuskich klubach z dużym nasyceniem oparów metanolu. Gorzowianie potknęli się w tym sezonie, równiejsi zielonogórzanie zostali mistrzami, a kto wiedział na progu sezonu, że tak się stanie? Rune Holta zrobił swoje w gorzowskim klubie, zna swój fach, zna też naszą mentalność a my psyche Norwega i możliwości na torach. Gość do wzięcia zawsze, bo ma  serce do walki jak nie z fiordów, a z Tatr.

Wspomniałem na wstępie o zmieniającej się urodzie stadionów, dach nad głową będą mieli w Rzeszowie. Coraz więcej tych dachów czyli kokietowanie kibiców nadeszło wreszcie. Wpływy z biletów są ważnym elementem budżetowej strategii w klubach. Niegdyś lekceważone, nie liczone wskutek dotowania przez mocodawców, dziś każdy kibic na wagę przyszłości klubowej. Kończą się lekkomyślni darczyńcy, którzy dawali bez kontroli. Nie dadzą byle jak i na byle co.

Dostrzegam także pewną  stabilność w transferowych działaniach, przykładem toruński Unibax, który kompletując wcześnie skład chciał mieć zawodników na dwa lata. Trochę zaskakująca strategia  w polskiej rzeczywistości.

Czy ten sezon będzie bardziej ekscytujący od tego minionego z takimi przerwami w końcówce  rozgrywek? Wszystko wskazuje, że tak. Poruszone kluby lubuskie będą miały dużą siłę rażenia, rewelacja rosyjska Emil Sajfutdinow lubi Polonię Bydgoszcz. Jest tam widocznie „duszoszczipatielno”. Australijski wykładowca eleganckich jazd na polskim gruncie Leigh Adams nie wyobraża sobie startów w innym klubie, niż Unia Leszno. Adams czuje się tam jak u siebie w domu, nie dziwię się, bo po co zmieniać coś, co jest znane już na wylot. Zostaje więc na starych „ śmieciach”. Kangur bykiem na zawsze. Taki cud.

Reanimuje się krakowski speedway, choć w wielki rozruch nie wierzę za bardzo. Dobrze, że w ogóle myśli się o tym w mieście, gdzie futbolowa tradycja Wisły i Cracovii jest wysoko ponad Kopcem Kościuszki.

W kontekście Ekstraligi, roszad personalnych, reszta klubowej, polskiej rzeczywistości jest klecona na miarę dobrobytu… czym chata bogata. Gwiazdy lubią nieboskłon półki najwyższej. I przy okazji kasę na okrasę. Południe Polski nie jest takie szczodre, jak północ i zachodnia ściana. Tam prosperity ma inny wymiar, inną siłę. Obserwuję ten rynek od lat tylu, że wstyd się przyznać przy dziewczynach. Ale co tam… Niech grają najlepsi, niech grają ci, co mają czym, kim i za co. Prawda czy nie?

Do świąt pięknych zwykle jak obrazki już blisko, do końca roku niestety także. Przyjdzie się porachować przy okazji. Tomasz Gollob ma ogromne szanse w plebiscytowych potyczkach jako permanentny zwiastun nadziei na światowy wynik w skali globalnej i lansowanie polskiego uwielbienia dla żużlowej sztuki. Tak to jest.

Nadal mamy marzenia o złotym medalu mistrzostw świata w singlu, aby odciążyć Jerzego Szczakiela z ciągłego przypominania o swoim takim medalu. Sztuka żużlowa jest trudnym zajęciem. Można orać i orać a plon zbiera ktoś inny. Wredna sztuka, choć bywają bardzo przyjemne chwile, radosnego uniesienia i najgorzej jest wtedy, kiedy kończy się sezon a do wiosny jeszcze daleko. W hali nie ma zastępczych turniejów, poza rosnącymi harcami na lodzie w Sanoku.

Jest zimowa ciąża a poród sezonu za cztery miesiące, mamy więc teraz wyczekiwanie co się urodzi ligowym prezesom. Odsyłam zatem w tej chwili do pierwszego zdania tego felietonu. Szykujcie choinki.

29 listopad 2009

Pielęgniarki zamiast Metanolu?

Ile za po/d/pis na kontrakcie, czyli na  przysłowiowe dzień dobry, ile za punkt, ile startów i ich gwarancja choćby się waliło i grzmiało… Polskie żużlowe Eldorado funkcjonuje  niczym hazard. Kiedy w minionym sezonie powiało grozą kryzysu, to prezesi klubowi skrzyknęli się w błyskawicznie i wydali memorandum w sprawie oszczędności, wypłat tylko w złotówkach, żadne euro, żadne dolary, tylko polska waluta. Potem czas robił swoje; okazywało się, że nie straszny wilk jak go malują politycy i karuzela nabierała rozpędu swoim wyćwiczonym latami kursem. Jakim kursem? Płacić gwiazdorom a robić szacher macher z innymi, czyli odwlekać płatności. Komisja licencyjna ma zastrzeżenia do kilku klubów, które mają zaległości wobec zawodników. I tu zapala się czerwone światło.

Istnieje stowarzyszenie zawodników pn. Metanol, nazwa dziwna od urodzenia ale niech będzie. Z gruntu rzeczy paliwo jest trucizną, choć w przeszłości niektórzy próbowali pić i przeżyli, może tylko dlatego, że pochodzili zza wschodniej naszej granicy. Ażeby jednak nie pili wlewano do metanolu cuchnącą czarną jak smoła ciecz. Taką opowiastkę zafundował mi kiedyś mechanik Tadeusz Tumiłowicz, były majster z Częstochowy, potem zielonogórzanin, a w gruncie rzeczy mechanik reprezentacji Polski. No dobrze  miało być o stowarzyszeniu o ciekłej nazwie Metanol. W swoim credo oświadcza obronę praw zawodniczych. Wyobrażam sobie, że zacne władze tego ugrupowania towarzyskiego wiedzą kto i ile zalega. Podejrzewam, iż obrona praw pracowniczych jest podstawą. Rozumiem, że priorytet ma mistrz świata, obecny, były, przyszły albo asy z pierwszej ławy dogadane z prezesami na każdy przypadek kryzysowych sytuacji.

Skoro jest lista dłużników  w skali ogólnopolskiej firm, dlaczego nie można publikować klubowych zaległości. Sami zawodnicy drżą, bo może się wydać i liczą, że w każdej chwili prezes będzie miał dobry dzień i wypłaci zaległą kwotę. To jest polski syndrom, lepiej milczeć, bo się obrazi, nie da nie swoich pieniędzy. Czy to jest uczciwa gra?

Proszę mi jasno powiedzieć. Metanol, stowarzyszenie broniące zawodników winno ingerować na bieżąco w takich sprawach a kluby winne czuć ten bicz na sobie.

Wszystko jednak nie jest proste, jak każdy problem dotyczący kasy made in Poland. Zrodzony blisko 20 lat temu syndrom nie liczenia się w terminie stał się regułą w firmach i klubach  jednocześnie.

Odwagi walczenia z tym nie ma nikt, bo sparaliżowany jest nadzieją rychłego jednak spłacenia długu, czyli „ może dziś, a jak nie, to może jutro”. I tak leci kabarecik nasycony nadziejami, owiany strukturą stowarzyszenia o nazwie napędowej. Szefem Metanolu jest Krzysztof Cegielski, toteż myślę, że grupa niejako związkowa, bo tak ją odczytuję, wina penetrować sprawy, które są bliskie portfeli żużlowych rodaków. Zawodnicy powinni czuć pewne bezpieczeństwo troski o swoje nie tylko zdrowie, lecz również portfele.

To jeden problem. Inny, nie związany może tyle z Metanolem, co z Eldorado problem to szczytowe zarobki zagranicznych zawodników, które jednak w obliczu kompletowania zespołów na kolejny sezon, tracą  wyobraźnię i realizm. I nijak mają się do histerycznej reakcji prezesów ekstraligowych  kilka miesięcy temu. Większość ma zapędy… szejkowe. A ropa nie tryska. Niektórzy zapowiadają umiar, inni milczą zapobiegawczo, inni szukają rozwiązań jak to zrobić, żeby mieć asa i nie było szumu.

Jesteśmy zatem w miejscu jak rok temu i wcześniej. Nic nowego. Histerii nie ma. Wyobraźni też, realizmu także. Fajnie jest.

Król klubowych rozdań, prezes z Gorzowa marzy o potędze, aczkolwiek nie może sobie poradzić nie tylko logistycznie z tym wszystkim i jak życie pokazuje wyniku za wszelką cenę nie da się osiągnąć. A miał być dream team. Zagraniczni zawodnicy zostali przyzwyczajeni do wysokich zarobków w euro  i trudno będzie zmienić mentalność, skorygować żądania. Nicki Pedersen szaleje, chce zarobić dużo, czego nie da mu ojczysta Dania, ani nikt. Polak potrafi?

Ten kto daje i odbiera, jest takie porzekadło, dopiszcie do końca sentencję. Opcja radykalnej zmiany warunków zatrudnienia w polskich klubach żużlowych winna opierać się na zgodności racji prezesów, wypracowana wspólnie, bo jeden jest wóz. Nie bardzo widzę jednak consensus, bo są tacy, co marzą o chodzeniu w pierwszym szeregu ponad wszystko, za każdą cenę nawet za cenę kompromisu. No to patrzmy na szaleństwa. Patrzmy również końca sezonu 2010.

Jednym wystarczą dwa miliony złotych na sezon, drudzy potrzebują tyle na jeden zawodniczy

kontrakt. Samo życie? Ano.

Inna sprawa. Tłumiki. A jednak wchodzą na rynek nowe, ograniczenia głośności, acz turnieje Grand Prix będą miały stare warunki. Lobby techniczne w FIM górą. Co na to polska strona, która  jeszcze trochę a będzie organizatorem połowy wszystkich prestiżowych imprez. Dominacja absolutna. Nic. W ogóle nie ma międzynarodowej debaty w sprawach, spornych, dyskusyjnych, takiego forum bliskiego zawodnikom, kibicom również. I tu widzę pewną potrzebę aktywności społecznej, darmowej, przez polską grupę Metanol. Przecież ktoś musi dać hasło do inwencji w skali globalnej. Nie tylko prowincjonalnej. Ponieważ polskie ligi mają status wyższości międzynarodowej, wyznacznik Eldorado, trzeba zatem coś zrobić aby nie rozmyć się w  tym metanolu.

Od dawna obserwuję akcyjność grup, pomysły gorące jak ogień, deklaracje górnolotne. Tak jest zwykle w premierach, inicjacjach. Potem życie usypia programy, sezon nabiera rozpędu, czasu brakuje na rozliczne zajęcia. A programy są, widnieją w komputerach, na papierze. Ludzie nie tracą pamięci, zwykle odzyskują tę pamięć w chwilach takich, kiedy  inicjatorzy zapominają o tym co deklarowali. I dobrze. Metanol metanolem popędza?

Od czego zacząłem? Od żądań choćby takiego Nickiego. Inni jakoś poukładali swoje finansowe ambicje. Młody Emil Sajfutdinow chce dużo, rosyjski wilczek ma doradców polskiej mentalności klubowej. Więc kiedy, jeśli nie teraz?

Prezesi mają głębokie kieszenie dla jednych, a dla drugich zaszyte. Jednym mówią od razu tak, drugim odraczają uczciwie zarobione pieniądze. Żużlowcy nie pielęgniarki i strajkować nie będą, mają natomiast powołaną „samoobronę metanolową”, która oby jednak nie przespała zimy.

16 listopad 2009

Łomot

Mam sentyment do rybnickiej tradycji żużlowej, do sukcesów zawodników, którzy byli reprezentantami Polski, do imprez światowych organizowanych na tym stadionie gdzie charakterystyczny dach trybuny był prawdziwym dachem a nie jak teraz nie dachem. I pamiętam jeszcze parking z którego zjeżdżało się na tor z góry, jak teraz w Rzeszowie. Były dobre lata i dwanaście razy górniczy klub zostawał mistrzem Polski. Antoni Woryna, Andrzej Wyglenda, Joachim Maj wcześniej, czy Stansław Tkocz i młodszy Andrzej, i Piotr Pyszny, Jerzy Gryt. Byli chłopcy co śmigali po torach jak jaskółki.

Było ale się skończyło?

Imprez prestiżowych nie ma, nawet nie odgrzewa się Memoriału redaktora Jana Ciszewskiego, a szkoda. Klub opuścił na dobre ekstraligowe podłoże i nie widać,żeby tam szybko wrócił, choć był blisko za czasów szkoleniowych Jana Grabowskiego.Coś jednak wisiało nad awansami i niestety mimo aspiracji, mimo niezłych wynikóew w ostatniej chwili nawalała taktyka szkoleniowa.Bo w żużlu z jednej strony mamy szkolenie adeptów, przygotowywanie ich do kariery na torze, uczenie ABC, a z drugiej strony układanie się do meczów i wtedy ten, co szkoli młodych nie musi mieć takich samych umiejętności, co ten od taktyki i przysłowiowego nosa. A w sporcie ten nos, taki Cieślakowy, taki Smudowy, czy Wentowy ma sens dla sukcesów. Czy nie tak?

Rybnik ma talenty, choć nie zawsze one rozwijają się tak jak należy. Tragedia Łukasza Romanka i jego samobójcza, bezsensowna śmierć wstrząsnęła środowiskiem nie tylko rybnickim. Pojawienie się Rafała Szombierskiego rokowało nadzieje na rasowego zawodnika, co potrafi walczyć z najlepszymi, niestety zmogły go życiowe pokusy i kariera rozmyła się bezpowrotnie. Wielka szkoda, bo wydawało się, że polski speedway, w tym rybnicki będzie miał gwiazdę.Zgasła.Czasami człowiek rwie życie garściami, żyje dziś, o jutrze zapomina. Młodość ma swoje niebezpieczeństwa, więc ktoś musi kontrolować szlifowanie diamentów. Nie było takiego, a nawet jak był, to widocznie nie dawał rady.Luz wygrał z Szombierskim. Grabowski odszedł po kilku razach, zresztą nie rzeczw tym by mieć notes przepełniony notatkami, które nie uskrzydlają zawodników.Potrem zjawił się Czesław Czernicki, który też nie spełnił oczekiwań, choć asymilacja ze środowiskiem szła mu gładko.W Rybniku jest specyfika towarzyska, znam trochę, mam niedaleko. Sponsorzy nie byli szczodrzy, choć jedna z firm kokietowała klub wcale nieźle.Przestał to robić, kiedy nie było wyników a i sama firma straciła wiarę prezesów.Wydaje się, że w Rybniku nie może być problemów finansowych, bogaty region, bardzo, lecz takich co dają na żużel nie jest wielu. Dyskutują, obiecują, wydają za miedzą, choć na rybnicki stadion kukają.

Mirosław Korbel, były zawodnik podjął się próby szkoleniowej, szło mu nieźle, ale potrzebuje czasu na autorytet, jego następca Adam Pawliczek był nietrafionym strzałem szkoleniowym, menedżerskim, choć fart na początku sezonu zaostrzył apetyt kibiców, acz realistom otwierał oczy w dzień, potem zmuszał do refleksji Drużyna ocierała się o spadek a miało być tak pięknie. Nastał prezes, który wprowadził nowe rządy, jak to zwykle bywa, Michał Pawlaszczyk. Mówiono, że człowiek znikąd. W Rybniku takie numery nie przechodzą.Gdzie indziej zresztą też. Prezes był widoczny, organiczną pracą walczono z zastanymi długami, sklecono skład i jazdy były do czasu. Presja w Rybniku na wynik jest duża, bo tradycje swędzą każdego, nawet urząd miasta z prezydentem na czele.

Przebudowa stadionu nie była wyczynem, bo jak to się ma do wyobraźni i realiów, i jak wygląda ten stadion w obliczu zmieniających się obiektów żużlowych w Polsce, nie wspominając już toruńskiego cacka. Rybnickie inwestycje/ i częstochowskie/ są takie jakie są, warto czasem poczekać, zastanowić się, posłuchać ekspertów i wypełnić przestrzeń światowo, na lata. Nie na dziś, nie na jutro, a na pojutrze. Mnożenie cudaczności w stylu Stadionu Śląskiego jest marnotrawieniem pieniędzy. Zostawmy jednak budowle, które już są już dystansowane przez inne. POLSKIE SZKOLENIE w żużlu jest od lat zacofane, mimo pojawiania się talentów i dobrych wyników w kategorii juniorów. Gorzej potem. Rynek jest ubogi, wystarczy zaczarować prezesa i już się zostaje menago.

W Rybniku powiedziano dość czarom szkoleniowym, słusznie nowa tamtejsza klubowa władza poszła po rozum do głowy i nie chce zatrudnić z urzędu  szkoleniowca pierwszej drużyny. No i po co! Do szkółki tak. Wiceprezes sportowy Dariusz Momot chce prowadzić zespół, kto będzie mentorem młodzieży? Może Antoni Skupień, który miał niezłe wyniki w Rybkach, klubie Andrzeja Skulskiego, który nie tak dawno zmarł. Odszedł animator życia na mini torach a także człowiek napędowy imprez w Rybniku. Skulski potrafił, miał nieodparte ambicje sportowe i organizacyjne. Kiedy nie dawano mu szansy, z Rybkami robił swoje.

Wracam jednak do RKM. Do klubu, który obnaża rynek szkoleniowy w Polsce. Od lat wielu ten rynek jest ubogi, nie zawsze dobry zawodnik potrafi „ czytać jazdy, grę”. Oczywista prawda. Dariusz Momot rwie się do prowadzenia drużyny, w tym, co się postanawia gładko widać, że wreszcie Giekażet powinien dostrzec problem skurczonego, ograniczonego do kilku osób rynku szkoleniowego. Niektórzy nie mają matury a uczą… Jak to się ma do innych sportów w futbolu, siatkówce, koszykówce etc. etc. Nijak. Prezesi niektórych klubów odwrotnie, niż rybnicki boss Pawlaszczyk nie wyobrażają sobie życia bez instytucji „trenera”, sankcjonują zwyczaj, płacą i nie zastanawiają się, że to samo może robić ktoś z klubu albo nikt, choć cudów nie ma i „Człowiek Nos” musi być, ktoś musi ustawiać, mądrze działać w czasie meczu, interweniować, wprowadzać zmiany. No właśnie. Menago. Widzieć wszystko. Wiedzieć co dzieje się w innych ligach, być na bieżąco ze światem, co też w dobie internetu nie jest sztuką. Potrzebna jest oczywiście znajomość języka angielskiego. Migi umarły już dawno.

Rybniczanie szukają rezerw i oszczędności a przy okazji dotknęli problemu, który tkwi w polskim żużlu od lat. Kompetencje szefów drużyn, instruktorów, bo nazwa trener jest mniejszością wstydliwą, ulegają zatem weryfikacji.
I tak to leci; casus rybnicki może okazać się już wkrótce bezrobociem dla „znawców” i olbrzymią szansą, okazją dla innych, którzy wskutek nieudaczników byli blokowani mimo tzw. „nosa” w meczowym, turniejowym pojedynku. Powstaje pytanie w tej sytuacji czy Dariusz Momot da radę, no… gorszy od Pawliczka nie będzie. Powodzenia.
RKM daje hasło, sygnał czytelny dla środowiska, które w wymiarze szkoleniowym okrutnie zubożało. W niedawnym konflikcie w Unii Leszno pomiędzy trenerem a familią Kasprzaków warto dostrzec może i to, z czego rybniczanie zrezygnowali. Ktoś ten łomot zaczął i chyba pierwsi nie będą ostatnimi.

2 listopad 2009

Kto chce, ten ma?

Czytam książkę Riny Frank „ Każdy dom potrzebuje balkonu”. Trawestuję ten tytuł do czegoś innego. Otóż każdy klub potrzebuje dobrego stadionu, każdy zespół potrzebuje mistrzostwa, każde środowisko potrzebuje światowej imprezy, potrzebuje autorytetu, który poprowadzi do zwycięstw organizacyjnych i sportowych.

Zielona Góra. Bardzo chciała po osiemnastu latach; klub i miasto. Prezes Robert Dowhan jest motywacyjnym człowiekiem, który zbudował team, stworzył warunki do wygrywania. Falubaz jest mistrzem Polski po odwlekanych meczach torpedowanych pogodą, bo któż układa tak ryzykownie kalendarz. Giekażet, polska władza żużlowa istnieje tak, że gdyby jej nie było nic by się nie stało i same kluby, spółkowa Ekstraliga dałyby sobie radę. Do tego jeszcze wrócę poniżej, ale na razie jestem przy Zielonej Górze, tam gdzie kiedyś wyjechali na tor Andrzej Huszcza, Henryk Olszak, Jan Krzystyniak, Maciej Jaworek. Z warsztatu wyłaniali się dobrzy mechanicy, stamtąd są szkoleniowcy Jan Grabowski i  Czesław Czernicki. Była paka, były mistrzostwa, młodzież tamtejsza, nie z  importu szalała po torach polskich i zagranicznych. Zgrzeblarki, Falubaz, Morawski/ Zbignew/ co zbierał runo leśne i wkładał kasę w atrakcyjne imprezy. Szwed Jimmy Nilsen tam dorobił się dużych pieniędzy, a Norweg Lars Gunnestad? Zielonogórskie towarzystwo żyje żużlem, ma swoich lobbystów i tak jak kiedyś słynny był pobliski Drzonków, olimpijska baza pięcioboistów z Januszem Peciakiem, mistrzem nad mistrzami, tak teraz najlepsi w Polsce są żużlowcy z Zielonej Góry. Miasto słynie z winobrania, winiaku co kręci, były tam festiwale piosenki radzieckiej i samowary wręczane zwycięzcom. Nie ma co się wstydzić tych festiwali, niczego co produkuje zielonogórska formacja. Teraz jest speedway na fali. I trzeba powiedzieć, że czasy tak się zmieniły, iż drużyna jest sformowana i oparta na zacięznych zawodnikach, acz talenty nadal się pojawiają, wyrastają i ten tytuł po latach na pewno przyciągnie z pięknych okolic chłopców, co będą chcieli ścigać się tak jak młodzi Grzegorz Zengota czy Patryk Dudek Byłbym nie fair gdybym nie wspomniał o wychowankach, którzy kosztowali chleba w innych klubach, a dziś zasilili mistrza Polski,  Piotr Protasiewicz  i Grzegorz Walasek są zawodnikami, od których młodzież może się dużo uczyć. Klub ma historię i wytworzył pewną kulturę żużlowego bycia. Są talenty, które eksplodują. Miasto widzi szansę w tym klubie, w tym entuzjastycznym widzeniu sportu, który dla Zielonej Góry jest wizerunkiem mistrzostwa w Polsce. Falubaz zdetronizował po odwoływanych meczach Unibax Toruń i muszę powiedzieć, że wygrała determinacja, ogromna wola zostania mistrzami, przy jakby pasywnej woli torunian.

Falubaz zatem mistrzem rzutem na taśmę, kiedy już niektórzy widzieli małe szanse na zakończenie tego sezonu, bo Zaduszki były tuż, tuż To czytelny i ostrzegawczy sygnał, wręcz żółta kartka dla wspomnianego oklapłego w poczynaniach Giekażetu, również dla spółkowej Ekstraligi, że kalendarz rozgrywek musi być inaczej ułożony, bardziej zwarty i bez monstrualnych przerw.

W zasadzie słaby Giekażet, nie bierzmy sukcesów sportowych pod uwagę, jest  na rękę nadrzędnej władzy czyli Pezetmotowi, bo może raz po raz pogrozić palcem i przy dobrej technokracji sprawdzonych działaczy kończyć dzieło na swoje konto.
Konto byłych mistrzów Polski czyli Unibaxu Toruń jest wypełnione… nowych stadionem. Angielska „Speedway Star” przy okazji GP w Bydgoszczy odwiedziła toruńską Motoarenę i tytuł jest taki – FANTASY SPEEDWAY. Reportaż jest entuzjastyczny; 19 czerwca tam odbędzie się debiut w formie turnieju Grand Prix. Tak a propos w nowym kalendarzu Grand Prix na 2010 rok nie ma Łotwy, zamiast słoweńskiego Krska jest chorwacki Gorican, a reszta bez zmian, otwiera sezon Leszno, kończy Bydgoszcz. Serial Grand Prix ma polski krajobraz. Nie ma nowych atrakcji pozaeuropejskich, a na Starym Kontynencie dominacja Polski ruguje innych, ale przecież ich nie ma, natomiast  IMG/BSI dzierżawcy serialu GP nie chcą ryzykować i wolą polskich, wypróbowanych przyjaciół. Kiedy wyrósł taki stadion w Toruniu, szybko i zaraźliwie dobry dla innych, nie ma o czym mówić. Polska jest wodzirejem i jeszcze charyzmatyczny Tomasz Gollob, który przywozi fanów na inne stadiony. Jest dobrze mówią koneserzy. Tak?

Każdy dom potrzebuje balkonu… Polska żużlowa władza nigdy nie miała takich referencji. Ani przywódczo – sprawiedliwy, człowiek wojskowy płk. Rościsław Słowiecki, o którym krążą legendy, ani inżynier wiedzy technicznej uznanej szeroko poza FIM Zbigniew Flasiński, ani piekielnie dokładny w paragrafach i papierach Andrzej Grodzki… nie mieli, mimo opatrznościowego męża żużlowego stanu Władysława Pietrzaka, prawdziwego ambasadora żużlowego od Tokio po Los Angeles, takich wyników i tyle imprez jak Piotr Szymański, który schedę objął cicho, namaszczony przez władzę ze stołecznej Kazimierzowskiej. Ile zasługi Giekażetu i jej szefa w tym wszystkim, co jest przypisane teraz polskiemu żużlowi proszę sobie odpowiedzieć samemu. W życiu trzeba mieć szczęście, lecz można potykać się na decyzjach grudziądzkich, ostrowskich, na kalendarzu spreparowanym jak tratwa na oceanie. Giekażet sobie, sukcesy lecą z nieba, młodzież wyrasta dorodnie, mamy ligę przy angielskim kryzysie najlepszą w Europie, stadiony daj Boże, imprezy bierzemy jak leci, najlepiej wszystkie, co jest niemożliwe. Co jest możliwe, to możliwe, ale mnie się zdaje, że w tym wszystkim warto słuchać, co mówią ludzie na trybunach. Na szczęście nie to, co chcą zrobić inni ze związkiem Laty, czyli PZPN. Żużel nie jest chamski od zarania i na tym polega jego siła. Jest wyjątkowym zjawiskiem przy swojej autoagresji na torze. Jego groza i niebezpieczeństwo jakby uspakajało trybuny wypełnione rodzinami z dziećmi. Inne sporty słusznie zazdroszczą, acz nie wszystkie bo taka np. siatkówka ma cudowną widownię i atmosferę do pokazywania, do powielania w zachowaniach. Tylko futbolowe towarzystwo w swojej agresji i zwyrodnieniu wymaga zresetowania.

Zacząłem od Zielonej Góry. Kończę więc fragmentem mistrzowskiej etiudy, która wypełniona ambicjami i chceniem bycia na tronie królewskim wysadziła z niego klub z najlepszym stadionem żużlowym, a po drodze innych konkurentów.

W tym wszystkim rodzi się fundamentalne pytanie dla przyszłości, ile kosztuje mistrzostwo i czy kryzys tak nagłaśniany nie tak dawno przez grupę prezesów klubowych trzymających władzę ma jakieś skutki. Wątpię. Tak jest co roku; płacz i eskalacja. Polski żużel jest pod każdym względem fenomenem, którego trudno zrozumieć innym nacjom, a mnie już nic nie dziwi. Nawet odtajnienie zarobków klubowych w Gorzowie Tomasza Golloba, co odbiło się szeroko po Polsce chocholim echem. Bezbolesna szczerość. Widać potrzebna prezesowi, jak balkon domowi.

31 październik 2009

Wróżby i realia

Duńska dobrze zmrożona anyżówka jest dobra na wszystko. Z łososiem to już niebo w gębie. Piszę o tym w kontekście odejścia Ole Olsena z funkcji dyrektorowania serialem Grand Prix. Nie był reżyserem, był zarządzającym, teraz jak się anonsuje przygarnie pod dach FIM, który potrzebuje takiego doświadczenia olsenowskiego, raczej CCP, czyli jedna z komisji, która ma pieczę nad żużlem. W gruncie rzeczy Międzynarodowa Federacja w osobie Duńczyka może mieć adoratora. Jestem od dawna oponentem serialu w takiej postaci, jego formą i uporczywym narzuceniem w takiej postaci rozgrywania mistrzostw świata. Mam prawo? Jakim Ole będzie ambasadorem żużla? Pokaże czas, myślę, że powinien zmienić pewne trendy, ale skoro tego nie zrobił teraz, to czy zrobi na stołku działacza międzynarodowego? Mam wątpliwości, bo lifting mógł być zrobiony dawno temu. Serial leci i raz po raz słyszę o próbach jego ekspozycji albo na Antypodach albo w USA. I jak życie pokazało ani w Europie nie bardzo ruszyło się w ekspansji ani poza Stary Kontynent. Błagam, nie patrzcie przez pryzmat polskiej frekwencji na żużel. To jest skrzywienie obrazu, wykoślawienie rzeczywistego stanu poza Polską, w świecie. Nie patrzcie na ten sport zielonogórskim spojrzeniem lansowanym przez celebrytów, choć nie lubię tego określenia używanego raz na lewo, raz na prawo. Jak na razie Europa trzyma ten sport w garści zaciśniętej przez polskich działaczy. Planuje się trzy polskie edycje GP w następnym sezonie. Może potem być jeszcze więcej? Mamy takie zapędy, czyli załóżmy, iż na 10 czy 11 turniejów mamy 3. Dominacja. Kategoria juniorów też jest przez Polskę kokietowana organizacjami. Własne ściany wypaczają często sens. Ale nie ma rady na zakusy. Sądzę, że Olsen mając teraz więcej czasu na rozważania, niejako obejmując funkcję ambasadora żużla przedstawi program swojej wizji. Szefem wspomnianej CCP jest Norweg Roy Otto, który na pewno będzie pod wpływem Olsena. Otto nie jest postacią kreatywną jak pokazało jego funkcjonowanie w Komisji Wyścigów Torowych. A Mr. O.O. jest! W CCP wiceszefem jest doświadczony Duńczyk Joergen Jensen z gundersenowskiego Esbjergu, dla którego Olsen jest wyrocznią. Tak jak chyba dla wszystkich pozostałych, bo nawet jak solowa, polska strona będzie miała inne zdanie, zostanie przegłosowana. Skandynawowie zatem rządzą. Nowym  dyrektorem serialu GP jest Tony Olsson, Szwed. W CCP jest jeszcze były sędzia Christer Bergstroem/ był arbitrem w pamiętnym finale indywidualnych MŚ na Stadionie Śląskim w 1986 roku oraz fiński były zawodnik Ilkka Teromaa. Członków CCP jest 13. Polska jest bardzo wygodnym partnerem, bo bije się o imprezy, organizuje a rządzą inni. Taki jest układ międzynarodowy. Są tam figuranci, bywalcy i przyjdzie czas na ich prezentację. Spodziewam się, że Olsen ma szanse na korekty, acz nie wiem czy to zrobi, mimo darzenia go wielkim szacunkiem za wczoraj i dziś. A co będzie jutro?

Bydgoski turniej GP był jego ostatnim i tam okazano mu dowody tego szacunku. Duńczyk zna polski grunt od podszewki, nasze słabości i mocne strony. Turniej był wspaniały, mimo, że nie wygrał Tomasz Gollob. Była walka, była ostateczna sprawiedliwość na podium. Australijczyk Jason Crump dojechał po trzeci złoty medal. Tomasz Gollob ze srebrem, brawo. Nie szalał srebro bardziej się świeci od brązu a ten przypadł objawieniu sezonu Rosjaninowi Emilowi Sajfutdinowowi. Czy ktoś na początku sezonu, nawet po wygraniu premierowego turnieju w Pradze widział bydgoskiego Emila na tym miejscu w finale GP? Ten mołodiec jest napakowany twórczą energią, podpierany przez dobrze dobrany team. Emil starej elicie uprzytomnił, że jest nowa fala i kiedy obok niego pojawią się Anglik Tai Wofinden, Australijczyk Chris Holder będzie co oglądać. A gdyby jeszcze dołożyć innego „kangura” Darcy Warda, nastoletniego to obniżenie średniej wieku uczestników GP wyprostuje się linia starzenia. Anglicy są w defensywie, ligowej, kadrowej. Nie widzę oznak poprawy, mimo, że na Wyspach zainteresowanie, co widać po GP w Cardiff, jest wciąż nostalgiczne i ożywiane wspomnieniami dawnego Wembley zawodnikami światowego formatu. Regres tam jeszcze potrwa, a ten upadek rzutuje też na rozwój speedway’a w Europie, na świecie, jakby nie patrzeć optymistycznie.
A propos optymizmu…Padają uporczywe pytania czy Tomasz Gollob wreszcie zdobędzie złoty medal MŚ. Podobało mi się jak powiedział po bydgoskim turnieju, że dopóki będzie jeździł na żużlu nie straci wiary w zdobycie tego medalu, bo ma przecież dwa srebrne, cztery brązowe a medal marzenie wciąż pozostaje marzeniem. Moja zacna babcia mówiła, że jak się bardzo chce i nie traci wiary spełnią się sny. Sen Tomasza Golloba o złocie trwa, budzą go teraz  Emil, Tai, Chris…

Dobrze, dobrze… a czy myślicie, że Duńczyk niepokornego stylu Nicki Pedersen odpuści? A Crump? A co na to niespełniony Szwed Andreas Jonsson? No właśnie, mamy grono nie tak liczne lecz śliczne do walki o podium. Najstarszym zawodnikiem przyszłorocznego serialu będzie Greg Hancock, Amerykanin niezwykle uparty w walce, technicznie jeżdżący i ciągle w kondycji, choć bez szczęścia sportowego. Jemu nic nie przychodzi łatwo, choć jest pracowity jak mrówka i sympatyczny dla wszystkich. Zjechał z areny równie sympatyczny Australijczyk Leigh Adams, podobny w strukturze jak Greg. Leigh jest gościem do naśladowania, zawodowiec i nienaganny w manierach sportowych oraz życiowych. Kariera bez wrzasku, również  bez złotego szczęścia w decydujących jazdach. Adams może być świetnym cochem australijskiego temu, gdzie na razie rządzi Craig Boyce. Australijczycy hodują niezłych następców i „kangury” skaczą sobie daleko.

Polskie wizje poza Gollobem zamykają się w trójkącie, gdzie są jeszcze poza nim Jarosław Hampel i niewiadoma uczestnictwa Rune Holta, norweski zawodnik z polskim paszportem. Rune potrafi pojechać tam, gdzie inni zamykają oczy; czuje się jednak zmęczony i nie jest pewny startu. Gdyby zrezygnował może nominację dostać np. Adrian Miedziński, choć inni przewidują inny wariant, ale nie wywracajmy się za często na byle czym. Tak a propos…

Czas na luz, sezon za nami nie licząc kalendarzowej mordęgi z ligowym finałem, ale skoro brakuje decydentom zdolności przewidywania w naszej pogodowej scenerii, mamy więc rozmyte emocje. Irytująca zagrywka, taki spóźniony deser, który trzeba zjeść mimo, że już goście najedzeni. Trudno. Nawet Olsen nie pomoże jak sobie sami nie ułożymy kalendarza rozgrywek, oferując emocje w skondensowanej formie. Powiało więc zmrożonymi podnietami w finale ligowego sezonu. Wyobraźni zabrakło i koniec.

Hm, nie do końca… bo jeszcze mamy toast na cześć Crumpa, Golloba i Olsena. Anyżówką? Może być.